Zmiany regulaminowe
Kontrakty 2020
Przygotowania do sezonu
Liga seniorów
Liga juniorów
Rozgrywki pozaligowe
Wyniki
Kadra 2020
Tabela sezonu 2020

Statystyka i Regulaminy

Toruń - miniżużel

 

 

Kapitan Nowe twarze Powroty do Torunia

Dział w opracowaniu mogą pojawić się błędy i nieścisłości oraz puste linkowanie do innych podstron

ZMIANY REGULAMINOWE W SEZONIE 2020góra strony


Przed startem do rozgrywek AD 2020 światowe władze żużlowe wprowadziły sporą zmianę w zakresie rozwiązań technicznych dla motocykli żużlowych, polegającą na tym, że we wszystkich zawodach pod egidą FIM i FIM Europe w motocyklach żużlowych wprowadzono limitery obrotów silnika. Silniki o pojemności 500 cm, na których zawodnicy mieli startować m.in. w Grand Prix czy mistrzostwach Europy, musiały więc posiadać ograniczenie obrotów do 13500. Zmiana ta była o tyle ważna, że niektórym zawodnikom wieszczono, spore problemy, podobne do tych jakie narobiły zatkane tłumiki. Wówczas długo jazdy na nowych wydechach uczyli się wielcy mistrzowie, jak choćby Tomasz Gollob czy Jason Crump. Na limiterach jednak stracić mieli najwięcej zawodnicy startujący na tzw. pełny gaz. Znany tuner Jacek Filip tak oceniał tę zmianę: "Limitery narobią niemałego zamieszania choćby z racji tego, że obecnie w żużlu ważny jest moment startowy. Jak ktoś rusza na full gaz i trafi na dół przerywającego silnika, to zostanie z tyłu i już nic nie zrobi. W przypadku silnika mamy tzw. zakres obrotów użytecznych. Widziałem taki przypadek, że ktoś wkręcił gaz na maksa i to przełożyło się na moc 20 koni, a taki Greg Hancock uzyskał 56 koni, choć delikatnie wkręcił gaz. Wynika to z tego, że z gazem w żużlu jest jak z biegami w samochodzie. Jak próbujesz wjechać pod górę na trójce, to auto się dusi. Dopiero po zmianie na dwójkę jedzie tak, jak ma jechać. Żużlowiec te biegi ma w manetce i musi nią operować tak, żeby w danym momencie osiągać maksymalną moc".
Zatem po co była ta zmiana? Otóż na dystansie silnik żużlowy pracował na poziomie do 10.000 obrotów, z kolei na starcie osiągał obroty "wyżyłowane" do granic absurdalnych możliwości, co powodowało ogromne przeciążenia, których silniki najzwyczajniej w świecie nie wytrzymywały. Dlatego ograniczenie obrotów na starcie miało ograniczyć koszty tuningu i serwisu sprzętu. Warto bowiem wiedzieć, że ciężar tłoka przy pracy góra-dół na starcie, dochodzi do 4 ton. Takie przeciążenia skutkowały mikropęknięciami, co obniżało trwałość silników.
Polskie władze żużlowe, nie do końca były przekonane co do słuszności tego rozwiązania. Dlatego prowadzono szeroką dyskusję w której ostatecznie uznano, że dwa typu tuningu, będą generowały kolejne koszty i limitery wprowadzone zostały również w polskiej lidze na wszystkich poziomach rozgrywkowych. Wprowadzenie nowych rozwiązań technicznych szeroko komentowali oprócz żużlowych mechaników, różni specjaliści, ale chyba najbardziej trafnie zmiany ocenił, były toruński menadżer Jacek Gajewski: "Nie spodziewam się rewolucji. W połowie lat dziewięćdziesiątych , gdy pojawiły się motocykle z leżącymi silnikami, mówiło się, że czas niektórych zawodników się skończył. Nic takiego nie nastąpiło Ci, którzy dobrze jechali, czołówką pozostali. Podobnie było z tłumikami. Jak słyszę opinie płynące ze środowiska, że Jason Crump z powodu zatkanych tłumików zakończył karierę, to nie mogę się pogodzić z tą bzdurą. Oczywiście limitery sprawią, że jakieś zmiany nastąpią. Będą jakimś utrudnieniem, szczególnie dla tunerów. Ktoś dopasuje się szybciej, ktoś wolniej, ale żadnego przełomu nie będzie. W końcu kto miałby sobie z tym poradzić, jak nie czołowi tunerzy posiadający najlepiej wyposażone warsztaty na świecie. To jest sport motorowy. Tu nigdy outsider dzięki zmianom regulaminowym nagle z wożącego ogony, nie zmieni się w mistrza świata, a najlepszy tuner nie stanie się najgorszy. Ja mam nadzieję na co innego. Na to, że dzięki limiterom zrobi się ciekawiej, że wyścigi będą bardziej emocjonujące. Moim zdaniem może to pomóc dyscyplinie, bo było już tak, że w kwestiach mocy i ilości obrotów dochodziliśmy już powoli do absurdów".

Polska liga borykała się jednak z dużo poważniejszymi problemami niż rozwiązania techniczne. Na rynku żużlowym (czego świat nie dostrzegał) pojawił się deficyt polskich seniorów, brakowało utalentowanej młodzieży, brakowało gwiazd gwarantujących dwucyfrowe zdobycze punktowe. Ów fakt próbowali wykorzystywać zawodnicy i przedstawiali klubom coraz wyższe oferty kontraktowe, a ekstraligowi prezesi zamiast się zjednoczyć i wyhamować ten proceder, licytowali się o kolejnych żużlowców. Nikt nie chciał przecież zaznać goryczy spadku. Finansową karuzelę napędzały też pieniądze jakie kluby otrzymywały od sponsora tytularnego ligi i z tytułu praw telewizyjnych. Drużyny startujące w najwyższej lidze, mogły co roku liczyć na spore wpływy od sponsorów, ale też na dodatkowy zastrzyk finansowy na poziomie przynajmniej 2 milionów złotych z tytułu bycia ekstraligowcem. Jednak na zapleczu, w pierwszej lidze, o takich dochodach można było tylko pomarzyć. Dlatego trwała licytacja o zawodników, a najtrudniej co roku miał beniaminek, który po awansie, aby podjąć równorzędną walkę musiał wymienić co najmniej połowę składu. Dla przykładu w roku 2019 Motor Lublin robił wszystko by przyciągnąć do klubu chociaż jedną gwiazdę. W końcu udało się wyrwać z ROW-u Rybnik Grigorija Łagutę. Było warto, bo Motor utrzymał się w Ekstralidze, chociaż tak naprawdę większa w tym zasługa eksplozji formy Mikkela Michelsena i Pawła Miesiąca, niż wsparcia punktowego ze strony Rosjanina. Również przed sezonem 2020, szczęśliwy wygrany na pierwszoligowym froncie ROW Rybnik podobnie jak Lublin miał duży problem ze skompletowaniem składu, który gwarantowałby emocje w każdym meczu, a nie obawy o to czy zespół nawiąże walkę z rywalem. W kuluarach mówiło się, że rybniczanie już w czerwcu 2019 myśleli o wzmocnieniu składu po ewentualnym awansie i kusili Fredrika Lindgrena. Ofertę też dostał Jason Doyle. Gdy jednak przy ul. Gliwickiej usłyszano, że Australijczyk ma w Częstochowie zarobić 2,1 mln złotych, to ochota do licytacji szybko minęła. Ostatecznie prezes Krzysztof Mrozek miał niewielkie pole manewru i z klasowych jeźdźców przekonał do siebie tylko Grega Hancocka, który miał powrócić na tor, po rocznej przerwie spowodowanej opieką nad chorą żoną.
Nic więc dziwnego, że w głowach prezesów pojawił się pomysł, aby zamknąć ligę i rozgrywki Ekstraligi prowadzić na wzór koszykarskiej NBA, z której nikt by nie spadał, a awansować by można do niej było tylko na zasadzie zaproszenia, po spełnieniu rygorystycznych wymogów licencyjnych: infrastrukturalnych i finansowych. Wtedy kluby - pewne ligowego bytu - nie musiałyby co roku walczyć zaciekle o zawodników. Mogłyby zaoszczędzić i uzdrowić budżety, które w niektórych klubach w 90% przeznaczone są na wynagrodzenia dla żużlowców.
Żużlowa centrala nie chciała jednak słyszeć o tym pomyśle argumentując, że brak spadków i awansów nie leży w mentalności polskich kibiców i sprawiłby, że liga zostałaby obdarta z emocji. Nie byłoby tak jak choćby w sezonie 2019 trzymającej w napięciu wielomiesięcznej sagi, czy Toruń po raz pierwszy w historii spadnie z Ekstraligi czy nie. Nie byłoby również wypełnionych kompletami kibiców stadionów w Ostrowie i Rybniku, podczas finału Nice pierwszej ligi. Działacze ponadto szczegółowo rozmawiali na temat zamknięcia ligi z władzami siatkarskimi, które krytycznie oceniły decyzję o zamknięciu ligi w 2011 roku. W siatkówce miał, to być milowy krok na drodze do rozwoju, tymczasem zabito modę na polską, ligową siatkówkę. Kluby nie obawiały się spadku, więc już w trakcie sezonu pozbywały się najlepszych zawodników by zaoszczędzić. Tam gdzie nie walczono o nic radykalnie spadała też frekwencja. Zatem pomysł upadł i wielu miało nadzieję, że był to upadek bez możliwości powrotu. Jednak brak zawodników doskwierał wszystkim i honorowy prezes PZM Andrzej Witkowski mówił, że jeszcze w roku 2020 może dojść do zmian w regulaminie, które mogą przewrócić układ sił w lidze. Witkowski dowodził, że jeśli większość klubów będzie chciała zagranicznego juniora w składzie, bądź uszczuplenia składów do sześciu zawodników, to on nie będzie stał na przeszkodzie i czekał na propozycje klubów do 15 października 2019 roku. Te jednak nie spłynęły i stało się oczywistym, że żadnej rewolucji w składzie seniorzy vs juniorzy, Polacy vs obcokrajowcy w sezonie 2020 nie będzie. Pomysł nie został jednak odłożony ad acta, ale miał być dyskutowany jesienią roku 2020. Wówczas to oprócz zagranicznych juniorów w składach polskich drużyn ligowych, miała być również prowadzona dyskusja nad KSM i ewentualnym zmniejszeniem liczebności składów od roku 2021.

Problem braku zawodników był jednak dostrzegalny i przed otwarciem okienka transferowego żużlowe władze ustaliły, że kadra poszczególnych klubów pierwszo i drugoligowych może maksymalnie liczyć co najwyżej 10 seniorów. Obok ograniczenia liczebności zawodników w szerokiej kadrze klubowej, wprowadzono na wszystkich poziomach rozgrywek inną ważną zmianę, którą prezes ekstraligi Wojciech Stępniewski zapowiadał zaraz po zakończeniu sezonu 2019. Była to nowa tabela biegowa. Działacze tym samym chcieli pomóc żużlowcom, którzy startowali pod numerami 2 i 10. Powszechnie uważano te numery za najgorsze. Nie dość, że zawodnik rozpoczynał mecz od pól zewnętrznych, to już na starcie mierzył się z liderami. Efekt był taki, że bardzo często żużlowcy pod wspomnianymi numerami kończyli mecze po dwóch seriach startów i nie mogli udowodnić swojej wartości gdy w drugiej fazie zawodów mieli lepsze pola startowe, bo byli zastępowani w ramach rezerw taktycznych czy zwykłych. Boleśnie przekonali się o w minionym sezonie m.in. Jakub Jamróg, Paweł Przedpełski czy Norbert Kościuch. Tak więc jednym z założeń wprowadzonej zmiany było wyrównanie szans zawodników niezależnie od tego z jakim numerem trener desygnował do sortowej walki swojego jeźdźca, a to z kolei powinno okazać się korzystne dla drużyn, które nie miały wyraźnego podziału na liderów i drugą linię.
Co zatem niósł za sobą nowy układ biegów?
W odróżnieniu od poprzedniego układu w pierwszych siedmiu wyścigach, każdy żużlowiec miał pojechać raz z pola zewnętrznego i raz z wewnętrznego. Zlikwidowano także zasadę, według której podstawowe pary jechały ze sobą trzykrotnie, bo od sezonu 2020 te same pary miały jechać ze sobą maksymalnie dwa razy. To powodowało, że trenerzy i menadżerowie nie musieli sztucznie tworzyć pierwszej i drugiej linii spośród zawodników na bardzo podobnym poziomie. Przykładem takiej drużyny przez sezonem 2020 był klub z Torunia, o czym w rozmowie z "Gazetą Pomorską" mówił Tobiasz Musielak: "Nie każdy będzie mógł być liderem w każdym meczu, bo nowa tabela wyścigów, w której numery startowe już nie będą miały tak dużego znaczenia i praktycznie z każdej pozycji zawodnik będzie mógł pokazać swoją wartość. Do tej pory wszyscy nie lubiliśmy startować z nieszczęsną dwójką, która miała najmniej korzystne pola startowe. Teraz wydaje mi się, że będzie to nawet uprzywilejowany numer". I w słowach "Tofika" było dużo prawdy, co więcej nowa tabela dawała też to ogromne pole do popisu dla menedżerów i trenerów. Często bowiem w środowisku żużlowym dało się słyszeć komentarze, że trener czy menedżer był tylko od tego, aby wypełniać program w trakcie zawodów. Jeśli dokonywał zmian, to nasuwały się one same każdemu, kto uważnie śledził przebieg meczu. Przy nowym układzie tabeli trzeba było pogłówkować, przynajmniej na starcie rozgrywek, bo to, że menadżerowie wypracują sprawdzone schematy, można było być pewnym. Zatem 2020 roku, kibice mieli być świadkami wielu niekonwencjonalnych rozwiązań taktycznych, a trenerzy mogli zaprezentować swój kunszt i w większym stopniu wpływać na przebieg rywalizacji, bo znaczenie obranej taktyki zdecydowanie wzrastało. Marek Cieślak, trener kadry narodowej tak ocenił wprowadzoną zmianę: "Trzeba będzie trochę pogłówkować. Niewykluczone, że skład będzie uzależniony od klasy rywala, od jego mocnych i słabych punktów. Od razu powiem, że o ile dotąd mieliśmy pół godziny na podanie składu po otrzymaniu awizowanego zestawienia gości, tak za rok będzie godzina na odpowiedź. Dużo, ale przy wielu nowych niuansach tak być musi. Naprawdę jest o czym myśleć".
Swoją opinię wyraził również były menadżer toruńskiej drużyny, Jacek Frątczak: "Trzeba zwrócić uwagę, że mamy do czynienia z odejściem od dotychczasowego układu jeśli chodzi o temat par. Dotąd krzyżowanie następowało po trzeciej serii startów. Teraz zawodnicy jadą w tych samych duetach tylko dwukrotnie i to jeszcze w środku meczu, czyli w drugiej i trzeciej serii startów. Na otwarcie i w serii czwartej pojadą w innych konfiguracjach. Niezwykle ciekawy układ, również pod kątem ruchów taktycznych w czasie meczu. Nie będzie można już mówić o prostych szablonach. Dużo trudniej będzie zbilansować pary na przestrzeni całego meczu. Sądzę, że przydzielenie zawodników do poszczególnych numerów startowych będzie miało większe znaczenie niż do tej pory. Fakt, że gospodarze ogłaszają swój skład później stawia ich w bardziej komfortowej sytuacji. Przy nowej tabeli biegowej łatwiej odpowiednio zestawić zespół, znając ustawienie rywali. Trudniejsze stanie się prowadzenie zespołu w trakcie meczu jeżeli chodzi o przeprowadzanie rezerw taktycznych. Dlaczego? Będzie trzeba wziąć pod uwagę więcej czynników. Podam przykład. Zawodnik startujący z numerem dziesiątym w pierwszych dwóch startach pojedzie na seniora i juniora, przy czym jeszcze w pierwszym starcie w parze z młodzieżowcem. Pytanie, jak ocenić jego postawę na tle kolegów jeśli pod dwóch biegach będzie miał na koncie np. trzy punkty z bonusem, a zespół będzie przegrywał sześcioma punktami i menedżer będzie się zastanawiał nad wprowadzeniem rezerwy taktycznej. Dodatkowo przy wprowadzaniu rezerw trzeba mieć na uwadze to, że w przypadku dwóch numerów mamy do czynienia z sytuacją, w której zawodnicy pojadą bieg po biegu. Chodzi o numery 4 i 12. W lepszym położeniu jest zawodnik gospodarzy, bo przed równaniem, kiedy materiał jest odsypany na zewnętrznej jedzie z pola zewnętrznego, a po równaniu z wewnętrznego. Co ciekawe, chociażby zawodnik z numerem 4 pojedzie w meczu w różnych kaskach. Kolejną ciekawą kwestią, która powinna dać do myślenia wielu trenerom jest identyczny układ pól startowych w biegach 5-6. Dotychczas mieliśmy do czynienia z taką sytuacją w biegach 2-3, 7-8, czy 9-10. Istotna różnica polega na tym, że teraz chodzi o dwa biegi występujące bezpośrednio po kosmetyce toru. To niby mała różnica, ale myślę, że może to również mieć znaczenie i stwarzać pewne możliwości gospodarzom. Trenerzy w Ekstralidze potrafią takie niuanse wykorzystywać".

Trzecią zmianą, choć doskonale znaną na najwyższym poziomie rozgrywek, było wprowadzenia w pierwszej i drugiej lidze zawodnika rezerwowego do lat 23 pod numerami 8 i 16 (dokładnie tak jak w Ekstralidze). Było to lekkie zskoczenie, bo przepis ten miał swoich zwolenników, ale równie wielu przeciwników. Żużlowa centrala uznała jednak, że przepis ten jest dobrowolnym rozwiązaniem regulaminowym i to kluby decydowały czy będą z tych zapisów korzystać. Wątpliwości budził jednak w tym przypadku fakt, że zawodnikiem rezerwowym mógł być jeździec zagraniczny, a to oznaczało, że przy dwóch polskich seniorach w składzie, drużyna mogła w ogóle nie korzystać z usług polskich seniorów, bowiem mogli być zmieniani przez straniero. Co prawda żaden z klubów tak drastycznych rozwiązań nie stosował, ale blisko tego w minionym sezonie był klub toruński, gdy przy słabej postawie Norberta Kościucha i kontuzji Rune Holty, menadżer stawiał na Jacka Holdera i zmieniał polskiego zawodnika po pierwszym nieudanym starcie.

