ŁAGUTA Grigorij
Rosja


urodzony 9 kwietnia 1984 w Rosji.

Grigorij Łaguta to starszy z barci żużlowców rodem z Rosji, bowiem jego brat Artiom również ściga się na żużlu. Ci dwaj gentelmani wspólnie z Emilem Sajfudinowem to największe żużlowe gwiazdy zza wschodniej granicy.

Łagutowie pochodzą z niewielkiej wioski położonej 10 km od miasta (Balszoj Kamien) Duży Kamień nad Morzem Japońskim. Miejscowość ta słynie ze stoczni, w której budowano m.in. atomowe okręty podwodne. Z tego też tytułu od 1966 roku miejscowość ta zamknięta jest dla ruchu turystyczneg. Dom Łagutów położony jest przy lesie i właśnie tam na świat przyszedł Grisza, który dorastał w ośmioosobowej rodzinie (oprócz rodziców i najmłodszego brata Artioma, Grigorij ma jeszcze brata Aleksandra i trzy siostry).

Zawodnik miło wspomniana swoje dzieciństwo, choć przyznaje, że w domu trzymana była spora dyscyplina. Jako, że zawodnik tak naprawdę wychował się na wsi, wspólnie z rodzeństwem musiał pomagać rodzicom w przydomowych pracach. W szkole bracia pojawiali się jednak tylko wówczas, gdy zostali do tego przymuszeni, bowiem częściej można było ich spotkać na torze motocrossowym, który był największą rozrywką w okolicy. Grigorij wspólnie z pięcioletnim Artiomem, po pierwszych próbnych jazdach z miejsca zakochał się w motocyklach i marzył o wielkiej karierze sportowca. Niestety sporą przeszkodą w realizacji marzeń były środki finansowe. Zawodnik jednak nie zrażał się tym faktem i z uporem ćwiczył i pokonywał kolejne okrążenia na crossówce.
Podczas jednego z treningów do piętnastoletniego wówczas Griszki podszedł Igor Stachyrow, przedstawiciel klubu Wostoku Władywostok i zaproponował mu próbne jazdy na torze żużlowym. Młody chłopak nie miał wówczas pojęcia, czym jest klasyczny speedway, bowiem słyszał tylko o wyścigach w lewo na lodzie. Podjął jednak wyzwanie i szybko przystał na propozycję trenera i ruszył w podróż do Władywostoku.
Już pierwsze okrążenia pokazały, że Grigorij ma spory talent do jazdy w lewo, bowiem mocno trzymał gaz i niemal od pierwszego treningu potrafił jechać ślizgiem. Stachyrow był zachwycony, ale sam zainteresowany nie wykazywał żadnego entuzjazmu, bowiem nie ekscytowała go jazda przez zaledwie minutę i tylko w pięciu biegach. Motocross to był ten dynamizm jazdy, którego oczekiwał niezwykle energiczny zawodnik. Mimo nienajlepszego pierwszego wrażenia nie zrezygnował z kolejnych żużlowych wyjazdów do Władywostoku i z czasem wciągnął się w speedway, ale cross pozostawał ciągle sportem numer jeden.
Nadszedł jednak moment, w którym należało dokonać wyboru. Serce mówiło cross, rozum i rodzina mówili żużel. Ostatecznie Grisza poszedł za namową ojca i zdecydował, że zostanie żużlowcem. O tego momentu zaczął się okres wytężonej pracy. Obok treningów we Władywostoku, pracował fizycznie w miejscu zamieszkania. Codziennie wstawał o szóstej rano by po pracy, samochodem pędzić na treningi do Władywostoku. Wysiłek się opłacił, bowiem zawodnik szybko wywalczył miejsce w pierwszym składzie i jego kariera zaczynała nabierać rozpędu.