Czwarta zmiana dotyczyła maksymalnej stawki za punkt, którą mogli otrzymać zawodnicy w ramach klubowych kontraktów. Do roku 2019 stawka ta wynosiła 1100 zł, ale w środowisku żużlowym panowało powszechne przekonanie, że wszyscy i tak płacą więcej i z tego powodu górna granica punktówki wzrosła do 1500 zł i była to suma bardziej zbliżona do realiów panujących na rynku.

Obok wyżej wymienionych nowości zawodnicy, ale też kibice oczekiwali poprawy regulaminu dotyczącego lotnych startów.
Niestety zmiany w tym zakresie nie było, a kontrowersje budziły zapisy ujęte w Regulaminu Zawodów Motocyklowych Na Torach Żużlowych w punkcie 4 i 5 Art. 71:
4. Jeżeli w czasie po zapaleniu zielonego światła startowego do zwolnienia taśm maszyny startowej motocykl zawodnika nie stoi bez ruchu dwoma kołami w kontakcie z torem, uznaje się, że zawodnik ten utrudnia prawidłowe przeprowadzenie startu.
5. Zawodnik, który utrudnia prawidłowe przeprowadzenie startu otrzymuje od sędziego ostrzeżenie za utrudnianie startu.
Właśnie te dwa punkty w ostatnim rok pokazały, że sędziowie z aptekarską dokładnością pilnowali zawodników na starcie. Przez takie podejście dochodziło do kuriozalnych sytuacji, w których moment startowy zajmował najwięcej czasu antenowego magazynów poświęconych żużlowi, a powtórki skupiały się nie na wyprzedzeniach, ale na rozważaniach, czy arbiter dał się oszukać czy nie. Niejasność przepisu powodowała, że nerwy puszczały nawet zawodnikom. Niestety prawo było po stronie sędziów, którzy dzięki regulaminowi mogli rozdawać ostrzeżenia na prawo i lewo i tylko od ich dobrej woli zależało czy skupią się na sportowym widowisku czy nieruchomej postawie zawodnika na starcie. Co więcej nowi kibice pojawiający się na stadionach lub przed telewizorami nie mogli zrozumieć jak to możliwe, że sędzia "na oko" bez fotokomórki ocenia prawdopodobieństwo lotnego startu. Niestety regulamin w przeciwieństwie do np. biegów sprinterskich, gdzie zastosowanie miały fotokomórki, opierał się wyłącznie na intuicji sędziego, który obserwując CZTERECH zawodników nie był w stanie określić konkretny jeździec rzeczywiście wystartował przed zwolnieniem taśmy startowej. Na to po prostu nie pozwalała ułomność ludzkich zmysłów. Tak więc kibice oczekiwali sprawiedliwości i uważali, że zawodnicy nie powinni być karani, jeśli stali nieruchomo w momencie zwolnienia taśmy i udało im się wstrzelić w moment startowy. Puszczanie sprzęgła było bowiem ryzykiem zawodnika, który przecież mógł dotknąć taśmy jeśli to sprzęgło puszczał przed zwolnieniem taśmy przez sędziego. Mówiąc krótko nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego jeździec stojący nieruchomo pod taśmą, obdarzony doskonałym refleksem był za to karany. Niestety przeforsowanie jakichkolwiek zmian w temacie procedury startowej nie było przychylnie odbierane przez środowisko sędziowskie i zmiana ta przed sezonem 2020 nie była nawet dyskutowana. Rodziło się zatem pytanie dokąd doprowadzi żużel obecna sytuacja, skoro najmniejszy ruch zawodnika może skutkować wykluczeniem? I czy faktycznie o to chodzi w żużlu? Czy może sędziowie chcieli zaznaczyć swoją obecność w zawodach? Tylko panowie sędziowie zapomnieli o sportowej maksymie, która mówiła, że najlepszy sędzia to ten o którym po meczu nikt nie mówi i nikt nie pamięta.

KONTRAKTY 2020góra strony


Nikogo w Toruniu, ale i w całej żużlowej Polsce, nie trzeba było specjalnie przekonywać, że sezon 2019 był totalną klapa w wykonaniu toruńskich Aniołów. Drużyna dała się poznać jako niekompletna, nieskuteczna i pełna wewnętrznych problemów. Żenujący styl, w jakim Anioły pożegnały się po czterdziestu czterech latach z najwyższą klasą rozgrywkową sprawił, że w Adamie Krużyńskim coś pękło i już 9 sierpnia 2019 roku w jednym z wywiadów mówił: "Musimy się zastanowić czy rewolucja nie będzie odpowiednim wyjściem. Czeka nas kilka nieprzespanych nocy". I rzeczywiście - coś się zmieniło, bo klub działał szybko, bez rozgłosu i widać było, że w roku 2020 w Toruniu tworzy się coś nowego, coś co ma odbudować to co przez lata zostało zaprzepaszczone.

Gdy właściciel klubu Przemysław Termiński oświadczył, że nie zamierza rozstawać się z klubem, a wiele osób zarzucało mu bezsensowne odzywki, wycieczki personalne itd., to również te same osoby uczciwie przyznawały, że ustępujący z fotela senatora lokalny przedsiębiorca, gwarantował stabilizację finansową, a co za tym szło - realne szanse na rychły powrót do elity. I właśnie na koncepcji szybkiej walki o awans toruńscy działacze podeszli do budowania pierwszoligowego składu na rok 2020, ale o wszystkim i tak miały zadecydować finanse: "Jako kibic tej drużyny mam problem, żeby wyobrazić ją sobie poza ekstraligą. To jest dla mnie wręcz niewyobrażalne. Trudno jest pogodzić się z tą sytuacją. Powrót na pewno nie będzie łatwy. Mówimy o zupełnie innym budżecie. Trzeba będzie przebudować zespół i podjąć wiele decyzji, które będą mogły zagwarantować nam lepszy wynik w przyszłości. W oparciu o pieniądze, które uda się nam uzbierać, będziemy zmieniać ten klub i budować nową drużynę. Pobyt Torunia w pierwszej lidze powinien być jak najkrótszy. Wszyscy będziemy myśleć, co zrobić, żeby tak się stało. Plan jest taki, żeby po jednorocznym rozbracie z ekstraligą, Toruń wrócił tam, gdzie jego miejsce" - mówił przed rozpoczęciem okresu transferowego Krużyński. Z kolei w założeniach Przemysława Termińskiego było odbudowanie zaufanie kibiców prze budowanie składu w oparciu o lokalnych bohaterów oraz aby wszyscy zawodnicy w drużynie mówili po polsku. Szef toruńskiego klubu, chciał bowiem namówić do powrotu spod Jasnej Góry, Pawła Przedpełskiego oraz Adriana Miedzińskiego, a gdyby transfer, któregoś z wychowanków nie wypalił opcją rezerwową był lider Orła Łódź - Tobiasz Musielak. Koncepcję tę miało uzupełnić dwóch obcokrajowców zza wschodniej granicy, doskonale władających językiem polskim.
Zanim jednak doszło do pierwszych kontraktów Krużyński zapowiadał kolejne zmiany w nawierzchni toruńskiej MotoAreny: "Musimy mieć więcej możliwości atakowania po zewnętrznej. Dzięki temu będzie więcej możliwości do atakowania. Chcemy mieć przynajmniej dwie linie jazdy. W tym sezonie tego brakowało. Chcemy to zrobić nie tylko po to, by mieć większe szanse na wygrywanie biegów. Robimy to też z myślą o tym, by stworzyć na naszym stadionie jak najlepsze żużlowe widowisko". Niestety była to kolejna próba wygrywania meczów warunkami torowymi, bo w 2017 roku głównie za sprawą Jacka Gajewskiego tor na MotoArenie był już modernizowany. Wówczas zmiany dotyczyły jednak geometrii owalu. Zwłaszcza na drugim łuku, gdzie przesunięto krawężnik. Zabieg ten miał dać jeszcze ciekawsze akcje na toruńskim owalu. Niestety okazał się totalną klapą, bo od tego czasu jednak poziom widowiska przy ulicy Pera Jonssona spadał z sezonu na sezon. Toruński menadżer uspokajał jednak, że tym razem zmiany mają dotyczyć jedynie w strukturze nawierzchni i nie będzie ingerencji w geometrię owalu. Wielką niewiadomą pozostawało jednak to, kto będzie w brawach Aniołów ścigał się po nowej nawierzchni. Przedstawiciele klubu zapewniali, że chcą szybko zrealizować jedną z wielu koncepcji składu na sezon 2020, ale wszystko zależało od decyzji zawodników, których przy budowie składu traktowano priorytetowo. Od początku było jasne, że takich zawodników jak Jason Doyle czy Niels Kristian Iversen raczej nie da się namówić na starty poza ekstraligą. Tak więc toruńscy działacze nie czekając na koniec sezonu 2019, na niespełna tydzień przed ostatnim meczem rundy zasadniczej, a zarazem ostatnim pożegnaniem Get Well Toruń z najwyższą klasą rozgrywkową, zabrali się do pracy i szybko w zgodzie i za obopólnym porozumieniem rozstali się z ośmioma zawodnikami, którymi byli:

Jason Doyle - był łakomym kąskiem praktycznie dla każdego klubu w najsilniejszej żużlowej lidze świata. Australijczyk posiadał jednak ważny kontrakt z toruńskim klubem na sezon 2020, dlatego jeszcze w trakcie sezonu, gdy okazało się, że Toruń opuści szeregi ekstraligowe, szybko doszedł do porozumienia z właścicielem klubu i otrzymał wolną rękę w poszukiwaniu pracodawcy wśród najlepszych drużyn nad Wisłą i trafił do Częstochowy. Ciekawostką tego porozumienia było to, że zawodnik po Awansie Aniołów deklarował powrót do Torunia w roku 2021. Kluby zainteresowane wypożyczeniem Doyle'a miały jednak zupełnie inne plany. Chciały namówić mistrza świata z 2017 roku, by zgodził się nie tylko na roczne wypożyczenie, ale również na podpisanie umowy kontraktowej na kolejne lata. Ostatecznie nikt nie przekonał Doyle'a do podpisania umowy dłuższej niż rok. Australijczyk chciał bowiem zostawić sobie otwartą furtkę i o tym gdzie będzie występował w kolejnych latach miał zadecydować dopiero w listopadzie roku 2020. To pokazywało spore przywiazanie zawodnika do Torunia, które można było również dostrzec, gdy przed podpisaniem kontraktu pod Jasną Górą zjawił się w Toruniu, by pożegnać się z klubem który jako pierwszy postawił na niego w ekstralidze. Rozstanie nastąpiło w bardzo dobrych relacjach, a właściciel klubu, ani przez moment nie robił problemów zawodnikowi w szukaniu nowego pracodawcy. Działacze mogliby co prawda spróbować rozwiązania w którym udałoby im się uzyskać za wypożyczenie Australijczyka kilkaset tysięcy złotych, ale takie rozwiązanie nawet przez moment nie było brane pod uwagę. W Toruniu szanowano Doyle'a za wszystko co zrobił dla klubu w trakcie ostatnich dwóch lat. Co prawda rozgrywki roku 2019 zakończyły się dla zawodników z miasta Kopernika fatalnie, ale Australijczyk mimo kiepskich wyników drużynowo, uzyskał średnią 2,28 pkt/bieg i bardzo chwalił sobie jazdę w Toruniu. Dodatkowo podkreślał, że gdyby nie spadek drużyny, to w ogóle nie rozglądałby się za nowym klubem. Tak więc po ewentualnym awansie Aniołów do Ekstraligi istniały realne szanse na powrót Kangura do składu ANiołów i rozwiązałoby problem klubu z poszukiwaniem lidera drużyny ze ścisłej światowej czołówki.

Niels Kristian Iversen - rozstał się z Toruniem, ale nikt nie rozpaczał po jego odejściu. Zawodnik swoje szanse na angaż w ekstralidze opierał na ograniczonym rynku zawodniczym. Co prawda w połowie ubiegłego sezonu dało się słyszeć, że zawodnik i toruńscy działacze usiądą do rozmów po ewentualnym spadku, ale jeszcze przed zakończeniem rozgrywek zrezygnowano z tego pomysłu, bo czarę goryczy przelało spotkanie z Unią Leszno (26:64), które oficjalnie przyklepało spadek torunian, a "Puk" był niechlubnym ojcem kompromitacji żółto-niebiesko-białych. W tej sytuacji zawodnik zapałał ponowną miłością do Gorzowa, z którego odchodził przed dwoma laty z powodów finansowych, ale jak widać perspektywa czasu zatarła pamięć zawodnika i nic nie stało na przeszkodzie, by ponownie przywdział plastron Stali.

Rune Holta - powrócił do Częstochowy. Norweg z polskim paszportem co prawda dobrze pojechał w końcówce poprzedniego sezonu, ale jego wiek - z całym szacunkiem - nie pozwalał traktować, go jako perspektywicznego jeźdźca, z którym można by wiązać przyszłość klubu w kolejnych latach. Rune z kolei wiązał z powrotem do Włókniarza duże nadzieje. Chciał udowodnić, że jeszcze stać go na skuteczną jazdę na ekstraligowym froncie i wierzył, że nie ma na to lepszego miejsca niż Częstochowa. Dotychczas przecież nigdy nie zdarzyło mu się w częstochowskim klubie zawodzić. Swoją drogą trudno byłoby mu znaleźć zatrudnienie w innym ekstraligowym klubie. Włókniarz natomiast nie miał za bardzo innego wyjścia, bo rynek polskich seniorów był bardzo wąski.

Norbert Kościuch - starty w ekstraligowym towarzystwie przerosły go. Trzeba jednak przyznać, że Kościuch nie zaskarbił sobie sympatii toruńskich działaczy, bowiem kontrakt w Toruniu podpisał z pełną świadomością walki o skład, ale w trakcie sezonu nie do końca godził się z tą rolą, gdy był zmieniany już po pierwszym biegu przez Jacka Holdera. Niestety menadżer Jacek Frątczak swoimi decyzjami nie dawał Kościuchowi powodów do zadowolenia, bo faworyzowany Australijczyk nawet po czterech zerach, nadal pozostawał w grze o punkty. Upust swojej frustracji na takie podejście sztabu menadżerskiego dał zawodnik przed kamerami TV, podczas meczu we Wrocławiu, za co został odsunięty od kolejnego spotkania. Swoistego rodzaju reprymenda podziałała, bo gdy powrócił do składu zanotował przebłysk formy i stał się ojcem zwycięstwa nad Stalą Gorzów. Jednak w kolejnych meczach nie potwierdził, że nie był to jednorazowy występ i ponownie był zastępowany przez kolegów z drużyny. Co ciekawe po sezonie działacze uznali zawodnika, za zbyt konfliktowego i jako jedynemu nie złożyli propozycji startów w niższej lidze. Wiadomość tę z zadowoleniem przyjął jego poprzedni pracodawca Witold Skrzydlewski i zaoferował mu miejsce w składzie Orła Łódź, w szeregach którego zawodnik liczył na odbudowanie swojej sportowej wartości.

Maksymilian Bogdanowicz - podobnie jak Kościuch nie otrzymał propozycji startów na sezon 2020, ale tylko dlatego, że zawodnik postanowił zakończyć sportową karierę. I była to słuszna decyzja, bo niestety trzeba otwarcie napisać, że toruński klub spadł z ekstraligi za sprawą juniorów w tym za sprawą Maksa który miał być siłą pociągową tej formacji. Nikogo zatem nie dziwiło, że zawodnik, który swą pierwszą żużlową licencję zdobył w Szwecji i wraz z sezonem 2020 wchodził w wiek seniora, postanowił zakończyć żużlową przygodę. Biorąc jednak pod uwagę szerokie horyzonty młodego człowieka (znajomość kilku języków i studia na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu) miał on bez problemów odnaleźć swoje miejsce poza czarnym sportem i to było dla niego najlepsze rozwiązanie.

Tim Soerensen - swoimi umiejętnościami, nie gwarantował szybkiego powrotu w ekstraligowe szeregi więc nie pojawił się w koncepcji budowania składu na szybki awans. Klub nie zrywał jednak kontaktu z zawodnikiem, bo przykład Czugunowa, Kurtza czy Fricke pokazał, że nieopierzony junior, niespodziewanie mógł zostać wartościowym zawodnikiem. Wiedzieli o tym działacze Orła Łódź, którzy postanowili zaufać dziewiętnastolatkowi i zaproponowali mu walkę o miejsce w składzie. A walka ta nie była miała być łatwa, bo biorąc pod uwagę przepisy, które nie pozwalały zawodnikom zagranicznym startować na pozycjach młodzieżowych, Soerensen musiał najpierw stawić czoła w rywalizacji z zagranicznymi seniorami, a potem udowodnić swoją wartość na torze w meczu ligowym. Co ciekawe ambicja i determinacja pchały Sorensena do związania się z polskim klubem. Zawodnik wiedział jednak co robi, bo śledził regulaminowe ustalenia w Polsce i gdy trwały dyskusje na temat możliwości wprowadzenia do składów drużyn Ekstraligi zagranicznego młodzieżowca, Duńczyk liczył na młodzieżowy angaż. Niestety regulamin nie został zmieniony, ale uznanie budziło to w jaki sposób Tim prowadził rozmowy z kilkoma polskimi klubami, bo w przeciwieństwie do polskich juniorów, którzy po odjechaniu kilku meczów, żądali od klubów kontraktów na poziomie kilkuset tysięcy złotych, Soerensen postanowił zadowolić się 40 tysiącami złotych. I właśnie takie oferty złożył kilku klubom z Ekstraligi licząc, że znajdzie pracodawcę, który po zmianie przepisów wstawi go na pozycję młodzieżowca, bo to oznaczałoby dla tego klubu oszczędność co najmniej 100 tysięcy złotych rocznie. Jednak przepis o zagranicznym juniorze tak jak wspomniano upadł i zawodnik ze swoim teamem zaczął szukać swojej szansy na jazdę w niższej lidze i tak trafił do łódzkiego Orła.