W 2003 roku zawodnik miał okazję gościć w Toruniu podczas meczu ligowego miejscowych Aniołów z Polonią Bydgoszcz. W spotkaniu brali udział m.in. Rickardsson, Gollob czy Crump, a starszy z braci Łagutów zobaczył wówczas, na czym polega w pełni profesjonalny speedway. Cała żużlowa otoczka, tak urzekła młodego zawodnika, że nastąpił przełom w postrzeganiu przez niego speedwaya i wówczas Griszka postanowił, że osiągnie podobny poziom co podpatrywani mistrzowie.
Kto wie jak potoczyłyby się losy zawodnika, gdyby nie rok 2006, w którym to Grisza podpisał umowę na starty w dwóch klubach Primorje i Wostok Władywostok. Całe zamieszanie spowodowane było problemami finansowymi zespołu Primorje. Zawodnik twierdził, że umowa przestała obowiązywać, klub stał na stanowisku, że umowa jest ważna. Ostateczny werdykt wydać musiała rosyjska federacja motocyklowa, która zawiesiła na dwa lata wschodzącą gwiazdę rosyjskiego speedwaya. Z pomocą przyszli znajomi, którzy pomogli zdobyć licencję łotewską i podpisać kontrakt w odległym o dziesięć tysięcy kilometrów zespole z Daugavpilis. Jak się później okazało, krzywda jaką wyrządziła federacja rosyjska zawodnikowi, była przysłowiowym strzałem w dziesiątkę, bowiem zawodnik szybko zaaklimatyzował się nowym otoczeniu z miejsca stając się ulubieńcem miejscowej publiczności. Łotysze z uwagi na kadłubową ligę startowali wówczas na polskim drugoligowym zapleczu. Doskonała postawa Giszy do którego z czasem dołączył brat Artiom, spowodowała, że Łotysze szybko awansowali do pierwszej ligi i walczyli o ekstraligę. Rosjanin startował w barwach Daugavpilis do końca roku 2010. Po pięciu latach, aby dalej rozwijać swoją karierę, postanowił zmienić plastron na częstochowski i już w pierwszym roku startów z lwem na piersi był objawieniem sezonu AD 2011. Jeszcze w trakcie rozgrywek otrzymywał intratne oferty z propozycją startów w sezonie 2012 w Grand Prix włącznie. Anglicy oferowali Griszce stałą dziką kartę, zawodnik uznał jednak, że po wprowadzeniu przepisu o limicie zatrudnienia zawodników z Grand Prix, lepiej skupić się na startach ligowych i ugruntować swoją pozycję sportową i finansową. Nieoficjalnie wiadomym było, że o względy Rosjanina zabiegli Zielonogórzanie, Grupa Lotos z Gdańska czy toruński prezes Wojciech Stępniewski. Grisza został jednak pod Jasną Górą, gdzie spędził kolejne trzy sezony i choć był bardzo wartościowym zawodnikiem w zespole, uwielbianym przez kibiców za walkę od startu do mety z Częstochową rozstał się w niezbyt przyjaznych okolicznościach, bowiem problemy finansowe, w jakich znalazł się klub z nieodpowiedzialnymi działaczami przestał płacić swoim zawodnikom. Na domiar złego zawodnik większą część sezonu spędził na ławce kontuzjowanych, a częstochowscy działacze zarzucali mu unikanie startów w meczach ligowych i symulowanie urazu. Z czasem irytacja zawodnika sięgnęła zenitu i sam oficjalnie powiadomił, że w zaistniałych okolicznościach nie zamierza przywdziewać plastronu z lwem, do czasu uregulowania zaległych należności.
Koniec sezonu zwieńczył niechlubne dzieło częstochowski włodarzy i PZM z uwagi na potężne zadłużenie, odebrał klubowi prawo startów w rozgrywkach ligowych. W tej sytuacji kontrakty zawodników stały się nieważne i Grisza zaczął szukać nowego pracodawcy. Na skorzystanie z usług widowiskowo jeżdżącego Rosjanina w sezonie 2015, ochotę miał beniaminek z Rzeszowa, szukający wzmocnień Wrocław, ale zawodnik ostatecznie wybrał ofertę z Grodu Kopernika, gdzie nastąpiło nowe rozdanie właścicielskie. Torunianie rozmawiali z zawodnikiem po raz pierwszy podczas GP w Toruniu i strony szybko doszły do porozumienia, choć ostateczne ustalenia nie zapadły. Sytuacja nabrała jednak znacznie większego tempa, kiedy to Emil Sajfutdinow oznajmił, że zmienia klub i odchodzi do Unii Leszno. Działacze toruńscy nie czekali, wrócili do rozmów z Griszą i 14 listopada 2014 podpisano porozumienie na starty zawodnika w drużynie Aniołów.
Po podpisaniu umowy zawodnik tak skomentował swoją decyzję: Chciałem jeździć w Toruniu, od kiedy byłem tu pierwszy raz, jeszcze na starym stadionie. Jestem bardzo zadowolony, że w końcu tu trafiłem. Będzie walczyć o najwyższe cele!

Postawę Grigorija Łaguty w sezonie 2015 opisał na zdjęciu obok fotoreporter Sławek Kowalski. Niezwykle sympatyczny Grisza, zawsze uśmiechnięty, bezradnie rozkładający ręce, bowiem nie potrafił wziąć na swoje barki roli lidera, do której przed sezonem był przymierzamy. Łaguta średnio dowoził do mety o 0,411 punktu mniej niż Sajfutdinow. Nie można powiedzieć, że zawodził bez przerwy, bo odjechał kilka dobrych meczów, zwłaszcza wyjazdowych - w Gorzowie i we Wrocławiu. W kluczowych momentach zabrakło jednak Łaguty w jego najlepszym wydaniu. Dobre biegi przeplatał z kiepskimi, brakowało mu koncentracji i zdarzały się wykluczenia za przekroczenie dwóch minut czy niepotrzebne taśmy. Rosjanin nie był tym liderem, jakiego wspominają kibice w Częstochowie. Choć na Motoarenie zawsze lubił jeździć, to już jako gospodarz przez cały rok nie potrafił dopasować się do toruńskiej nawierzchni. Czarę goryczy przelała rywalizacja o brązowy medal. W Toruniu Łaguta trzy razy mijał metę na ostatniej pozycji, a na rewanż do Tarnowa w ogóle nie dotarł, bo jechał w tym czasie w mistrzostwach Europy par. I choć Łaguta statystycznie był drugim zawodnikiem w drużynie KS Toruń, jednak przy słabych wynikach jego kolegów (oprócz Przedpełskiego) nie był to powód do dumy. Wygrał co prawda drugą odsłonę IMME, a w cyklu SEC był szósty, te jednak nikogo nie dziwiło, że Rosjanin nie otrzymał angażu na kolejny sezon w grodzie Kopernika. Zawodnik kontraktowany był bowiem jako lider, a sezon zakończył dopiero na 21 pozycji wśród ekstraligowych riderów. To sprawiło, że przed sezonem 2016 "Grisza" musiał szukać nowego pracodawcy. Ostatecznie Łaguta trafił do beniaminka Ekstraligi - ROW-u Rybnik. Zaufanie jakim obdarzyli włodarze śląskiego klubu, ani przez moment nie żałowali. "Grisza" przypomniał sobie bowiem najlepsze lata i zwłaszcza na rybnickim torze imponował szybkością oraz walecznością. Jego średnia wzrosła o 0,346 punktu, co dało mu czwarty wynik w Ekstralidze. W Toruniu jednak nie rozpaczano po odejściu Rosjanina, bowiem klubowi działacze stawiali bardziej na dobrą atmosferę w drużynie, niż dobrą minę przed kamerami, a ten element do perfekcji opanował Łaguta, zapominając że drużyna to siedmiu zawodników, a nie jeden lider.
Z kolei rybniczanie nie wyobrażali sobie drużyny bez swojego lidera. Dlatego jeszcze przed oficjalnym otwarciem okienka transferowego strony doszły do porozumienia i parafowały nową umowę na rok 2017.