Filip Nizgorski - ku zaskoczeniu wszystkich zakończył żużlową karierę. Wielu, żałowało tej decyzji, ale nikt w Toruniu nie namawiał do zmiany decyzji zawodnika, który jako Anioł zaistniał bardziej w roli mini żużlowca, niż jako pełnoprawny zawodnik dorosłego żużla. Na zawodniku nikt też nie wywierał sportowej presji, bo ten kto znał realia żużlowe, nie oczekiwał od niego zdobyczy punktowych w sezonie 2019. Wielu jednak pokładało w nim nadzieję na kolejne sezony i nawet zadebiutował w składzie Aniołów podczas meczu w doskonale znanym mu Grudziądzu, ale w dwóch biegach nie zdobył punktu. Z toru wyniósł wówczas, cenne doświadczenie ligowe i co ważne miał za sobą ligowy debiut, który dla młodego zawodnika z całą pewnością, był sporym przeżyciem. Dlatego w kolejnym roku, po spadku toruńskiej drużyny do niższej ligi, wspólnie z Igorem Kopeć-Sobczyńskim, przymierzany był do ligowego składu pod numerami młodzieżowymi. Niestety Filip po kilku upadkach, w tym jednym dość poważnym, po sezonie postanowił zakończyć żużlowe ściganie. Była to zaskakująca decyzja zawodnika, który jeszcze nie wypłynął na szerokie wody. Z drugiej strony jeśli zawodnik miał jeździć bojaźliwie, to lepiej, że powiedział pas. Zwłaszcza, że nie mógł być pewien tego jak potoczy się jego kariera, bo w odwodzie pozostawali inni juniorzy z toruńskiej szkółki żużlowej na odrodzenie której wielu liczyło.

Kasper Andersen - ten Duński zawodnik o którym zapomniało w trakcie sezonu wielu toruńskich kibiców, nie znalazł uznania w oczach nie tylko toruńskich działaczy, ale nie znalazł się nikt w Polsce, kto byłby zainteresowany jego jazdą, na którymkolwiek poziomie ligowej rywalizacji. W rozgrywkach międzynarodowych Kasper też nie odegrał większej roli i nie pojawił się w żadnym z finałów międzynarodowych. Nic więc dziwnego, że na sezon 2020 podobnie jak jego Duński kolega Soerensen, w barwach Aniołów nie znalazł zatrudnienia, bowiem umiejętności młodego Duńczyka nie gwarantowały pewności i stabilności punktowej.

Zatem po rozstaniu niemal ze wszystkimi zawodnikami wielu kibiców zadawało sobie pytanie, kto będzie stratował w Toruniu? Co stanie się z braćmi Holderami, o których niewiele mówiono w toruńskich planach na sezon 2020? Temat podchwyciły jak zwykle media i plotek było o niemiara. Na liście zawodników wcześniej nie wymienionych, a wiązanych z miastem Kopernika w mediowych spekulacjach byli:

Mówiący po polsku i pasujący do koncepcji właściciela klubu Vaclav Milik. Czech nie spełnił w ubiegłym sezonie oczekiwań Sparty Wrocław. Chciał dobudować się w klubie, który zagwarantuje mu regularne starty i pewne miejsce w składzie. Pasował więc do ekipy Aniołów, w której motywem przewodnim w sezonie transferowym były słowa "perspektywa" i "potencjał", młody żużlowiec zza południowej granicy Polski z całą pewnością, po dobrym sezonie, mógł stanowić ciekawe uzupełnienie kadry żółto-niebiesko-białych po awansie do ekstraligi.

Były mistrz Europy - Andrzej Lebiediew. Łotysz znał doskonale pierwszą ligę, bowiem jeździł na zasadach wypożyczenia w Lokomotiv Daugavpils. Miał też podpisany ważny kontrakt na sezon 2020 ze Spartą Wrocław i marzył mu się powrót do najlepszej ligi świata, ale nawet po bardzo dobrym sezonie w na ekstraligowym zapleczu nie mógł liczyć na pewne miejsce w składzie ekipy z Dolnego Śląska. Działacze Sparty nie chcieli wypożyczać Andrzeja do innego klubu z elity, dlatego idealnym dla Lebiediewa rozwiązaniem wydawał się wariant toruński, gdzie mógł sam wywalczyć sobie awans do Ekstraligi. Dodatkowo Andrzej władał swobodnie posługiwał się językiem polskim i wpisywał się w oczekiwania właściciela toruńskich Aniołów.

Utalentowany Australijczyk Jaimon Lidsey związany z Unią Leszno, ale w najbliższej perspektywie miał on niewielkie szanse na znalezienie miejsca w składzie "Byków". W kolejce przed nim był bowiem Brady Kurtz oraz Bartosz Smektała. Zatem starty w Toruniu, podobnie jak dla Milika i Lebiedieva mogły być dla niego lepszą alternatywą niż starty drugoligowym Kolejarzu Opole.

Jeździec pochodzący z nieco egzotycznej dla żużla Francji, David Bellego o pozyskaniu którego mówiło się jeszcze w trakcie sezonu 2019, kiedy zaczęto spekulować, że nowym trenerem torunian będzie Tomasz Bajerski, któy był wielkim zwolennikiem sprowadzenia Francuza do Poznania. I jak się okazało była to słuszna decyzja. Panowie nawiązali bliższą współpracę, a poznański szkoleniowiec jeździł z zawodnikiem na turnieje SEC, gdzie służył mu cenną radą. Temat jednak upadł, bo w Toruniu dokonano głębszej analizy i postanowiono postawić na żużlowców z większymi nazwiskami.

Ostatecznie z transferów tych nic nie wyszło, a na jednej z konferencji Przemysław Termiński, dość zagadkowo w okresie, gdy w pierwszej lidze trwały jeszcze mecze barażowe, zaprezentował skład drużyny na kolejny sezon. Nie padły wówczas, wszystkie nazwiska zawodników (regulamin zakazywał rozmów kontraktowych z zawodnikami, dla których trwał sezon żużlowy), ale właściciel Aniołów poinformował o podpisaniu kontraktów z braćmi Holderami oraz umów sponsorskich z liderem drużyny z Tarnowa - Wiktorem Kułakowem, Adrianem Miedzińskim oraz liderem Orła Łódź. Redaktorom wszystkich mediów żużlowych, którzy śledzili zmagania żużlowe, nie trudno było domyśleć się o jakiego jeźdźca chodzi i dopytywali o konkrety, ale Tremiński wymienił jeszcze tylko jedno nazwisko i było to nazwisko na przyszłego menadżera drużyny, którym został prowadzący przez dwa ostatnie sezony drużynę PSŻ Poznań, wychowanek toruńskiego klubu, Tomasz Bajerski, za którym do Torunia mieli przyjść obiecujący juniorzy bracia Michał i Bartosz Curzytkowie. Przyszły menadżer odcinał się jednak od tej wypowiedzi, bowiem jego PSŻ walczył w barażach z Polonią Bydgoszcz o status pierwszoligowca i nie chciał rozbijać motywacji zespołu przed najważniejszymi meczami: "W sezonie 2019 jestem w Poznaniu i interesuje mnie wyłącznie jak najlepszy wynik tej drużyny w tegorocznych rozgrywkach. Na tym zadaniu skupiam się teraz w stu procentach. Nikt z Torunia, jak również z innych klubów, nie kontaktował się ze mną w sprawie mojej trenerskiej przyszłości. Walka PSŻ Poznań o awans do Pierwszej Ligi Żużlowej jest dla mnie celem nadrzędnym i nic innego teraz się nie liczy". Z kolei Adam Krużyński nie pozostawiał wątpliwości, że "Bajer" to jedyna opcja menadżerska w toruńskim klubie: "W momencie, gdy decydowaliśmy się na zmianę managera, nie było zbyt wielu osób, które podjęłyby się tego zdania. Obecność Marka Lemona jest konsekwencją tych wydarzeń i pokazuje, że nie było łatwo znaleźć takiej osoby. Ze względu na moje obowiązki służbowe, nie jestem w stanie pełnić tej funkcji długo. Rozmawialiśmy z Tomkiem na temat ewentualnej współpracy w kolejnym sezonie. Oczywiście nie mamy jeszcze żadnych konkretów, ale Tomek jest zainteresowany".

Niestety zachowanie klubu z Grodu Kopernika nie spodobało się działaczom PSŻ-u Poznań, którzy nie chcieliby stracić swojego trenera, a Prezes Arkadiusz Ładziński nie krył zażenowania całą sytuacją: "Po sezonie będę myślał, co dalej. My chcemy, aby Tomek został i to jest nasz plan. Gdy słyszę, że w Toruniu ma być ten trener i tacy zawodnicy, to mam w głowie to, że już wiele razy takie rzeczy słyszałem i wcale tak nie było. Media o tym piszą, bo jest to ciekawy temat. Z drugiej strony nie dziwię się panu Termińskiemu, bo bardzo słabo zaprezentowała się jego drużyna w tym sezonie. Szkoda tylko, że chusteczką, którą ociera łzy jest Poznań. To bardzo przykre. Według mnie trzeba wziąć na klatę porażkę, a nie poprzez wielkie plany próbować zatrzeć obraz. Dla mnie coś takiego jest brakiem klasy sportowej. Jeżeli mam jakieś plany, co do zawodnika lub trenera to nie mówię o tym głośno. W biznesie mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Dziwię się, że właściciel klubu, senator i ważna postać w Toruniu w ten sposób się wypowiada, bo to nie fair, kiedy trwa sezon. Rozumiem, że w Toruniu chcą pokazać, że mają plany, ale jestem tym jednocześnie zniesmaczony. Boję się otworzyć lodówkę, bo co chwilę wyskakuje tam Bajerski. Bardzo fajnie, że mamy takiego trenera, którym się interesują, ale tak się nie robi w trakcie sezonu".
Na tych słowach sprawa jednak nie została ucięta i PSŻ Poznań wystosował oficjalny komunikat do GKSŻ w przedmiotowej sprawie:

Poznańskie Stowarzyszenie Żużla wzywa Polski Związek Motorowy, Główną Komisję Sportu Żużlowego oraz Ekstraligę Żużlową Sp. z o.o. do wszczęcia czynności dyscyplinarnych wobec Klubu Sportowego Toruń S.A. w związku ze złamaniem art. 223 Regulaminu przynależności klubowej w sporcie żużlowym.
Art. 223 ww. Regulaminu wskazuje, iż "w okresie od daty podpisania kontraktu do daty ostatniej imprezy kalendarzowej w danym sezonie objętej podpisanym kontraktem będącym podstawą ustalenia przynależności klubowej zawodnika, zabronione jest:
1) prowadzenie rozmów z zawodnikiem w przedmiocie zmiany barw klubowych przez działacza innego klubu lub osoby z nim powiązane,
2) składanie zawodnikowi przez działaczy innych klubów lub osoby z nimi powiązane ustnych lub pisemnych propozycji, ofert, listów intencyjnych dotyczących zmiany barw klubowych, zatrudnienia, warunków kontraktu zawodnika, jak również prowadzenie rozmów w tym przedmiocie oraz podpisywanie i zawieranie jakichkolwiek kontraktów, listów intencyjnych, porozumień Regulamin Przynależności Klubowej w Sporcie Żużlowym i umów pomiędzy innym klubem a zawodnikiem; powyższy zakaz dotyczy również zawodnika."
W dniu 30 września 2019 roku odbyła się w Toruniu konferencja prasowa, (zapis konferencji na https://www.youtube.com/watch?v=ImDD55Qwa1k&feature=youtu.be )na której właściciel klubu, Pan Przemysław Termiński, ogłosił m.in. informację, iż opiekunem toruńskiej drużyny w nowym sezonie zostanie Tomasz Bajerski oraz, iż zawarto porozumienie z rodzicami Michała i Bartosza Curzytków:
"Finalizujemy rozmowy w tej chwili (kwestie transferu) obu braci Curzytków do Torunia. To jest związane z rozmowami z rzeszowskim klubem, który formalnie ma ich licencje po swojej stronie (…) jesteśmy porozumieni również z rodzicami braci Curzytek, więc wierzę w to, że oni również będą u nas".
Poznańskie Stowarzyszenie Żużla wyraża oburzenie skandalicznym zachowaniem Pana Przemysława Termińskiego, który - nie zważając na to, iż wbrew zapisom art. 223 Regulaminu podaje w czasie trwania sezonu do publicznej wiadomości informacje na temat przyszłości zawodników, którzy wciąż są żużlowcami reprezentującymi w sezonie 2019 PSŻ Poznań - wprowadza niepotrzebny chaos, nerwy i dezinformacje w szeregach środowiska "czarnego sportu" w Stolicy Wielkopolski na niespełna tydzień przed kluczowym dla PSŻ Poznań rewanżowym spotkaniem barażowym z KŻ Orłem Łódź, w którym ma realne szanse na końcowy sukces, jaki jest awans do wyższej klasy rozgrywkowej.
Poznańskie Stowarzyszenie Żużla nie znajduje innego racjonalnego wytłumaczenia w działaniu Pana Przemysława Termińskiego, niż zamiar storpedowania dalszego harmonijnego rozwoju żużla w Poznaniu. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, iż Pan Przemysław Termiński był w stanie podczas wspomnianej konferencji dyplomatycznie pominąć nazwisko innego zawodnika, uczestniczącego w barażu o utrzymanie/awans do Nice. 1 Ligi, by na tej samej konferencji bez oporów wymieniać jednym tchem z imienia i nazwiska osoby związane w tym sezonie z PSŻ Poznań i to w dodatku przed arcyważnym spotkaniem?
Ostatnia wypowiedź Pana Przemysława Termińskiego wprowadza w środowisku poznańskiego żużla niepotrzebny zamęt, który nie sprzyja przygotowaniom do najważniejszego dla "Skorpionów" meczu w sezonie. Klub zamiast przygotowywać się do rewanżowego spotkania, musi działać na wielu płaszczyznach, aby tłumaczyć miastu, partnerom i kibicom zaistniałą sytuację.
Z poważaniem
Arkadiusz Ładziński
Prezes Poznańskiego Stowarzyszenia Żużla

Po poznańskim komunikacie odezwał się również prezes Orła Łódź - Witold Skrzydlewski, który napisał list otwarty do jak go zatytułował "Pana Przemysława Kazimierza Termińskiego, Senatora RP, Prezesa Zarządu FST-Management Sp. z o.o., Prezesa Zarządu FST-Ventures Sp. z o.o. i Prezesa Zarządu Grafith-Nieruchomości Sp. z o.o.". Oto treść tego listu:

"Podstawową i niekwestionowaną przez nikogo zasadą w sporcie jest święta zasada fair play. Bezdyskusyjnie obowiązuje ona wszystkich zawodników. Niepodważalne jest również to, że muszą się też do niej stosować działacze sportowi. Zarówno ci formalnie związani z klubami oraz ci, którzy choć nie należą do klubowych władz, to jako osoby z nimi powiązane wywierają istotny i bezpośredni wpływ na kluby. Ujmując rzecz najbardziej ogólnie fair play to przestrzeganie - dla wszystkich takich samych - reguł gry. To tylko tyle i aż tyle!"
"Patrząc na naszą rzeczywistość przez pryzmat fair play, od zawodnika wymagamy sportowego zachowania. Jakiekolwiek wyłamanie się spod tej zasady podczas zawodów spotka się z powszechnym i słusznym ostracyzmem. A czego na podstawie fair play wymagamy od działaczy i osób z nimi powiązanych? Znów mówiąc ogólnie, podobnie jak od zawodników. Przestrzegania przyjętych w danej dyscyplinie zasad, honorowego i zgodnego
z obowiązującymi regulaminami zachowania się i ponoszenia ewentualnych konsekwencji swoich działań. To daje wszystkim równe szanse. Nie wypacza ostatecznego wyniku rozgrywek sportowych i również tych "taktycznych rozgrywek" prowadzonych między zawodnikami i klubami, między samymi klubami, czy między klubami i związkami sportowymi."
"Jak się okazuje takie myślenie jest jednak zbyt idealistyczne, bo niestety rzeczywistość potrafi nas czasami bardzo negatywnie zaskoczyć! Takim negatywnym zaskoczeniem i jednocześnie złamaniem zasady fair play, było dla mnie to, co powiedział Pan podczas konferencji prasowej w dniu 30 września 2019 roku. Dał Pan wszystkim do zrozumienia, że nie stosuje się Pan do norm prawnych obowiązujących w sporcie żużlowym, wynikających
z przyjętych regulaminów. Co tam dla Pana "kontakty zakazane", czy jakieś inne regulaminowe ograniczenia, np. podpisywanie umów sponsorskich bez spełnienia wszystkich formalno-prawnych wymogów? Co tam niezakończony sezon i podbieranie w jego trakcie zawodnika? Bo jak nazwać podpisanie z nim kontraktu sponsorskiego przez Pana firmę, czyli w zasadzie przez Pana, przed najważniejszym meczem sezonu dla klubu, w którym jeszcze jeździ?"
"Bardzo mi przykro, że złamał Pan reguły fair play i zmusił mnie tym samym do napisania tego listu. Przecież od Pana, osoby zaufania publicznego, kończącej właśnie sprawowanie mandatu Senatora RP i jednocześnie kandydata w wyborach do Sejmu należałoby i trzeba wymagać więcej. Pełniąc tak ważną społecznie funkcję - mandat senatora RP i aspirując do sprawowania mandatu posła - również na gruncie speedwaya - powinien Pan przestrzegać wszystkich przepisów prawa obowiązujących w sporcie żużlowym. Ze względu na pełniony mandat zaufania publicznego, Pańskie zachowanie powinno być przejrzyste i kryształowe! Tymczasem Pańska wypowiedź na konferencji w zasadzie świadczy o tym, że na przysłowiowym krysztale - jeżeli w ogóle jest to kryształ - powstało wiele rys"
"Bardzo mi przykro, że złamał Pan reguły fair play i zmusił mnie tym samym do napisania tego listu. Przecież od Pana, osoby zaufania publicznego, kończącej właśnie sprawowanie mandatu Senatora RP i jednocześnie kandydata w wyborach do Sejmu należałoby i trzeba wymagać więcej. Pełniąc tak ważną społecznie funkcję - mandat senatora RP i aspirując do sprawowania mandatu posła - również na gruncie speedwaya - powinien Pan przestrzegać wszystkich przepisów prawa obowiązujących w sporcie żużlowym. Ze względu na pełniony mandat zaufania publicznego, Pańskie zachowanie powinno być przejrzyste i kryształowe! Tymczasem Pańska wypowiedź na konferencji w zasadzie świadczy o tym, że na przysłowiowym krysztale - jeżeli w ogóle jest to kryształ - powstało wiele rys".