Przed sezonem wielu zadawało sobie pytane czy Grisza w utrzyma swoją dyspozycję i poprowadzi swój śląski zespół do walki o coś więcej niż tylko utrzymanie w lidze? Do ósmej kolejki spotkań wydawało się że jest to wielce prawdopodobne. Zawodnik zachwycał forma i mimo, że Rybnik nie uchodził za pretendenta do play-off to trzymał się dzielnie i już w połowie rozgrywek miał zapewniony ekstraligowy byt na sezon 2018. Niestety wszystko runęło 11 czerwca 2017 po meczu z Częstochową. Od Rosjanina pobrano bowiem próbkę na badania antydopingowe i komisja do Zwalczania Dopingu w Sporcie dziś przesłała do PZM i FIM informację o wykryciu dopingu u rosyjskiego żużlowca Grigorija Łaguty. Zawodnik został błyskawicznie zawieszony przez GKSŻ i nie wystąpił również w barażu Drużynowych Pucharu Świata. W organizmie Łaguty wykryto środek o nazwie "meldonium", który jest nagminnie stosowane przez sportowców z bloku byłego Związku Radzieckiego. Środek jest na liście zakazanych od stycznia 2016 roku, a wcześniej na jego stosowaniu wpadkę zaliczyła m.in Maria Szarapowa. "Meldonium zapewnia lepsze funkcjonowanie organizmu, sportowcy jednak tłumaczą, że stosują ten środek dla ochrony układu kardiologicznego. Łaguta co prawda w ciągu 24 godzin od daty otrzymania orzeczenia złożył odwołanie, ale wiadomym, było, że zostanie przebadana próbka B, a ta z reguły potwierdzała wyniki wcześniejszych badań, a to skutkowało co najmniej czteroletnim zawieszeniem z możliwością skrócenia kary do dwóch lat, jeśli zgodnie z przepisami, Łaguta udowodni, że nie stosował tego środka w celu dopingowym. Jeżeli z kolei wykaże, że jego wina nie była istotna, na przykład ktoś podał mu środek bez jego wiedzy, to kara może zostać zredukowana do roku.

Swoją dopingową wpadką, Grigorij Łaguta wpędził światowy i polski żużel w niezły galimatias. Oto bowiem zawodnik był bohaterem Rosjan w ostatnim półfinale Drużynowego Pucharu Świata w Vastervik. Zdobył tam 12 punktów. Ponieważ cały cykl DPŚ odbywał się zaledwie w przeciągu kilkunastu dni, nie było szans na potwierdzenie wyniku próbki B i wynik Rosjan z eliminacji nie mógł być zweryfikowany, a to dawało im prawo startu w barażu, kosztem Duńczyków. Rzecz jasna nie podobało się to drużynie prowadzonej przez Hansa Nielsena i nawoływano, alby odwołać turniej DPŚ w Lesznie, tak aby reprezentacja Danii mogła zająć należne w nim miejsce. Zawody w Lesznie nie zostały jednak odwołane, a miejsce Łaguty w rosyjskiej kadrze zajął rewelacyjny Gleb Czugunow, który poprowadził swoich do ścisłego finału.

Znacznie gorzej wyglądała jednak sytuacja Rybnickiego żużla, bowiem zgodnie z regulaminem punkty które zdobył Rosjanin, w dniu badania, a także punkty zdobyte po tym casie powinny być odebrane. To z kolei rodziło konieczność weryfikacji wyników poszczególnych meczów RKM-u. Zatem jak wyglądała sytuacja punktowa "Rekinów"? Zawodnik został przyłapany na dopingu 11 czerwca, w trakcie badania po meczu ROW Rybnik - Włókniarz Częstochowa (49:41). Zdobył w nim 11 punktów, które miały zostać skasowane, a wynik zweryfikowany na 38:41. W takiej sytuacji ROW miał stracić, aż 3 punkty meczowe, bo wynik 49:41 dawał im wygraną z bonusem. Anulowane powinny być też punkty Łaguty zdobyte w kolejnym spotkaniu, z Wrocławiem jednak w tym przypadku Rybnik przegrał i kasacja punktów zawodnika na dopingu nie miała wpływu na punkty meczowe jego drużyny. Jednak kolejny mecz rybniczan ze Stalą Gorzów wygrany 50:40 wymagał już weryfikacji, bowiem starszy z braci Łagutów zdobył w nim 15, a to oznacza dla RKM-u stratę kolejnych dwóch dużych punktów. Zatem strata 5 "oczek" spychała Rybnik na ostatnie miejsce w ekstraligowej tabeli z dorobkiem 2 dużych punktów meczowych. Oznaczało to ni mniej ni więcej, że drużynę, która była spokojna o ligowy byt, czekała ciężka walka o utrzymanie. Na domiar złego, z końcem lipca kontuzję nogi złapał Rafał Szombierski, a początkiem sierpnia Max Fricke uszkodził 5 i 6 krąg szyjny, co eliminowało go do końca sezonu. Zatem sytuacja ROW-u była nie do pozazdroszczenia. Na wpadce Łaguty ewidentnie skorzystać mieli GKM Grudziądz i Get Well Toruń, bowiem o tych dwóch drużynach mówiło się, jako o głównych kandydatach do spadku.