Całą sprawę skomentował wiceprzewodniczący GKSŻ Zbigniew Fijałkowski: "Wszczynamy postępowanie dyscyplinarne wobec klubu z Torunia, bowiem wpłynął do nas taki wniosek od PSŻ Poznań wobec klubu z Torunia. Na tę chwilę nic więcej nie mogę powiedzieć. Czy Toruń złamał regulamin? To się okaże i po to wszczęliśmy postępowanie, aby to wyjaśnić. Będziemy prowadzili w związku z tym czynności, między innymi przesłuchamy świadków. Nie potrafię powiedzieć, co grozi Toruniowi, jeżeli okaże się, że złamał regulamin. Możliwości może być klika. Jedno jest pewne, że z taką sytuacją mamy w żużlu do czynienia po raz pierwszy".

Wiadomym było, że w trakcie postępowania GKSŻ poprosi o wyjaśnienia nie tylko Przemysława Termińskiego, ale też zawodników oraz ich najbliższe otoczenie. W przypadku braci Curzytków wezwani mieli być rodzice, bo właściciel toruńskiego klubu pochwalił się, że z nimi zawarł porozumienie dotyczące startów wspomnianych żużlowców. GKSŻ chciała też zobaczyć wszystkie dokumenty, względnie umowy sponsorskie, jeśli takie zostały podpisane. Postępowanie jednak nie dotyczyło Adriana Miedzińskiego oraz Wiktora Kułakowa, ponieważ Włókniarz Częstochowa i Unia Tarnów zakończyły sezon i zawodnicy mogli ustalać warunki kontraktu z dowolnym klubem. To samo dotyczyło Tomasza Bajerskiego, bo żaden punkt regulaminu nie zakazywał trenerom i menadżerom podpisania umowy z innym klubem w trakcie trwania rozgrywek.
W całym zamieszaniu rodziło się też pytanie, czy okres transferowy w żużlu w ogóle ma sens. "Sezon na busa", czyli dywagacje na temat kto, gdzie i za ile będzie jeździć w kolejnych sezonach, ruszały zazwyczaj w połowie roku, gdy media nie miały o czym pisać podczas ligowej przerwy wakacyjnej. Nie było więc sensu tworzyć sztucznej rzeczywistości, w której kluby miały kontrakty uzgodnione z zawodnikami, a tylko w okresie transferowym finalizowały ustalenia podpisem na umowie. Pamiętać należało jednak o kwestiach formalnych, takich jak rozliczenie z zawodnikiem, które musiało nastąpić do końca października. Nie bez znaczenia był też wydźwięk medialny, bo w określonych ramami czasowymi okienku transferowym portale sportowe i gazety pisały ze zdwojoną siłą o tym, co dzieje się w polskim speedwayu, a to z kolei napędzało żużlową koniunkturę.
Co zatem mogło grozić Aniołom w związku z podejrzeniem złamania regulaminu? Taryfikator obejmował takie sankcje jak zawieszenie i finansowa grzywna. W tym przypadku w rachubę wchodziło raczej tylko to drugie rozwiązanie, bo poza nagraniami z konferencji trudno było przypuszczać, aby Termiński i wskazani przez niego zawodnicy składając wyjaśnienia sami pogrążali się w swoich zeznaniach. Dlatego w Toruniu ze spokojem czekano na rozwój wydarzeń i w zaciszu klubowych gabinetów dogrywano szczegóły kontraktów i budowano drużynę na ekstraligowy awans. A twórcami tego sukcesu mieli być:

Wiktor Kułakow - był Aniołem w 2014 roku odjechał wówczas zaledwie cztery mecze. Potem jeździł m.in. w Bydgoszczy i Tarnowie, gdzie w roku 2019, dwukrotnie zdobył mniej niż 10 punktów w ligowych potyczkach. Były zawodnik "Jaskółek" był tym samym największym objawieniem rozgrywek pierwszej ligi i niekwestionowanym liderem "drużyny. Średnia biegowa 2,411 mówiła sama za siebie, tym bardziej, że dała mu ona status najlepszego jeźdźca w pierwszej lidze. Było to zaskoczenie chyba nawet dla samego Rosjanina, bo sezon 2018 nie był dla niego zbyt udany. W składzie zajmował przeważnie pozycję numer 8 i nie miał zbyt wielu okazji do startów. Wiktor jednak nie złożył broni i to co zarobił inwestował w sprzęt, by zostać podstawowym zawodnikiem Unii. Gdy już nim został, to wskoczył na bardzo wysoki poziom i stał się jednym z najlepszych zawodników pierwszej ligi, a po sezonie przyznał, że każdy sezon uczy go czegoś innego: "Nigdy nie mówiłem, że żałuję sezonu 2018, w którym nie dostawałem zbyt wielu szans. Wówczas nie twierdziłem, że żałowałem podpisania umowy z tym klubem. To był inny rok, jest to już historia i nauczka. Nie powiem nawet, że był on stracony, bo każdy sezon daje mi coś do głowy i mojego życia. Każdy rok coś wnosi. Trzeba cieszyć się z tego, że w ogóle mogę się ścigać, jeździć na motocyklu, przebywać w Polsce i zwiedzać inne kraje. Ja patrzę na to trochę inaczej, staram się może odmiennie podejść do tego wszystkiego".
I choć słowa jakie padły w wywiadzie wskazywały, że zawodnik nie żywi urazy za poprzednie lata, to mała zadra postała w jego pamięci i gdy pojawiła się szansa na zmianę otoczenia na bardziej stabilny finansowo i organizacyjnie klub, działacze z "Jaskółczego Gniazda" nie zdołali zatrzymać swojego lidera. Torunianie liczyli, że angaż Rosjanina jest inwestycją długoterminową, bo zawodnk miał pomóc Aniołom w powrocie do najlepszej żużlowej ligi świata, a potem miał spróbować swoich sił w elicie. Do tego czasu dwudziestoczterolatek miał ustabilizować formę i sprawdzić się w innych ligach. Takie rozwiązanie odpowiadało też Wiktorowi, który nie miał mieć problemów z szybką aklimatyzacją i poznaniem toru, na którym przecież startował w przeszłości. Dodatkowo od dłuższego czasu korzystał z silników od Ryszarda Kowalskiego, a na tym sprzęcie od dawna jeździła większość toruńskich zawodników. Co ciekawe w Toruniu otwarcie zaczęto mówić o spolonizowaniu Rosjanina, który doskonale władał językiem polskim. Do tego od lat mieszkał w kraju nad Wisłą, a na swoją bazę obrał posiadłość pod Ciechocinkiem. Było to być może, mało etyczne rozwiązanie w oczach innych działaczy ze środowiska żużlowego, ale na pewno było to dobre posunięcie ze strony toruńskich działaczy, którzy po awansie mogli zyskać klasowego jeźdźca z polską licencją żużlową. Nic więc dziwnego, że nawet legenda Apatora Toruń, Wojciech Żabiałowicz nie krył zadowolenia z takiego rozwiązania: "W ogóle nie dziwię się rosyjskim żużlowcom, że tak chętnie starają się o polski paszport. W naszym kraju pracują , żyją i osiągają sukcesy, a ze strony krajowej federacji spotykają ich tylko dodatkowe problemy. Oni widzą jak działa to w naszym kraju i dlatego marzą, by osiedlić się tu na stałe. Nie ma w tym nic dziwnego i żaden z polskich kibiców nie powinien się temu dziwić. Dla Kułakowa zdobycie polskiego paszportu to życiowa szansa, którą na pewno wykorzysta. To świetny żużlowiec, który na razie tylko raz dostał prawdziwą szansę i od razu ją wykorzystał. W Toruniu będzie miał doskonałe warunki i przypuszczam, że będzie jedną z czołowych postaci".
A sam zawodnik po podpisaniu umowy, tak komentował swoją decyzję:
"Wracam do Torunia po kilku latach, z czego bardzo się cieszę. Ja i cały mój team mieszkamy niedaleko, mam również bazę w pobliżu. Moim celem jest rozwój i podnoszenie poziomu sportowego. Celem Torunia jest awans do Ekstraligi i pragnę przyczynić się do niego swoimi wynikami. Drużyna na papierze wygląda imponująco jak na warunki pierwszej ligi, ale jak wiemy, same nazwiska nie gwarantują osiągnięcia sukcesu. Należy być czujnym i zmotywowanym, aby osiągnąć założony przez klub cel. Aktualnie cały czas jestem c cyklu treningowym, aby podtrzymać kondycję. Na początku stycznia wyjeżdżam na kilka dni wakacji na których, ale wówczas także nie zapomnę o treningu. W połowie lutego przyjeżdżam do Polski, aby przygotowywać się z drużyną do sezonu 2020. Będę dobrze przygotowany do sezonu, bo mam sprawdzony system, którego nie zmieniam od kilku lat. Wprowadzone są tylko pewne nowinki. Trenuję w cyklu indywidualnym, który rozpocząłem jeszcze startując w Rosji. Dlatego jestem pewien, że będę dobrze przygotowany kondycyjnie i motorycznie. Również pod kątem sprzętowym nie przewiduję zmian, bo to co jest sprawdza się. Praktycznie od początku kariery o moje silniki dba Pan Ryszard Kowalski wraz z Danielem RK Racing. O pozostałe części dbają moi już wieloletni mechanicy, doskonale znani w środowisku toruńskim, ponieważ pracowali wcześniej z zawodnikami występującymi w barwach Apatora, co też daje mi dużo spokoju".
Ważne słowa wypowiedział również menadżer zawodnika Marcin Kraszewski, bowiem wskazywały one kierunek w rozwoju i ambicje Wiktora:
"Żeby się rozwijać i iść wytyczoną ścieżką potrzebujemy większych nakładów finansowych i to już w chwili rozpoczęcia przygotowania do sezonu lecz i w późniejszych terminach. Nakreślono nam ambitne cele i aby je spełnić niezbędne są systematycznie otrzymywane środki. Nie jest to uszczypliwość w stronę Tarnowa. Biorąc jednak pod uwagę ambicje sportowe i dalszy rozwój, nie było możliwości pozostania w Unii. Wygranie pierwszej ligi w sezonie 2020 nie gwarantowało awansu tej drużyny do Ekstraligi. Nas interesował sukces sportowy i dalszy krok w karierze. To był cel nadrzędny, który kładliśmy ponad aspekty finansowe. W tarnowskim klubie wiedzieli czego oczekujemy. Dopytywaliśmy prezesa, menedżera, ludzi w spółce jakie są szanse na spełnienie wymogów licencyjnych dla Ekstraligi. Chodziło o infrastrukturę, czy ruszy przebudowa stadionu, bo z tym jest największy problem. Nikt nie był w stanie nam tego przedstawić czarno na białym. My natomiast wyraziliśmy klarowne stanowisko. Dwa lata w pierwszej lidze i tyle. Warunek był jeden. Dobra, równa dyspozycji w przekroju sezonu. Plan osiągnęliśmy, Wiktor wygrał klasyfikację na najskuteczniejszego zawodnika zaplecza najlepszej ligi świata, a kolejnym etapem jest ugruntowanie pozycji. Okej, powiedzmy, że przedłużylibyśmy kontrakt w Tarnowie, ale co dalej? Nie było perspektyw, Toruń jawił się więc naturalnym ruchem, bo to drużyna stworzona z myślą o błyskawicznym powrocie do Ekstraligi. Nie zmienilibyśmy barw klubowych, nawet wiedząc, że na stole leży kilka dużo atrakcyjniejszych finansowo propozycji z Ekstraligi. To by się kłóciło z tym, co sobie założyliśmy. Potrzebujemy tego jednego roku, aby potwierdzić wartość sportową i wyrobić sobie jeszcze lepszą markę na rynku zawodniczym. Wiktor naprawdę nie ma jeszcze na tyle renomowanego nazwiska, a proszę zauważyć, że działacze niezbyt chętnie sięgając po żużlowców z niższych klas. Preferują obracanie się w gronie zawodników, którzy "wożą" się na tym, że w przeszłości coś znaczyli, a teraz wpadli w dołek. Przykre, to ponieważ w niższych ligach można wyłowić parę fajnych perełek, nie odbiegających poziomem od tych, którzy zawsze znajdą klub w Ekstralidze, choć powiedzmy sobie szczerze, że na to nie zasługują".

Adrian Miedziński - Śmiało można powiedzieć, że odejście Miedzińskiego z Włókniarza Częstochowa do pierwszoligowego zespołu z Torunia było sporym zaskoczeniem. Ale zawodnik nie tylko nie stracił finansowo, ale także zapewnił sobie finansowanie od dodatkowych sponsorów na co najmniej kilka lat. Działacze klubu liczyli, że doświadczony jeździec będzie prawdziwą gwiazdą rozgrywek pierwszej ligi, a jego obecność w składzie poprawi relacje z kibicami i sprawi, że ci będą tłumnie odwiedzać Motoarenę, także podczas meczów w niższej lidze. Miedziński miał być więc nie tylko liderem zespołu, ale także ambasadorem projektu budowy nowego zespołu. Nikogo zatem nie dziwiło, że właśnie negocjacje z tym zawodnikiem były najważniejszą częścią rozmów transferowych. Pozyskanie Miedzińskiego, czyniło też znacznie łatwiejszymi rozmowy z kolejnymi zawodnikami. W Częstochowie nikt jednak nie zakładał odejścia Miedzińskiego, dlatego po takim ciosie działacze spod Jasnej Góry szybko zaczęli szukać godnego następcy. Niestety tak jak wcześniej wspomniano rynek polskich zawodników był bardzo ubogi i stawiając wszystko na jedną kartę w Częstochowie zatrzymano Pawła Przedpełskiego oraz podpisano kontrakt z Rune Holtą. Działacze spod Jasnej Góry, mogli mieć jednak pretensje tylko do siebie, bo przez dwa lata pobytu Miedzińskiego w nowym klubie zainteresowali jego osobą tylko pojedynczych sponsorów. A sytuacji gdy zdecydowana większość partnerów indywidualnych "Miedziaka" pochodziła z Torunia, więź zawodnika z klubem była krucha, bo właśnie sponsorzy okazali się kluczowymi ogniwem w negocjacjach. Adrian nie miał co prawda zbyt dobrych relacji z właścicielem klubu Przemysławem Termińskim, ale trzeba było mieć na uwadze, że w rozmowy zaangażowało się wiele innych bliskich zawodnikowi osób, dlatego brak sympatii do właściciela poszedł w zapomnienie i Adrian po dwóch latach ponownie został Aniołem, uzasadniając swoją decyzję takimi słowami: "Nigdy nie spodziewałem się, że taka sytuacja nastąpi i toruński klub będzie startował w pierwszej lidze. Tak się jednak ułożyło. Nigdy nie chciałem startować w niższej lidze, nie planowałem tego. Mogłem jeździć w Ekstralidze, we Włókniarzu czy w jeszcze innym klubie, ale przyszła propozycja z Torunia. Stąd się wywodzę, praktycznie codziennie przejeżdżam obok tego stadionu, tutaj mam też wielu sponsorów. Po prostu, to jest Toruń i ciężko było patrzeć na to, co się dzieje. Gdyby to nie był Toruń, nie zdecydowałbym się na starty w niższej lidze. Ta przygoda na pewno potrwa jeden rok. Uważam, że awansujemy, mam taką nadzieję i po to tutaj jestem. Jeśli nie awansujemy, nie zamierzam dłużej być w pierwszej lidze, ale zobaczymy. To jest jak na razie melodia przyszłości i staram się póki co nie stwarzać problemu, którego nie ma. Mamy jeden cel i postaramy się go zrealizować. Chcę zrobić wszystko, by obecność w pierwszej lidze trwała tylko rok. Nie widzę innej możliwości, taki jest cel, a zbudowana drużyna teoretycznie bez problemu powinna podołać temu zadaniu, jeśli będzie atmosfera walki i współpracy. Co prawda każdy z nas trenuje zimą oddzielnie, ponieważ jesteśmy rozrzuceni po świecie, ale mam nadzieję, że zorganizujemy przed sezonem jakiś wspólny wypad, aby móc spędzić ze sobą czas bez obciążenia startowego. Myślę, że warto też bardziej skupić się na juniorach w kontekście przyszłorocznych startów. To jest tak naprawdę dopiero początek gry, po awansie może powstać problem w tej kwestii. Formacja seniorska jest na najwyższym poziomie, jednak musimy zadbać też o przyszłość, nie tylko tą najbliższą, ale również o następne sezony.
Ja czuję się drużynowo spełniony. Mam mistrzostwo Polski w swoim dorobku. Cieszy mnie, że udało się zdobyć medal z Częstochową, który dołożyłem do swojej kolekcji. Ale miło będzie też awansować i na zawsze zostać ikoną w Toruniu? Oczywiście to nie była pochopnie podjęta decyzja, musiałem się trochę bić z myślami. Nie uważam jednak, żeby jazda w pierwszej lidze oznaczała obniżkę formy, bo nadal będę startować w lidze szwedzkiej, różnych eliminacjach i innych zawodach, gdzie cały czas będę miał styczność z najlepszymi zawodnikami. Sprzęt też będzie z najwyższej półki. Greg Hancock startował w drugiej lidze, a jeździł w Grand Prix, więc nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że miałoby to wpłynąć negatywnie na dyspozycję. Jeśli zawodnik jest doświadczony, to cały czas szuka możliwości by było lepiej. W Ekstralidze szukanie jest wieczne, zawsze ktoś jest kawałek z przodu i trzeba testować różne możliwości, aby mu dorównać. Teoretycznie, na niższym szczeblu rozgrywek może być łatwiej wyprzedzać innych, ale niekoniecznie, ponieważ każdy ma różne źródła, z których kupuje silniki. Nic nie jest pewne. Gdyby w sporcie wszystko było oczywiste, byłoby zbyt łatwo".

Bracia Chris i Jack Holderowie - okres transferowy sprawił, że Australijscy bracia okazali się jedynymi zawodnikami z formacji seniorskiej, którzy pozostali w zespole po historycznym spadku Torunia z Ekstraligi. Choć po sezonie logicznym wydawało się, że toruński klub nie chciał budować zespołu w oparciu o tych, którzy zawiedli. Myśląc jednak o przeszłości i przewidując przyszłość w dłuższej perspektywie, nie trudno było oprzeć się wrażeniu, że Toruń był skazany na Holderów, a Holderowie byli skazani na Toruń. Dlatego podpisanie umów z tą dwójką było niejako przeznaczeniem i pierwsza myśl na temat braterskiego duetu była taka, że w pierwszej lidze będą gwiazdami. W Toruniu całą sprawę widziano jednak szerzej. Obaj straniero, po ewentualnym awansie mieli być cenną druga linią, bo przecież nowi zawodnicy wcale nie musieli być od nich gorsi. Co ciekawe historie braci w lidze polskiej były bardzo podobne. Obaj przyszli do grodu Kopernika w wieku 21 lat i efektownie weszli do drużyny. Choć ich wyniki po debiucie były na zdecydowanie niższym poziomie, obaj pozostawali stałym elementem toruńskiego składu. Jack po dwóch sezonach spędzonych pod numerem 8 miał wejść do podstawowego składu drużyny. Z kolei starszy z braci Chris jeździł w Toruniu nieprzerwanie od 2008 roku i był najdłużej startującym obcokrajowcem z Aniołem na piersi. Sam zawodnik też nie krył swojego sentymentu do Torunia i działaczy, ale też czuł się odpowiedzialny za spadek drużyny do niższej ligi i bardzo chciał pomóc w odbudowaniu tego co między innymi za jego przyczyną zostało zaprzepaszczone. Warto podkreślić, że trzynasty sezon z rzędu spędzony w jednym klubie, plasował Chrisa w sezonie 2020 na drugim miejscu zawodników z nieprzerwanym stażem w jednym klubie. W polskich rozgrywkach dłuższą serię kontynuował jedynie Piotr Protasiewicz, który wrócił do Falubazu w 2007 roku. Holder był jednak o 12 lat młodszy od Polaka i spokojnie mógł kontynuować karierę w Toruniu, gdy Protasiewicz zdecyduje o zakończeniu swoich startów na torze. Nic więc dziwnego, że kibice i klub traktowali Kangura, jak swojego wychowanka, który na ekstraligowym zapleczu miał odbudować formę i nawiązać do swoich najlepszych mistrzowskich lat.
Działacze wyciągnęli jednak wnioski ze współpracy z Kangurami z poprzednich lat i zamierzali mocniej zintegrować ich z zespołem. A zadbać o to miał nowy menago Tomasz Bajerski. Ustalono zatem, że z początkiem roku 2020 w ramach okresu przygotowawczego wszyscy zawodnicy wybiorą się na obóz integracyjny. Była to duża zmiana w porównaniu do ostatnich lat, kiedy to tłumaczono, że nie ma sensu organizować takich zgrupowań, bo obcokrajowcy nie chcą przerywać wakacji i przyjeżdżać do Polski. Gdy inne zespoły wspólnie spędzały czas w górach lub na motocrossie w Hiszpanii, torunianie przygotowywali się samodzielnie. Kończyło się tym, że wspólnych treningów i rozmów poza meczami było bardzo niewiele, bo kiedy obcokrajowcy zbierali się w Toruniu, to cały czas byli w pośpiechu i szybko wyjeżdżali na kolejne mecze. Tym razem jednak obóz ma być obowiązkowy dla wszystkich, a to oznaczało, że braterski duet musiał przylecieć z Australii do Polski znacznie wcześniej i musiał uczestniczył wspólnie z zespołem w przygotowaniach do sezonu. Rozwiązanie to pozwalało także, przerwać coroczną telenowelę, pod nazwą "paszport dla Austraijczyka" w której zawodnicy z Antypodów, co roku raczyli kibiców obawami o to czy na czas zdołają się uporać z
paszportami i pozwoleniami na pracę w Europie.

Tobiasz Musielak - W sezonie 2019 leszczyński wychowanek, startował w Orle Łódź. Wystąpił w dziesięciu meczach pierwszej ligi, uzyskując średnią biegopunktową na poziomie 2,104 i był to siódmy wynik w ligowym rankingu. W Toruniu Musielaka czekały jednak znacznie bardziej ambitne wyzwania, bo walka o awans stwarzała dodatkowe oczekiwania środowiska, a to przy braku wyniku podwajało presję. Kibice toruńskiego zespołu jednak bardzo liczyli na Tobiasza, którego transfer nie był wielką niespodzianką, bo o jego przenosinach do Torunia mówiło się od dłuższego czasu. Niestety po podpisaniu przez zawodnika kontraktu, ponownie, dał znać o sobie prezes łódzkiego Orła, wychodził z założenia, że trzeba dotkliwie karać zawodników, którzy lekceważyli swoje obowiązki. Jednak tym razem Witold Skrzydlewski pobił swój prywatny rekord absurdu i nałożył rekordowe kary za to, że dwaj jego podopieczni, Huckenbeck i Musielak, negocjowali kontrakty z nowymi klubami tuż przed najważniejszymi dla Orła meczami barażowymi. Paradoksem było to, że zarówno Huckenbeck, jak i Musielak pojechali w barażach bardzo dobrze i zapewnili drużynie utrzymanie, a kary nie dotyczyły przedwczesnych rozmów o kontraktach w innych klubach. Szef łódzkiego klubu postanowił jednak dać "niewdzięcznikom" solidną nauczkę za nie wywiązanie się z kontraktu z łódzkim klubem w trakcie sezonu i tak komentował swoje stanowisko: "Jeśli nie zapłacą mi kar, to zostaną zawieszeni i w kolejnym sezonie nie będą mogli startować w rozgrywkach ligowych. Nie ma mowy o taryfie ulgowej, bo to ma być dotkliwa nauczka nie tylko dla nich, ale dla wszystkich zawodników, którzy lekceważą sobie umowy ze swoimi pracodawcami. Nie ugnę się w tej walce. Wygrałem już trzy sprawy przed Trybunałem PZM, więc mam doświadczenie. W tym przypadku jestem pewny wygranej i bardzo się cieszę, bo ta sprawa ma być nauczką dla wszystkich zawodników".
Zatem za co Skrzydlewski zasądził kary, które nie miały nic wspólnego z nieregulaminowymi negocjacjami zawodników? Pan Witold jak twierdzi przeczytał dokładnie regulamin dyscyplinarny i wykorzystał szerokie spektrum możliwych przewinień zawodników. Każde z nich wycenił na karę w wysokości 20.000 złotych. W przypadku Huckenbecka znaleziono więc 16 uchybień, co dało kwotę 320 tysięcy złotych, a w przypadku Musielaka nieco mniej, bo w sumie zawodnik miał do zapłacenia 250 tysięcy złotych. Czym więc oficjalnie zawinili zawodnicy? Chodziło m.in. o brak czapek z logo sponsora na głowach mechaników, pójście na prezentację w kołnierzu ochronnym i z bidonem w ręku, brak przyjazdu na trening, nie uzgodniona reklama na kevlarze itp. Łodzianie zapewniali, że wszystkie dowody na podstawie, których zasądzono kary zostały udokumentowane i trudno będzie je podważyć. Zawodnik nie zgadzał się ze stanowiskiem łódzkiego klubu i sprawa musiała trafić do PZM. Nikt jednak nie miał wątpliwości, że szanse na utrzymanie absurdalnie wysokich kar były minimalne, bowiem już na wstępie dopatrzono się, że łodzianie pisząc wniosek zapomnieli, że w regulaminie jest punkt, mówiący o tym, ze nakładanie kar było możliwe maksymalnie do 30 dni od dnia zdarzenia. Witold Skrzydlewski mógł przeoczyć ten zapis, bo został on wprowadzony stosunkowo niedawno, właśnie po to, by chronić żużlowców przed zalewem kar na koniec sezonu. Zatem ewentualne uchybienia, które mogą zostać uznane za słuszne mogły dotyczyć tylko meczów barażowych.
Sam zawodnik tak jak wspomniano nie zamierzał oddać swoich pieniędzy bez walki i dla dobra sprawy tylko w krótkim komentarzu odniósł się do wytoczonych zarzutów: "Przyjmuję na klatę tę karę, ale się z nią nie zgadzam. Tak naprawdę to jest zbiór różnych kar, których suma wynosi 250 tysięcy. Za co konkretnie zostałem ukarany? Póki sprawa jest w toku, to nie chciałbym za dużo na ten temat gadać. Odwołałem się i czekam na posiedzenie przed Trybunałem Polskiego Związku Motorowego. Nie mam zamiaru płacić tych pieniędzy, mam nadzieję, że wygram. Toruński klub bardzo dobrze się zachowuje w tej sytuacji. Pomagają mi jak mogą. Jestem im bardzo wdzięczny. Z prezesem Skrzydlewskim niestety nie było żadnej możliwości polubownego dogadania się.
Cieszę się, że trafiłem do Torunia.. Przyznaję jednak, że miałem więcej ofert również ekstraligowych, ale ta z Torunia była jedną z pierwszych i najbardziej konkretnych. Dlatego na początku listopada szybko się dogadaliśmy. A, że prezes Skrzydlewski uważa, iż nastąpiło to znacznie wcześniej, to już jego sprawa. Ja mam kontrakt na sezon 2020, a także kolejnych sezonów, ale wszystko zależy od moich wyników. Na razie jest tak, że klub we mnie wierzy, a ja wierzę w to, że mogę tej drużynie pomóc. Zobaczymy co z tego wyniknie. Nie ukrywam, że chciałbym razem z nową drużyną wrócić do Ekstraligi".
Nowy pracodawca Musielaka, Przemysław Termiński nie miał jednak obaw o finalne rozstrzygnięcia i z miejsca zaoferował zawodnikowi pomoc swoich prawników, choć toruński klub nie był stroną w całym zamieszaniu: "Widziałem ten dokument i nie ma tam słowa na temat Apatora Toruń. My nie mamy z tym nic wspólnego, bo to sprawa tylko pomiędzy zawodnikami a Orłem Łódź. Po analizie prawników jestem spokojny o ostateczne rozstrzygnięcie". Tak więc Tobiasz Musielak już u progu swojej współpracy poznał profesjonalizm nowego pracodawcy i spokojnie mógł przygotowywać się do sezonu 2020.

Gdy znany był trzon zespołu torunianie mieli do poukładania jeszcze formację młodzieżową,, ale przy praktycznie bezbłędnej piątce seniorów, z których każdego stać było na dziesięć i więcej punktów, formacja ta miała znacznie mniejsze znacznie niż w roku 2019. Klub musiał jednak bezwzględnie zadbać o pracę z młodzieżą i wszyscy doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Nic więc dziwnego, że jeszcze przez końcem sezonu 2019, właściciel nauczony doświadczeniem lat minionych oraz obserwując problemy formacji młodzieżowej, podjął decyzję, że kolejni adepci żużla, którzy będą jeździć w barwach toruńskiego zespołu będą podpisywać kontrakty amatorskie. Miało to zwiększyć nie tylko możliwości kontroli działaczy nad zawodnikami, ale także miało znacznie obniżyć koszty jakie ponosił klub i sami żużlowcy. O ile klubowym działaczom udało się wytrwać w tym postanowieniu na sezon 2020, o tyle trudno było przewidzieć czy klub podała tej deklaracji w kolejnych latach, bo coraz trudniej było pozyskać juniora, który zgodziłby się (a w zasadzie zgodziliby się jego rodzice) na kontrakt amatorski. Ostatni sezon pokazał, że dobry junior może liczyć na wyższy kontrakt niż senior z dużym doświadczeniem w elicie. Co ciekawe toruński klub został "przećwiczony" w temacie juniorów w okresie transferowym przed sezonem 2020, przez rodzinę Curzytków (mimo, że na torze młodzi chłopcy jeszcze nie zaistnieli, a toruński klub doszedł do porozumienia z rzeszowskim, to rodzicie braci oczekiwali innego kontraktu), nie ugiął się presji, skupiając się na własnych wychowankach. A tu pewniakiem do jazdy w logowych bojach był Igor Kopeć-Sobczyński, który z bagażem czterech pełnych sezonów spędzonych w elicie, na poziomie pierwszej ligi miał zaprezentować większe zdecydowanie w swoich poczynaniach. Ciągle jednak Aniołom brakowało miejscowego juniora, który robiłby różnicę w parze z Igorem, zwłaszcza w meczach z Daugavpils i Tarnowem, gdzie dysponowano znacznie lepszą siłą uderzeniową na pozycjach młodzieżowych. W szkółce byli co prawda Cyprian Bieliński, Jakub Janik, Aleks Rydlewski, Justin Stolp, ale klub skłaniał się ku bardziej doświadczonemu Kamilowi Kiełbasie, którego kupiono przed sezonem 2019 z myślą o przyszłości. Zawodnik po podpisaniu kontraktu, nie miał szans na starty w Toruniu, dlatego został wypożyczony do Orła Łódź, aby objeździć się na niższym poziomie rywalizacji i nabrać wymaganego doświadczenia. I tym sposobem Kamil jeździł sporo, ale efekty były mizerne. Średnia 0,233 pkt/bieg była ostatnią wśród sklasyfikowanych żużlowców pierwszej ligi, ale juniorskich alternatyw nie tylko w Toruniu, ale na całym żużlowym rynku było niewiele. Ciekawostką było to, że przed sezonem u Kamil Kiełbasy doszło do rzadko spotykanej zmiany o której zawodnik poinformował za pośrednictwem mediów społecznościowych: "Drodzy kibice! Rok 2020 dopiero co się rozpoczął, a już spotkały mnie pewne zmiany. Z przyczyn prywatnych zmieniam nazwisko". Tak więc do rozgrywek z Aniołem na piersi przystąpił dziewiętnastoletni Kamil Marciniec.
Klub nie załamywał jednak rąk i odważnie planował inwestycje w pięciu juniorów i dwójkę młodzieżowych obcokrajowców, o których napisano poniżej, bo do DMPJ miały być zgłoszone dwa zespoły. Ta decyzja pokazywała jak Toruń był zdeterminowany w swym postanowieniu przeorganizowania szkółki żużlowej w której trenowało kolejnych blisko dwudziestu adeptów w różnych kategoriach wiekowych. Trener pierwszego zespołu Tomasz Bajerski, tak przedstawiał swoją wizję pracy z najmłodszymi adeptami żużla, którzy mieli wspomagać prowadzoną przez niego drużynę w meczach ligowych: "Planujemy dużo zmian organizacyjnych. Pojawi się dwóch mechaników, dedykowanych przede wszystkim dla młodych żużlowców, żeby mieli okazję do nauki i zbierania doświadczenia także w przygotowaniu sprzętu. Na dziś numerem jeden jest na pewno Igor, a pozostała piątka będzie walczyła o miejsce w składzie. Treningi i zawody wyłonią kolejną dwójkę, z która będzie walczyła o miejsce w podstawowym składzie na mecz oraz na pozycji rezerwowego. Każdy z nich ma szansę, bo ja nie znam tych chłopców, chcę obejrzeć kilka treningów, ocenić sytuację. Dlatego zależy mi, żeby już zimą zaczęły się prace w warsztacie, ale nie z miotłami. Mam zamiar położyć nacisk na pracę przy sprzęcie. W ostatnich latach byłem na wielu stadionach i jestem załamany poziomem technicznej wiedzy adeptów i juniorów. Mało kto umie ustawić koło czy gaźnik, czy nawet zadbać o poszczególne części motocykla. Będziemy zaczynać od takiej edukacji, bo potem w trakcie sezonu zawodnik może nawet więcej powiedzieć mechanikowi czy trenerowi. Będzie też więcej treningów ogólnorozwojowych. Zajęcia w hali poprowadzi Zbigniew Wójtowicz i zawodnicy na pewno bardziej dostaną w kość niż w poprzednich latach. Treningi na torze będą bardziej urozmaicone, będziemy lać wodę, bronować, oni muszą się nauczyć jeździć w każdych warunkach. W trakcie sezonu chłopacy muszą jednak jeździć w zawodach, a nie tylko trenować, dlatego być może zgłosimy dwie drużyny do DMPJ. Mamy też sporą grupę zawodników w niższych klasach. Łącznie jest ich siedemnastu, z których chcemy coś wydobyć w najbliższych sezonach".

Gdy wydawało się, że skład Aniołów na sezon jest już kompletny, tuż przez zamknięciem okienka transferowego klub poinformował o czterech nowych kontraktach.

Ryan Douglas - Angaż kolejnego Australijczyka w ekipie Aniołów, był poszukiwaniem wartościowego jeźdźca na wypadek kontuzji jednego z liderów. Zadanie to nie było łatwe, bowiem niewielu zawodników chciało czekać na ławce rezerwowych na pech kolegi z drużyny. Douglas znał się jednak doskonale z braćmi Holderami i pozytywna opinia o toruńskim klubie sprawiła, że zdecydował się parafować swoją pierwszą umowę w Polsce. Transfer ten był mimo wszystko sporym zaskoczeniem, ponieważ żużlowiec był nieco anonimowym jeźdźcem w kraju nad Wisłą. Do tej pory kariera dwudziestosześcioletniego żużlowca skupiała się głównie na startach w Wielkiej Brytanii, gdzie w sezonie 2019 w brytyjskiej Premiership, Douglas potrafił błyszczeć. Dla przykładu w meczu Peterborough Panthers - Swindon Robins zdobył, aż 18 punktów i bonus, pokonując m.in. takich zawodników jak Tobiasz Musielak czy Troy Batchelor. Ostatecznie Kangur sezon zakończył ze średnią biegową 1,565 pkt, ale startował też w Championship (druga klasa rozgrywek), gdzie z Leicester Lions wygrał rozgrywki drugiej ligi. Ryan Dogulas miał również swój epizod na torach w Polsce. Z końcem sezonu 2019, z dobrej strony zaprezentował się podczas Międzynarodowych Mistrzostw Bydgoszczy. Zdobył w tych zawodach 10 punktów i zajął 6 lokatę. Trzeba jednak otwarcie napisać, że Australijczyk nie miał na swoim koncie wielu sukcesów indywidualnych, choć zaznaczył swoją obecność w żużlu, srebrnym medalem młodzieżowych indywidualnych mistrzostw Australii, zdobytym w 2014 roku. Przegrał wówczas tylko z Maxem Fricke
Czy Australijczykowi uda mu się przedrzeć do składu Apatora Toruń? Czas pokaże. Konkurencję na pewno będzie miał mocną, ale swoją wartość zawodnik miał udowodnić w przedsezonowych treningach i meczach kontrolnych. Działacze toruńscy liczyli jednak, że Douglas podobnie jak Doyle, w kwiecie wieku stanie się wartościowym jeźdźcem.

Mathias Nielsen - przed rokiem Przemysław Termiński chwalił się, że Apator za namową ówczesnego menadżera Jacka Frątczaka, pozyskał trójkę zdolnych Duńczyków. Duńskie trio miało być inwestycją klubu na przyszłość, a pozyskani jeźdźcy mieli szukać jazdy w niższych ligach, bo z góry było wiadomo, że w 2019 roku szansy na starty ligowe w Toruniu nie dostaną. Skończyło się tak, że żadnemu z wymienionych nie udało się znaleźć pracy w Polsce. Jednak przed sezonem 2020 właściciel Aniołów nie zrezygnował całkowicie z wcześniejszej wizji i postawił już tylko na jednego zawodników kraju Hamleta, a był to dwudziestojednoletni Matias. Zawodnik wydawał się idealnym kandydatem do jazdy w Toruniu pod numerem 8 lub 16. Tomasz Bajreskii zarzekał się jednak, że rezerwowym będzie polski junior. Zatem jeśli trener w trakcie sezonu by wytrwał w swoim postanowieniu to, Matias musiał wygryźć ze składu kogoś z zestawu Chris Holder, Jack Holder, Wiktor Kułakow lub szukać zatrudnienia w innym klubie, bo w przeciwnym razie młody Duńczyk musiałby oczekiwać na rezerwie wspólnie z Ryanem Douglasem na kontuzję któregoś z podstawowych zawodników. Nielsen miał jednak trenować w Toruniu, miał też uczestniczyć w przedmeczowych sparingach oraz stanowić kadrę jednego z zespołów zgłoszonych do DMPJ.

Petr Chlupać - utalentowany siedemnastoletni Czech, który pokazał się już toruńskiej publiczności w rozgrywkach miniżużlowych, podobnie jak Mathias Nielsen był inwestycją w przyszłość i ewentualną alternatywą na pozycji rezerwowego do lat 23. Dla Torunia był to kolejny transfer z serii last minute. W poprzednim sezonie Chlupac był zawodnikiem Kolejarza Rawicz, gdzie odjechał trzy mecze, w których osiągnął średnią na poziomie 1,273 pkt/bieg. Petr zdecydowanie lepiej radził sobie w rodzimej extralidze, bo wystąpił we wszystkich ośmiu rundach, zdobywając 1,353 pkt/bieg. Ponadto został wicemistrzem Czech juniorów, w których musiał uznać wyższość Jana Kvecha. Chlupać był szóstym obcokrajowcem w składzie toruńskiej drużyny i tak naprawdę miał niewielkie szanse na ligowe starty. Jednak tak jak wspomniano wyżej, wiele mówiło się o zmianie regulaminu w kolejnych latach i wprowadzeniu do ligowego składu zawodnika młodzieżowego z innym paszportem niż Polski. Zatem, gdyby ów przepis został zatwierdzony Chlupać idealnie pasował na tę pozycję. Był uważny za spory talent w Czechach, posiadał całkiem dobry sprzęt, ale co najważniejsze pozostawał juniorem przez kolejnych pięć lat, co przy długoterminowej inwestycji mogło zaprocentować pokaźną zdobyczą punktową. Dlatego postanowiono zaryzykować i dać mu szansę młodemu zawodnikowi w DMPJ oraz sparingach i treningach.

Paweł Hlib - o ile angaż Douglasa był kontraktem zaskakującym, o tyle umowa z gorzowskim wychowankiem, była lekkim szokiem. Trzydziestotrzyletni żużlowiec, były młodzieżowy mistrz świata w drużynie i drugi wicemistrz indywidualnie, miniony sezon spędził w drugiej lidze w ekipie Wilków Krosno. Ale nie ten fakt był najbardziej zaskakujący w karierze Pawła, ale to że zawodnik powrócił w 2019 roku do ścigania po kilkuletniej przerwie. Ponieważ powrót był całkiem udany, postanowił kontynuować karierę i podpisał z Aniołami kontrakt tzw. "warszawski" czyli nie otrzymał, gwarancji startowych, ani aneksu finansowego. Zawodnik chciał jednak wziąć udział w treningach na Motoarenie i jeśli pojawiłaby się taka możliwość, także w sparingach Apatora. Miał w ten sposób sprawdzić swoją formę i jeśli toruński klub byłby zainteresowany miał odwagę powalczy o miejsce w składzie Aniołów. Jeśli tego miejsca by zabrakło Paweł planował poszukać miejsca dla siebie w innym klubie w ramach wypożyczenia. Co ciekawe zainteresowanie osobą Pawła Hliba w okienku transferowym było spore, bo wykazywały je prawie wszystkie drużyny z drugiej ligi, ten jednak postanowił spróbować swoich sił w pierwszej lidze. Na konferencji prasowej trener, tak mówił o tym angażu: "Paweł Hlib podpisał z naszym klubem tzw. kontrakt warszawski, ale zobaczymy co będzie się działo w trakcie sezonu. W podstawowym składzie mamy tylko dwóch Polaków, więc od początku był pomysł, by dziesiątym zawodnikiem w kadrze był żużlowiec z naszego kraju, abyśmy mieli zastępstwo w przypadku kontuzji kogoś z dwójki Tobiasz Musielak - Adrian Miedziński. Wszyscy będą musieli pokazać się jednak w treningach i sparingach, ale na ten moment pierwsza piątka nie powinna się jednak martwić o żadne zmiany. Ewentualne korekty w składzie będą następować nawet nie po jednym totalnie zawalonym meczu, ale dopiero, gdy zobaczę, że dany zawodnik będzie w naprawdę słabej dyspozycji. Nie ma się więc o co martwić".

Ostatecznie w marcu po domknięciu wszystkich kontraktów, szeroką ligową kadrę Aniołów potwierdziło GKSŻ w komunikacie:
Zawodnik Rok
urodzenia
średnia biegowa
w sezonie 2019

CHLUPÁČ Petr
Czechy
2002 1,273
2 liga
straniero - senior do lat 23
pierwszy sezon w Toruniu - bez gwarancji startowych
DOUGLAS Ryan
Australia
1993 - ns - straniero - senior
pierwszy sezon w Toruniu - bez gwarancji startowych
HLIB Paweł
Polska
1986 1,633
2 liga
senior
pierwszy ligowy sezon w Toruniu
HOLDER Chris
Australia
1987 1,677
e-liga
straniero - senior
dwunasty ligowy sezon w Toruniu
HOLDER Jack
Australia
1996 1,391
e-liga
straniero - senior
trzeci ligowy sezon w Toruniu
KUŁAKOW Wiktor
Rosja
1995 2,411
1 liga
straniero - senior
drugi ligowy sezon w Toruniu
MIEDZIŃSKI Adrian
Polska
1985 1,312
e-liga
senior
siedemnasty ligowy sezon w Toruniu
MUSIELAK Tobiasz
Polska
1993 2,104
1 liga
senior
pierwszy ligowy sezon w Toruniu
NIELSEN Mathias
Dania
1998 - ns - straniero - senior do lat 23
drugi sezon w Toruniu - bez gwarancji startowych
 Kadra młodzieżowa prowadzona przez  Karola Ząbika    i  Marcina Hoffmana 
BIELIŃSKI Cyprian
Polska

2001 - ns - junior
drugi ligowy sezon w Toruniu
JANIK Jakub
Polska
2000 - ns - junior
trzeci ligowy sezon w Toruniu
MARCINIEC Kamil
Polska

2001 0,233
1 liga
junior
drugi ligowy sezon w Toruniu
KOPEĆ-SOBCZYŃSKI Igor
Polska

1999 0,571
e-liga
junior
czwarty ligowy sezon w Toruniu
RYDLEWSKI Aleks
Polska

2002 - ns - junior
trzeci ligowy sezon w Toruniu
STOLP Justin
Polska

2001 - ns - junior
trzeci ligowy sezon w Toruniu
  
Z kadry Aniołów po sezonie 2019 odeszli:

ANDERSEN Kasper
Dania
1998 - ns - straniero - senior do lat 23
pierwszy sezon w Toruniu - bez gwarancji startowych

BOGDANOWICZ Maks
Polska
1998 0,258
e-liga
senior
nie podpisał umowy z żadnym klubem na sezon 2020

DOYLE Jason
Australia
1985 2,280
e-liga
straniero - senior
wypożyczony do Częstochowy

HOLTA Rune
Polska
1973 1,355
e-liga
straniero - senior
drugi ligowy sezon w Toruniu

IVERSEN Niels-Kristian
Dania
1982 1,765
e-liga
straniero - senior
odszedł do Gorzowa

KOŚCIUCH Norbert
Polska
1984 1,033
e-liga
senior
pierwszy ligowy sezon w Toruniu

NIZGORSKI Filip
Polska
2002 0,000
e-liga
junior
koniec kariery

SORENSEN Tim
Dania
2000 - ns - straniero - senior do lat 23
pierwszy sezon w Toruniu - bez gwarancji startowych

Jak nie trudno dostrzec rozmach z jakim torunianie podeszli do okresu transferowego robił wrażenie. Klubowe władze mogły być z siebie dumne, bo mimo spadku zrealizowały swój scenariusz związany z budową drużyny, która ma walczyć o szybki awans do ekstraligi. Gdyby zakontraktowani zawodnicy mieli na torze taką skuteczność jak klubowi decydenci, to jeszcze przed sezonem można by gratulować im awansu. Jednak w takim działaniu nie było, żadnej przypadkowości. Klub dość szybko przewidział swój spadek, dlatego szybko zabrano się do pracy. Wypracowano różne koncepcje składu, pośród których świadomie wybierając jeden z wariantów zrezygnowano z dwóch wartościowych jeźdźców Vaclava Milika i Andrzeja Lebiediewa. Można powiedzieć, że fiaskiem zakończyły się tylko negocjacje z Pawłem Przedpełskim, ale swoje podpisy w Toruniu pod umowami złożyło, aż trzech zawodników, którzy bez żadnych problemów znaleźliby zatrudnienie w elicie. Rozmach z jakim podpisywano kolejne kontrakty sprawiał, że mówiło się iż torunianie oferowali kandydatom ogromne pieniądze i po części było to prawdą, bo klub chciał pozyskać klasowych jeźdźców z którymi miał walczyć również po ewentualnym awansie. Warto jednak podkreślić, że kandydatów do jazdy w Toruniu, oprócz finansów przekonała także wizja przyszłości i zbudowania sportowej wartości każdego z żużlowców, a także cel po osiągnięciu którego nie zostaną odstawieni na boczny tor. Nikt zatem nie dziwił się, że wielu zawodników podpisując kontrakt za plikiem banknotów widziało również zespół, a także siebie jako część przemyślanej sportowej koncepcji. Śmiało zatem można powiedzieć, że przed startem pierwszoligowego sezonu w sezonie 2020 Anioły nie tylko były faworytem pierwszej ligi, ale byli także najlepszym i najdroższym pierwszoligowcem w historii, jeśli chodzi o zbudowany przed sezonem skład. W ostatnich latach bowiem żadna z ekip na zapleczu ekstraligi nie była, aż tak naszpikowana dobrze opłaconymi gwiazdami żużla. Z informacji jakie podawała prasa wynikało, że niektórzy zawodnicy otrzymali za podpis 300 tysięcy złotych. Takie kontrakty otrzymali nie tylko Adrian Miedziński czy bracia Holderowie (wszyscy mieli oferty z elity i w ich przypadku byłoby to uzasadnione), ale także siódmy zawodnik pierwszej ligi w minionym sezonie Tobiasz Musielak czy numer jeden tej ligi Wiktor Kułakow. Zatem kluby które miały ochotę powalczyć o wymienionych zawodników, mogły tylko rozłożyć bezradnie ręce i patrzeć jak w trakcie sezonu punktują ci których nie udało im się pozyskać. A toruńscy seniorzy mieli w sezonie zdobyć w około 850 punktów, co oznaczało koszt dla klubu na poziomie 2,5 mln złotych. Była to bardzo duża kwot zwłaszcza, że w miesiącach poprzedzających ligowe starty na przygotowanie do sezonu, seniorzy Apatora dostać mieli w sumie 1,5 mln złotych. Trzeba było też pamiętać, że 4 mln złotych był to niepełny koszt utrzymania toruńskiej drużyny, bo tak jak wspomniano wcześniej, zgodnie z nową koncepcją, torunianie zamierzali przejąć pełną odpowiedzialność za przygotowanie swoich juniorów do sezonu. Działacze musieli więc opłacić młodzieżowych mechaników, zakupić silniki, zatankować busy i sfinansować dojazd na zawody i śmiało można było założyć, że to kolejne 300-400 tysięcy, a przecież to były wydatki na poziomie pierwszoligowym. W Toruniu nikt jednak nie drżał o zasobność klubowej kasy, bo tuż po spadku właściciel klubu Przemysław Termiński zadeklarował, że jeśli nie pozyska sponsora tytularnego, to z własnych pieniędzy dołoży do budżetu około miliona złotych więcej niż zwykle i te pieniądze powinny zrekompensować brak około 2,5 mln wypłacanych do tej pory przez władze Ekstraligi z tytułu praw telewizyjnych i od głównego sponsora.
Zatem wszystko co wydarzyło się w okresie transferowym po degradacji Aniołów, było przemyślaną, zabezpieczoną finansowo strategią sportową, o której poinformował na jednej z konferencji prasowych mentor i trener drużyny Tomasz Bajerski: "W Poznaniu nauczyłem się wszystkiego, na końcu w szczególności pokory. W przeciwieństwie do mojego poprzednika, będę starać się mniej mówić, a więcej robić, myślę, że tak jest lepiej. Wiedziałem, że kiedyś wrócę do Torunia, ale nie sądziłem, że tak szybko. Myślałem, że jeszcze 2-3 lata i może wtedy otrzymam szansę, dlatego bardzo chciałbym podziękować za zaufanie pani prezes Ilonie Termińskiej, a także panu Przemkowi Termińskiemu i Adamowi Krużyńskiemu, bo to właśnie z tą trójką prowadziłem rozmowy na temat mojego powrotu do Torunia. Gdy już znalazłem się w mieście z którego pochodzę z miejsca zaczęliśmy rozmawiać o budowaniu drużyny. Nie było łatwo, a nawet powiem, że to był stresujący okres, ponieważ spadliśmy z ligi, a to oznaczało, że możemy mieć kłopoty w negocjacjach z zawodnikami, natomiast wydaję mi się, że skład, który został złożony zapewni nam sukces. Jednak nasz plan, był taki, aby zbudować drużynę na lata. Wystarczy spojrzeć na roczniki, tylko Chris i Adrian są po trzydziestce, a przecież oni jeszcze nie kończą swoich karier. Mamy zatem zespół, który jest bardzo perspektywiczny. Dodatkowo jednym z głównych kryteriów jakie braliśmy pod uwagę, było dopasowanie zawodników charakterami, bowiem atmosfera jest jednym z najważniejszych elementów w sporcie, a wszyscy wiemy, że w ostatnim sezonie jej nie było w Toruniu. Powodem niejasności był również sposób budowania drużyny. Nasza podstawowa piątka seniorów: Adrian, Wiktor, Tobiasz i bracia Holderowie, odgrywali ważne role w swoich zespołach, ale wiem, że wspólnie będą w stanie stworzyć zgrany zespół. Od razu też jasno deklaruję: oni mają pewne miejsce w składzie, choć w kadrze mamy więcej żużlowców. Proszę jednak żużlowych ekspertów, aby nie umieszczali nas już w ekstralidze, bo o tym będziemy rozmawiać po awansie".

Z kolei nie szczędzący w ostatnich latach słów gorzkiej krytyki pod adresem toruńskiego klubu - Wojciech Żabiałowicz optymistycznie, ale ostrożnie ocenił ruchy kadrowe do jakich doszło w drużynie z którą sięgał po mistrzowskie tytuły: "Skład jest ciekawy, ale petarda jest tylko na papierze. W każdym sporcie trzeba mieć trochę pokory, pamiętamy, nie takie dream teamy padały. Jestem jednak spokojny. Wydaje mi się, że błyskawiczny powrót do Ekstraligi stanie się faktem. Zawodnicy, klub wyszli już chyba z szoku, że po tylu latach degradacja dotknęła Toruń. Teraz trzeba zrobić wszystko, aby odzyskać zaufanie kibiców. Ale jak będzie wynik, to i fani wrócą na trybuny. Tak to działa. Dobrze, że wrócił Adrian, który dysponuje potencjałem ekstraligowym, a drużynę poprowadzi były zawodnik, a dziś trener wywodzący się z Torunia. Tomek nie był jakoś długo w Poznaniu, ale zdążył wynieść stamtąd niezbędne doświadczenie. Na pewno będzie trzymał rękę na pulsie, nie da się uśpić. Nie powiem nic odkrywczego. Wynik poszczególnych zawodników, składa się na całość drużyny i mimo nawet wysokiego prowadzenia trzeba być w pewnym sensie cwaniakiem i wizjonerem. Wybiegać wprzód i planować. Nie da się przejechać zawodów gapiąc się tylko w program, nawet posiadając ekipę złożoną ze znakomitych nazwisk, koszącą wszystkich. Dobrano zestawienie zawodnicze, które daje spore nadzieje na uzyskanie awansu. Pieniędzy pewnie na to bym nie postawił, ponieważ mamy do czynienia ze sportem mocno nieprzewidywalnym, jedna dziura może zaburzyć układankę i domino runie".

Jeszcze bardziej ostrożnie wypowiadał się inny toruński wychowanek Robert Sawina, który dostrzegał pewne zagrożenia: "Bardzo dobrze, że tak szybko poznaliśmy skład na nowy sezon, a także trenera. Szczerze życzę Tomkowi wszystkiego najlepszego. Działacze mieli niewielkie możliwości, bo rynek trenerski jest ubogi, a inni byli toruńscy zawodnicy są związani gdzie indziej, mam na myśli Roberta Kościechę czy Mariusza Puszakowskiego. Jednak w przeciwieństwie do niektórych uważam, że to nie jest skład na stuprocentowy awans. Problemem Torunia może być też formacja juniorska, ale nie chcę tego komentować. Każdy widzi jak to wygląda. Oby nie było tylko powtórki z zeszłego roku. Poza tym dla takich zawodników jak Miedziński, czy Holderowie wszystkie tory w pierwszej lidze będą nowe. W wielu przypadkach będą robić duże oczy, bo przygotowanie nawierzchni i same obiekty to zupełnie inna rzeczywistość. Wcale nie będzie łatwo wrócić do Ekstraligi. O tym, że nie da się tego zrobić na zawołanie pokazał choćby przypadek ROW-u Rybnik. Dlatego przed Toruniem sporo pracy, aby powrót stał się faktem. Po cichu liczyłem, że przyjdzie trzech wychowanków. Postawienie na zawodników z Torunia, daje większe gwarancje na sukces i lepszą atmosferę w drużynie. Dlatego cieszę się, że wrócił Adrian, bo wiadomo też czym jest wychowanek dla kibiców. W niższej lidze nie będzie miał jednak tak łatwo jak się niektórym wydaje. W tej lidze poziom jest bardzo wysoki. Osobiście bardzo Adrianowi życzę, aby się odbudował".
  

PRZYGOTOWANIA DO SEZONUgóra strony


Po czterdziestu czterech sezonach nieprzerwanych startów w elicie toruński klub spadł do pierwszej ligi. "Krzyżackie" serca krwawiły, a cała żużlowa polska nie ukrywa radości. Trudno się jednak dziwić takie postawie, bo tam gdzie był wir walki rodziły się też naturalnie niechęci, a niekiedy nawet i wrogość. Uogólniając można powiedzieć, że apogeum niechęci do Aniołów miało miejsce w po finale Ekstraligi w 2013 roku. Sporo było w tym racji, ale przecież Toruń skorzystał z przysługującego im prawa do walkowera. Brak ogólnopolskich sympatyków torunianie "zawdzięczali" zatem innym czynnikom niż to jedno zdarzenie. Przez lata żużlowcy z miasta Kopernika, jeździli w ścisłej czołówce, prowadzili zacięte boje w play-off z różnymi ekipami. Często rywale się zmieniali, a KS (wcześniej Stal, Apator, Unibax czy Get Well) walczył o najwyższe laury i ostatecznie plasował się na wysokich pozycjach. A tak jak wspomniano tam, gdzie była walka o medale, splendory i wielkie pieniądze, tam emocje sięgały zenitu. Czasami bywało ostro i nieparlamentarnie. Torunianie nigdy nie odpuszczali i nigdy przed nikim nie klęknęli w pokorze. No i w ferworze walki narobili sobie wrogów.

Najbardziej jednak torunianom było nie po drodze z Zieloną Górą głównie z powodu wspomnianego finałowego walkowera w 2013 roku, alejuż w sezonie 2009 relacje pomiędzy kibicami obu drużyn zaczęły być delikatnie mówiąc nie najlepsze. Finał pomiędzy Falubazem, a ówczesnym Unibaxem Toruń wielokrotnie przekładano, bo Piotr Żyto najpierw spreparował tor, a później nie potrafił przygotować go do użytku. W rewanżu Darcy Ward i Chris Holder ciągnęli szalik Falubazu po torze. Tego gestu zielonogórscy kibice Australijczykom nigdy nie wybaczyli. Choć nie mieli oporów by przyjąć jak swojaka Darcy Warda, gdy ten powrócił do ścigania po zawieszeniu przez światowe władze.
Z Lesznem, Unibax też jeździł w ligowych finałach i półfinałach. Finał z 2007 roku kończył się bijatyką kibiców na torze. Najbardziej jednak fanów obu drużyn podzielił półfinał rozegrany w Lesznie w 2011 roku. Toruńska ekipa dowodzona przez byłego menedżera Unii, Sławomira Kryjoma narzekała na nawierzchnię toru. Anioły domagały się nawet walkowera. Mecz rozpoczął się kilkadziesiąt minut później. Nie brakowało upadków i spornych sytuacji. Po meczu torunianie czuli się oszukani, na pomeczowej konferencji wrzało nie mniej niż na torze, a w roli główniej wystąpił Kryjom.
Ze Spartą Wrocław torunianie na dobre "pokłócili się" w 1995 roku. Mecz przy Broniewskiego miał rozstrzygnąć, kto zdobędzie złoto. Przed ostatnim biegiem Sparta wygrywała 44:40, żeby decydujące starcie przegrać 0:5. Sędzia najpierw wykluczył Piotra Protasiewicza, a w powtórce w kontrowersyjnych okolicznościach Tommy Knudsena. Apator wygrał jednym punktem, a Spartanie długo nie mogli otrząsnąć się po tej porażce. Burza medialna po meczu trwała kilka tygodni. Choć Sparta i tak zdobyła mistrzostwo. W późniejszych latach nie brakowało finałowych emocji, walkowerów (za które nikt nie karał wrocławian tak srogo jak torunian) oraz prezesowskich konfliktów szczególnie na linii Andrzeja Rusko - Marek Karwan.
W potyczkach z Włókniarzem Częstochowa również nie obyło się bez nieporozumień. Finał ligi z 2003 roku, zaczynał się kilkoma zadymami, co przyjaźni przecież nie zbudowało. Gdyby spojrzeć na lata bliższe współczesności, to bez wątpienia półfinał z 2013 roku mocno skonfliktował oba kluby. W Toruniu koszmarny karambol zaliczył Emil Sajfutdinow. Częstochowianie za winnego uznali Adriana Miedzińskiego. W rewanżu panowała gęsta atmosfera i gigantyczne emocje. W nieprawdopodobnych okolicznościach do finału awansował Unibax. Od tego meczu dla kibiców Włókniarza toruński klub stał się wrogiem publicznym numer jeden. Pod Jasną Górą z lubością śpiewają "kto nie skacze ten z Torunia".
Finał ekstraligi z 2016 roku poróżnił torunian ze Stalą Gorzów. Podczas decydującej batalii w Gorzowie tor rozpadł się po czterech biegach. Goście wpadali w dziury, koleiny, tracąc dystans do rywali. Stal wygrała złoto, a potem na gorzowian posypały się kary za nieregulaminowe przygotowanie toru. I co z tego? Cel uświęca środki. Tytuł przecież został w Gorzowie.
Sporo emocji budziły też pojedynki z Grudziądzem i Bydgoszczą, bowiem derby zawsze miały swój niepowtarzalny smak i sportowy podtekst, w którym każdy z klubów chciałby być numerem jeden w regionie. Zatem i w tym przypadku trudno było o mecze przyjaźni.
Z Gdańskiem z kolei, wszystkim toruńskim klubom nie tylko żużlowym, było nie po drodze. Tak było na żużlu, w piłce nożnej, hokeju.
Rybnik to z kolei to Grigorij Łaguta i meldonium. Zabrane punkty Łagucie za jazdę na dopingu uratowały torunian przed spadkiem w 2017 roku. Ktoś się cieszył z utrzymania, inni szukali winnych spadku.

Kończąc tę wyliczankę, po której widać jasno i klarownie, że KS zdążył podpaść wszystkim najważniejszym klubom polskiej ligi żużlowej. Wielu stawiało sobie pytanie - dlaczego? Pewnie dlatego, że Toruń od kilku dekad zawsze słynął dobrej organizacji infrastruktury sportowej. Z wypłacalności i należał do grupy najzamożniejszych klubów w lidze. Bił się o największe cele i nie odpuszczał. I co bardzo istotne na szczycie nie pojawiał się raz na dekadę tylko regularnie wojował o medale, co spiętrzyło wiele konfliktów. Można nawet zaryzykować nawet stwierdzenie, że klub z Torunia stał się nie lubiany, bo był za dobry.

Anioły jednak spadły z ekstraligi i klub który nie miał w środowisku sprzymierzeńców, nagle zaczął być pożądany w ekstraligowym towarzystwie. Okazało się nagle, że toruńska drużyna doskonale sprzedawała się medialnie, a mecze z udziałem Aniołów często gromadziły znacznie więcej kibiców niż w przypadku innych drużyn. W Toruniu nikt jednak nie obrażał się na panujące reguły i właściciel klubu dzielnie przyjął spadek na własne barki, szybko wyciągnięto wnioski i zabrano się do pracy, by zbudować drużynę na szybki powrót do żużlowej elity.
Najważniejsze były w tym przypadku jak zwykle pieniądze. Gdy stało się jasne, że Toruń spadnie do niższej ligi, właściciel klubu Przemysław Termiński rozpoczął misję szukania nowych sponsorów klubu, którzy w kolejnym sezonie mogliby zrekompensować brak wpływów z tytułu praw telewizyjnych. Zadanie było ambitne, bo każdy ekstraligowiec dostawał od władz ligi ponad 2 miliony złotych rocznie, a zatem cel był jeden w sezonie 2020 - torunianie musieli znaleźć darczyńców na taką właśnie kwotę!!! Dodatkowo pojawiły się pytania o konflikt interesów wynikający z tego, że firma Nice sponsorowała ekstraligowy Get Well oraz całą pierwszą ligę żużlową. Ze sponsoringiem klubu i całej ligi pierwszej ligi nie było problemu, gdy torunianie walczyli o medale DMP w ekstralidze. Po spadku jednak niektórzy mieli sporo wątpliwości o transparentność "podwójnego finansowania". W żużlowej centrali tłumaczono jednak, że: "Na rozmowy ze sponsorami mamy jeszcze bardzo dużo czasu. Nasza intencja jest jasna. Chcemy, żeby taka firma wyłożyła jak największe środki. Negocjacje już trwają i w grę wchodzi kilka opcji. Na dziś trudno powiedzieć, czy Nice pozostanie sponsorem pierwszej ligi, czy też nie. Poza tym ma również żadnej pewności, że firma Nice i Adam Krużyński będą związani z drużyną toruńską. A nawet gdyby tak było, to sprawą musieliby zająć się prawnicy, bo 1 listopada wchodził w życie nowy kodeks etyczny i wówczas na podstawie poczynionych tam zapisów będzie można ocenić tę sytuację".

W Toruniu jednak nie czekano na rozstrzygnięcia tego zagadnienia, tylko po męskich rozmowach z szefem Nice i członkiem zarządu w toruńskim klubie szukano innych rozwiązań. Nikt bowiem w klubie nie myślał o oszczędnościach, bo za pieniędzmi szedł wartościowy skład, który, otwierał szans na szybki awans do żużlowej elity. Nic więc dziwnego, że właściciel klubu dwoił się i troił pozyskując kolejnych sponsorów i ostatecznie można stwierdzić, że stanął na wysokości zadania, bo wśród swoich znajomych przedsiębiorców znalazł takich, którzy byli gotowi dołożyć niemałe sumy do projektu pod nazwą "walczymy o awans". Tym samym budżet klubu w sezonie 2020 miał wynieść 9 milionów złotych i był to stan finansów niewiele mniejszy od tego z roku 2019, co na warunki pierwszoligowe było kwotą zawrotną. Klub nie bazował jednak na pieniądzach wirtualnych, ale na realnych kwotach. Stabilność finansową zapewniała grupa ponad 100 sponsorów, którzy wspomagali drużynę często drobnymi kwotami, które na wspólnym klubowym koncie stanowiły pokaźny zastrzyk finansowy. Co ciekawe po wielu latach toruński klub doczekał się nowego sponsora tytularnego, a został nim nowy legalny bukmacher na polskim rynku online, firma eWinner. Zanim jednak do nazwy wszedł sponsor tytularny, toruńscy działacze ogłosili powrót do tradycji, czyli do nazwy Apator. Tym samym po piętnastu latach, w protokołach zawodów ponownie można było zapisać nazwę z którą utożsamiali się wszyscy toruńscy kibice, ale nazwę tę kojarzyła też cała żużlowa Polska. Przemysław Termiński na oficjalnej prezentacji nowego sponsora tak komentował wprowadzane zmiany: "Klub na dziś nie ma większych problemów. Budżet na przyszły rok będzie oczywiście niższy od ekstraligowego, ale nie w znaczący sposób - mniej więcej 20-25 proc. To będzie sytuować nas w czołówce klubów pierwszej ligi. Taki budżet był jednak potrzebny. Próbujemy zmianą nazwy skonsolidować toruńskie środowisko żużlowe. Get Well był projektem charytatywnym i on w danym momencie, kilka lat temu, dobrze performował i miał swój sens. Dziś on swój sens trochę stracił. Już dwa lata temu powinniśmy zrezygnować z nazwy Get Well, niemniej siłą rozpędu przetrwało to do tego sezonu. Teraz drużyna zgłoszona do rozgrywek będzie nazywała się eWinner Apator Toruń".

Kim zatem był nowy toruński darczyńca, który dostąpił zaszczytu obcowania z nazwą Apator na klubowym plastronie. eWinner był dwunastym legalnym bukmacherem na polskim rynku pod nadzorem Ministerstwa Finansów (zezwolenie Ministerstwa Finansów AG9(RG3)/7251/15/KLE/2013/17. Ewinner zezwolenie z dnia 30 października 2018 r. nr PS4.6831.29.2017. Hazard związany jest z ryzykiem i dostępny dla osób pełnoletnich). Firma swoją siedzibę zarejestrowała w Gdyni, a prezesem został Grzegorz Nowak. W zarządzie zasiadały trzy wiceprezeski: Dominika Dębicka, Agnieszka Zielińska, Edyta Grzybowska. Firma swoją działalność zarejestrowała w KRS na początku sierpnia w 2017 roku i bardzo szybko zniknęła z mediowych informacji, bowiem kolejnym krokiem było wydanie licencji w listopadzie roku 2018, co pozwoli na rozpoczęcie działalności w pełnym tego słowa znaczeniu. Szukając informacji na temat osób zasiadających w zarządzie eWinner, w KRS można dowiedzieć się, że są oni również właścicielami spółki ALEAM. Ponadto odpowiadali także za Towarzystwo Zarządzające SKOKami, które zajmowało się doradztwem odnośnie prowadzenia działalności gospodarczej, jak i zarządzania oraz Premium Management S.A, odpowiedzialną za leasing finansowy. Wszystkie wyżej wymienione firmy zarejestrowano pod takim samym adresem, co bukmachera eWinner, dlatego z pewnością nie może być tutaj mowy o żadnym zbiegu okoliczności. Prezes Grzegorz Nowak był ponadto związany również z innymi interesami, jak chociażby Funduszem Rewitalizacji, czy Europejskim Inkubatorem Przedsiębiorczości. Żadna z powyższych działalności nie była związany bezpośrednio z hazardem, dlatego próżno szukać doświadczenia prezesa właśnie w tej materii. Podobnie wyglądała kwestia doświadczenia pozostałych członków zarządu, których poprzednio wykonywane zajęcia nijak się miały się do zakładów bukmacherskich. Nie wiadomo było zatem jak wyżej wymienione osoby poradzą sobie z zarządzaniem eWinner. Z ich profili, które dotyczą działalności widać jednakże, że mają do czynienia przede wszystkim z finansami, a to można zaliczyć zdecydowanie na plus w takim przypadku.
Nowy bukmacher chciał bardzo zaistnieć na rynku i zachęcić nowych graczy do lokowania zakładów sportowych w najbardziej popularnych dyscyplinach takich jak: żużel, sporty walki, tenis, siatkówka, koszykówka, piłka nożna.
Po podpisaniu umowy na konferencji prasowej bukmacherski prezes Grzegorz Nowak tak skomentował mariaż z toruńskim klubem: "Już na etapie założeń strategii marki eWinner wiedzieliśmy, że dynamika, emocje i barwna społeczność skupiona wokół żużla, będzie naturalnym środowiskiem dla nas. Z perspektywy biznesowej, polski żużel posiada ogromny potencjał kibiców, którzy uzupełniają emocje stadionowe i transmisyjne o emocje rozrywkowe u bukmachera. Z drugiej strony zasięg marketingowy żużla w Polsce pozycjonuje tę dyscyplinę w absolutnym topie medialnym, co docelowo dla eWinnera stwarza niesamowite możliwości promocji nie tylko sprzedażowej, ale przede wszystkim pokazania Polsce do jakiej marki aspirujemy, jakie wartości będą budowały naszą pozycję i - najważniejsze - co możemy dawać, aby wspierać aktywnie rozwój polskiego sportu. Poza oczywistymi korzyściami i atrakcyjną ofertą bukmacherską dla kibiców eWinner Apatora Toruń, będziemy starali się mobilizować Klub, a pośrednio także miasto, aby mecze na Motoarenie były wydarzeniami sportowymi z elementami rozrywki, które będą skłaniały mieszkańców do obecności i uczestnictwie w atrakcjach zorganizowanych także wkoło stadionu. Ponadto, wraz z Klubem ustaliliśmy nasze wsparcie w działania jakie realizować będzie eWinner Apator Toruń w ramach wspierania lokalnej społeczności. Sportowo co prawda jesteśmy na nowej ścieżce biznesowej zarówno dla nas, ale też dla klubu, ale uważam, że po roku spokojnie wrócimy na właściwe miejsce, jednak przed nami duże wyzwanie. Jestem jednak w stanie założyć się, że ten zespół, z tymi ludźmi i z tym trenerem, wygra wszystkie spotkania w przyszłym roku. Zacznijmy z wysokiego C. Jeśli nasza wspólna marka zacznie stawać się coraz bardziej rozpoznawalna, będzie tutaj sukces. Wierzę, że już po sezonie dojdzie do kolejnych negocjacji, od których zależne będzie czy zespół w przyszłości zdobędzie np. mistrzostwo Polski. Będziemy zainteresowani, aby klub rozwijał się, a my razem z nim. Zresztą już nasza nazwa wskazuje jakie mamy cele. Winner jest i dla klubu i dla mnie, a koronę, która jest w logo naszej firmy, mogę nawet tutaj zostawić, kiedy Apator zdobędzie kolejne mistrzostwo".

Również Ilona Termińska nie kryła zadowolenia z pozyskania sponsora tytularnego: "Jest nam niezmiernie miło, że w nadchodzącym sezonie zostaniemy wsparci przez eWinner Sp. z o.o., która jednocześnie stała się naszym sponsorem tytularnym. Jestem przekonana, że wspólnie będziemy walczyć o najwyższe cele, a nasza współpraca potrwa zdecydowanie dłużej niż jeden sezon. Przed nami nowy sezon, mamy nowe kevlary. Jestem przekonana, że czeka nas dobry okres".
Po słowach Pani prezes zgromadzonym na konferencji prasowej gościom i przedstawicielom mediów został zaprezentowany nowy strój toruńskich żużlowców, w którym dominującym kolorem był niebieski uzupełniony białymi i żółtymi wstawkami. W centralnym punkcie kevlaru znajdował się anioł, na wzór tego, który widniał w herbie miasta. Pod plastronem została umieszczona nazwa sponsora tytularnego klubu - bukmachera eWinner, a na ramionach, pagonach, rękawach i nogawkach logotypy sponsorów oraz zgodnie z wymogami logo PZM.

Kilka dni po konferencji na której przedstawiono ostateczny skład drużyny, nowych sponsorów i nową nazwę klubu, poinformowano o cenach karnetów i biletów na sezon 2020. Wielu kibiców spodziewało się, że mocna drużyna pociągnie za sobą ceny biletów na poziomie ekstralligowym. Toruńscy działacze mieli jednak stabilną pozycję finansową i mogli sobie pozwolić na obniżenie cen wejściówek w porównaniu do poprzedniego roku i kształtowały się one następująco:

 

Na koniec warto podkreślić, że wszystkie przygotowania do nowej rzeczywistości, której od 44 lat Toruń nie doświadczył, toczyły się w cieniu wyborów parlamentarnych, w których właściciel Aniołów - Przemysław Termiński - kandydował na posła w okręgu toruńskim. Wydawało się, że odpowiednio zadbał o głosy wśród żużlowych kibiców, bo w ramach wyborczych obietnic zaprezentował kibicom skład drużyny na sezon 2020, który miał gwarantować szybki powrót do ekstraligi. tak jak wyżej wspomniano Termiński nie tylko pochwalił się pozyskaniem Adriana Miedzińskiego czy Wiktora Kułakowa, ale też nagiął przepisy informując o zawarciu porozumień z braćmi Curzytkami. Niestety senator mijającej kadencji, mandatu posła nie zdobył, co było dla niego sporym zaskoczeniem i emocjonalnie skomentował swoją żużlową działalność: "Codziennie dostaję mnóstwo wiadomości od kibiców, którzy chcą, bym odszedł. Ostatnie wybory traktuję tylko jako potwierdzenie woli fanów. Interes pod moim okiem faktycznie nie kręci się tak jak powinien i może rzeczywiście ktoś to zrobi lepiej. Na pewno dam się wykazać i oddam klub w dobre ręce. Jest już zresztą pierwszy zainteresowany. Teraz będę miał więcej czasu żeby przemyśleć co dalej z moja obecnością w żużlu. Ten wynik to votum nieufności wobec mnie. A ludzi trzeba słuchać. Wkrótce spełnię życzenie kibiców i odejdę z klubu. Nie jest to zresztą nic nowego, bo już wcześniej mówiłem, że zamierzam wprowadzić Apator z powrotem do Ekstraligi i od razu po tym wystawię go na sprzedaż. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to za dwa lata klub będzie miał innego właściciela".
Czy tak się stanie? Czas pokaże.

Awans jednak był melodią przyszłości i trzeba było go wywalczyć na torze, a pomóc miały w tym mecze sparingowe w których Apator zmierzył się z ekstraligowymi rywalami.
Oto wyniki tych konfrontacji:



Apator Toruń

2020-03-14

xx : xx


SpeedCar Motor Lublin

wyniki turnieju



SpeedCar Motor Lublin

2020-03-15

xx : xx


Apator Toruń

wyniki turnieju



Apator Toruń

2020-03-21

xx : xx


MrGarden GKM Grudziądz

wyniki turnieju



MrGarden GKM Grudziądz

2020-03-22

xx : xx


Apator Toruń

wyniki turnieju



Apator Toruń

2020-03-24

xx : xx


ROW Rybnik

wyniki turnieju



ROW Rybnik

2020-03-26

xx : xx


Apator Toruń

wyniki turnieju


Sparingi i mecze kontrolne nie odzwierciedlały jednak siły drużyn, a na Apatora czekała od czterdziestu czterech lat niespotykana zupełnie inna ligowa rzeczywistość.
W walce o awans do elity zespół miał zmierzyć się z rywalami, do batalii z którymi dochodziło przez ostatnie lata bardzo rzadko lub w ogóle.
Wrócić miały derby Pomorza, ale miała być też pierwsza ligowa wizyta za granicą.

ROZGRYWKI LIGOWE SENIORÓWgóra strony


     
Gniezno ostatnie
pojedynki
Liczba
meczów
Dom Wyjazd Razem
Zw Rem Por Zw Rem Por Zw Rem Por
2013 rok
Ekstraliga
(44:46 - 62:28)
52 21 1 4 11 - 15 32 1 19

 

Łódź ostatnie
pojedynki
Liczba
meczów
Dom Wyjazd Razem
Zw Rem Por Zw Rem Por Zw Rem Por
1975 rok
I liga
(56:20 - 48:30)
26 10 1 2 7 - 6 17 1 8

 

Ostrów ostatnie
pojedynki
Liczba
meczów
Dom Wyjazd Razem
Zw Rem Por Zw Rem Por Zw Rem Por
2006 rok
baraż o ekstraligę (50:40 - 58:32)
4 2 - - 2 - - 4 - -

 

Daugavpils ostatnie
pojedynki
Liczba
meczów
Dom Wyjazd Razem
Zw Rem Por Zw Rem Por Zw Rem Por
drużyny nigdy nie rywalizowały w lidze - - - - - - - - - -

 

Tarnów ostatnie
pojedynki
Liczba
meczów
Dom Wyjazd Razem
Zw Rem Por Zw Rem Por Zw Rem Por
2018 rok
ekstraliga
(39:51 - 51:39)
80 33 2 5 9 4 27 42 6 32

 

Bydgoszcz ostatnie
pojedynki
Liczba
meczów
Dom Wyjazd Razem
Zw Rem Por Zw Rem Por Zw Rem Por
2013 rok
ekstraliga
(53:37 - 57:33)
84 36 - 6 12 2 28 48 2 34

 

Gdańsk ostatnie
pojedynki
Liczba
meczów
Dom Wyjazd Razem
Zw Rem Por Zw Rem Por Zw Rem Por
2017 rok
baraż o ekstraligę
(47:43 - 50:40)
62 26 0 5 6 1 24 32 1 29

 

ROZGRYWKI LIGOWE JUNIORÓWgóra strony


...................................
 
ELIMINACJE
Grupa x Grupa x Grupa x Grupa x
Zespół pkt
zespołu
Zespół pkt
zespołu
Zespół pkt
zespołu
                        Zespół pkt
zespołu

Zielona Góra
 
Opole
 
Grudziądz
                         
Cze-wa
 

Gorzów
 
Rybnik
 
Gniezno
                         
Lublin
 

Zielona Góra II
 
Leszno
 
Gdańsk
                         
Daugavpils
 

Poznań
 
ACCR
 
Toruń
                         
Tarnów
 

Wrocław
 
Leszno II
 
Łódź
                         
Kraków
 

Piła
 
Ostrów
 
Bydgoszcz
                         
Krosno
 

   

kolejność po dwóch
rundach półfinałowych
  Finał
xxxxxxxx
xxx
miejsce Zespół Punkty
duże
Punkty
małe
miejsce Zespół Punkty
duże
Punkty
małe
1
Toruń
           
2
Gorzów
   
3
Gniezno
           
4
Tarnów
   
5
Leszno
           
6
Gdańsk
   
7
Rybnik
           
8
Lublin
   
9
Wrocław
           
10
Z. Góra
   
11
Grudziądz
           
12
Daugavpils
   
13
Częstochowa
           
14
Łódź
   

ROZGRYWKI POZALIGOWE góra strony


    
Indywidualne Mistrzostwa Świata - Grand Prix torunianie nie startowali w finale
jednak jeden z turniejów odbył się na MotoArenie
Indywidualne Mistrzostwa Europy  
Drużynowy Puchar Świata  
Speedway of Nations (MŚP)  
Indywidualne Mistrzostwa Świata Juniorów  
Nice Cup

2020-xx-xx DMŚJ
2020-xx-xx DPEJ
2020-xx-xx IPEJ
2020-xx-xx DMEJ

2020-xx-xx MEP
2020-xx-xx IMEJ

2020 - cykl  MACEC

2020-xx-xx MPPK
2020-xx-xx IMME
2020-xx-xx IMP

2020-xx-xx MIMP
2020-xx-xx MMPPK

2020-xx-xx ZK
2020-xx-xx SK

2020-xx-xx BK

2020-xx-xx Memoriał Alfreda Smoczyka
2020-xx-xx Memoriał Edwarda Jancarza
2020-xx-xx Turniej o Koronę Bolesława Chrobrego

2020-xx-xx Turniej o Łańcuch Herbowy Ostrowa

WYNIKI MECZÓW LIGOWYCH ROZEGRANYCH Z UDZIAŁEM TORUŃSKIEJ DRUŻYNY W SEZONIE 2020


   
Kolejka Data Rywale Wynik
Runda Zasadnicza
I 4 kwiecień
5 kwiecień
Gniezno - Toruń
Łódź - Daugavpils
Gdańsk - Tarnów
Bydgoszcz - Ostrów
data rezerwowa
11 kwiecień
12 kwiecień
II 18 kwiecień
19 kwiecień
Toruń - Łódź
Tarnów - Gniezno
Ostrów - Gdańsk
Daugavpils - Bydgoszcz
data rezerwowa
24 kwiecień
26 kwiecień
III 1 maj
3 maj
Toruń - Ostrów
Gniezno - Daugavpils
Łódź - Gdańsk
Bydgoszcz - Tarnów
data rezerwowa
10 maj
17 maj
IV  23 maj
24 maj
Daugavpils - Toruń
Ostrów - Gniezno
Gdańsk - Bydgoszcz
Tarnów - Łódź
 
30 maj
31 maj
Toruń - Tarnów
Łódź - Bydgoszcz
Gniezno - Gdańsk
Ostrów - Daugavpils
 
VI  6 czerwiec 
7 czerwiec
Bydgoszcz - Toruń
Tarnów - Ostrów
Gdańsk - Daugavpils
Łódź - Gniezno
data rezerwowa
11 czerwiec
VII  13 czerwiec
14 czerwiec
Toruń - Gdańsk
Ostrów - Łódź
Daugavpils - Tarnów
Gniezno - Bydgoszcz
 
VIII 20 czerwiec
 21 czerwiec
Gdańsk - Toruń
Bydgoszcz - Gniezno
Łódź - Ostrów
Tarnów - Daugavpils
 
IX 26 czerwiec
27 czerwiec
28 czerwiec
Toruń - Bydgoszcz
Ostrów - Tarnów
Gniezno - Łódź
Daugavpils - Gdańsk
 
X 4 lipiec
5 lipiec
Tarnów - Toruń
Gdańsk - Gniezno
Daugavpils - Ostrów
Bydgoszcz - Łódź
 
XI 11 lipiec
12 lipiec
Toruń - Daugavpils
Łódź - Tarnów
Bydgoszcz - Gdańsk
Gniezno - Ostrów
 
XII 18 lipiec
19 lipiec
Ostrów - Toruń
Daugavpils - Gniezno
Tarnów - Bydgoszcz
Gdańsk - Łódź
data rezerwowa
25 lipiec
XIII 1 sierpień
 2 sierpień
Łódź - Toruń
Gdańsk - Ostrów
Bydgoszcz - Daugavpils
Gniezno - Tarnów
 
XIV 8 sierpień
9 sierpień
Toruń - Gniezno
Ostrów - Bydgoszcz
Daugavpils - Łódź
Tarnów - Gdańsk
data rezerwowa
16 sierpień
Runda finałowa
1 runda finałowa 22 sierpień
23 sierpień
(a) 4 w tabeli - 1 w tabeli po części zasadniczej
(b) 3 w tabeli - 2 w tabeli po części zasadniczej

W przypadku awansu Łodzi do rundy finałowej, pierwszy mecz półfinałowy drużyna rozegra w Łodzi.

W przypadku awansu Torunia do rundy finałowej, klub z Torunia będzie gospodarzem meczu 2 rundy finałowej.

data rezerwowa
28 sierpień
2 runda finałowa 29 sierpień
30 sierpień
(a) 1 w tabeli - 4 w tabeli po części zasadniczej
(b) 2 w tabeli - 3 w tabeli po części zasadniczej
data rezerwowa
4 wrzesień
11 wrzesień
3 runda finałowa 13 wrzesień zwycięskie drużyny z (a) i (b) data rezerwowa
18 wrzesień
4 runda finałowa 20 wrzesień zwycięskie drużyny z (a) i (b) data rezerwowa
27 wrzesień
4 październik
Runda barażowa
Baraż 4 październik    
Baraż 11 październik    

KADRA TORUŃSKICH ANIOŁÓW W SEZONIE 2020 góra strony


   
Zawodnik - Działacz mecze biegi punkty bonusy średnia
biegowa
miejsce w
ligowym rankingu
komentarz/ocena po sezonie
seniorzy - obcokrajowcy
 
HOLDER Chris
Australia
             

HOLDER Jack
Australia
             
juniorzy

KOPEĆ-SOBCZYŃSKI Igor

wychowanek
             

RYDLEWSKI Aleks

wychowanek
             
osoby funkcyjne z pierwszych stron gazet

TERMIŃSKI Przemysław
właściciel klubu
 

TERMIŃSKA Ilona
prezes
 

KRUŻYŃSKI Adam
członek zarządu
 

BAJERSKI Tomasz
menadżer drużyny
 

ZĄBIK
Karol
trener młodzieży
 
Zawodnicy którzy zdali licencję w sezonie 2020

2020-xx-xxx - miejsce egzaminu - xxx
egzamin w klasie 250 ccm zaliczyli - xxxxxxxxxxxx
egzamin w klasie 500 ccm zaliczyli - xxxxxxxxxxxx
 


Toruńskie podprowadzające w sezonie 2020

TABELA 1 LIGI ŻUŻLOWEJ W SEZONIE 2020


       
zespół mecze zw. rem. por. pkt
duże
bon. razem pkt
małe
Zdunek Wybrzeże Gdańsk                
ZOOleszcz Polonia Bydgoszcz                
Unia Tarnów                
Lokomotiv Daugavpils                
Arged Maelesa Osrovia Ostrów                
Orzeł Łódź                
Car Gwarant Start Gniezno                
eWinner Apator Toruń                

OSTATECZNA TABELA 1 LIGI ŻUŻLOWEJ W SEZONIE 2020
bilans zwycięstw i przegranych oraz małych punktów ma charakter czysto poglądowy
w drugiej fazie rozgrywek rywalizacja odbywała się systemem play-off
zespół mecze zw. rem. por. pkt
małe
Zdunek Wybrzeże Gdańsk          
ZOOleszcz Polonia Bydgoszcz          
Unia Tarnów          
Lokomotiv Daugavpils          
Arged Maelesa Osrovia Ostrów          
Orzeł Łódź          
Car Gwarant Start Gniezno          
eWinner Apator Toruń          

STATYSTYKA I REGULAMINY OBOWIĄZUJĄCE W SPORCIE ŻUŻLOWYM W SEZONIE 2020góra strony


       
lista zawodników zastępowanych

statystyka Aniołów (rar ok. 300 kb)
średnie punktowe wszystkich zawodników startujących w polskich ligach
         

regulaminy i komunikaty sportu żużlowego

MINIŻUŻEL W TORUNIU



SSSM STAL TORUŃ

Mikołaj Duchiński
Ksawery Słomski
Nikodem Czmut

KS TORUŃ

Jakub Breński
Franciszek Majewski
Kacper Makowski
Oskar Swobodziński

  
Wyniki opublikowanych rozgrywek miniżużlowych w klasie 80-125ccm
  
Inne wybrane
rozgrywki miniżużlowe
DMP PPPK IMP
           


 

         
       
   
     
 

Ostateczna klasyfikacja medalowa
 
     

góra strony

    

Źródło: przegladsportowy.pl
sportowefakty.pl
nowosci.com.pl

 

         strona główna        

toruńskie turnieje turnieje światowe turnieje krajowe
zawodnicy trenerzy mechanicy działacze
klub statystyki sprzęt