A oto jak sam zainteresowany komentował całą sytuację: "Nie chcę na razie komentować całej sprawy. Już nawet o tym nie myślę, ile mogę dostać lat zawieszenia. Chcę wyjść z twarzą z tej sytuacji. Wiem, że jestem niewinny. Na pewno nie brałem żadnego meldonium celowo. Jeśli dostanę krótsze zawieszenie, to będę chciał wesprzeć ROW Rybnik w przyszłym sezonie. Jeśli będzie możliwość, to postaram się przylatywać na spotkania z rodziną i pomagać drużynie. W czasie tej banicji będę musiał na pewno gdzieś pracować. Nie wiem, czy będę gdzieś przy sporcie żużlowym w tym czasie. Na tę chwilę nie wiem, co będzie z moim sprzętem. Na razie na moich motocyklach startuje Rory Schlein. Jest to profesjonalista i da sobie na nich radę. Jeśli będzie potrzeba bym udostępnił motocykle klubowi, to nie ma żadnego problemu. Muszę tylko w takim razie poradzić, jak ustawić sprzęt. Na razie o tym jednak nie myślę".

Zawodnika bronił prezes rybnickiego klubu twierdząc, że "meldonium" zostało podane zawodnikowi nieświadomie, zimą, gdy doznał kontuzji w czasie treningów motocrossowych na Łotwie. Niestety tego tłumaczenia nie akceptowali śląscy kibice i w niewybrednych słowach krytykowali zachowanie Łaguty. I trudno się z nimi nie zgodzić, bowiem jeśli sportowiec wie, że została mu podana substancja zabroniona lub jest taki zamiar, powinien niezwłocznie to zgłosić. Wtedy może liczyć na wyłączenie dla celów terapeutycznych. Obecnie tak jak wspomniano, gdyby Rosjanin udowodnił za pomocą dokumentacji medycznej, że specyfik został mu podany, kiedy był tego kompletnie nieświadomy, to na tym etapie sprawy mógłby liczyć jedynie na mniejszy wymiar kary. W naprawdę wyjątkowych okolicznościach Łaguta mógłby liczyć na rok zawieszenia. Podobnie było w przypadku Therese Johaug, kiedy całą winę na siebie wziął lekarz. Zupełne uniewinnienie nie wchodziło jednak w grę, bo zawodnik nie dopełnił formalności. Mógłby na nie liczyć tylko w przypadku, gdyby dość szybko zgłosił, że ktoś podał mu niedozwoloną substancję. A ten fakt powinien wynikać z dokumentacji medycznej, którą otrzymał po pobycie w szpitalu. Łaguta miał zatem kilka miesięcy, żeby wykonać ruch, a nie zrobił w tym kierunku nic.
W tej sytuacji tłumaczenie prezesa Mrozka wydawało się mało przekonujące, a dodatkowo pogrążało zawodnika i jego klub, bowiem teoria, że Grisza miał podany środek nieświadomie zimą, dowodzi temu, że od początku sezonu zawodnik był na dopingu i jeśli to było prawdą, to wszystkie mecze z jego udziałem powinny być zweryfikowane, a nie tylko te ostatnie. Dla zespołów walczących o utrzymanie mogło to być działanie przy "zielonym stoiku", ale warto przypomnieć w tym przypadku szybkie decyzje jakie zapadały, gdy drużyna z grodu Kopernika została ukarana nieregulaminową karą finansową i nieregulaminowymi punktami ujemnymi w kolejnym sezonie sezonie mimo po sezonie 2013.

Niestety dla sportu żużlowego, dopingowej wpadki Grigorija Łaguty nie dało się rozstrzygnąć w prosty i szybki sposób. Komisja antydopingowa POLADY, chciała całą sprawę zbadać 8 lub 9 sierpnia, ale zawodnik przekazał, że w tym terminie nie będzie się mógł stawić. Później w Polsce był okres urlopowy, więc przed 20 sierpnia (wtedy kończy się runda zasadnicza PGE Ekstraligi) nie mógł zapaść wyroku w sprawie Łaguty. Można było co prawda przeprowadzić sprawę bez zainteresowanego, wyłącznie z udziałem jego pełnomocnika, ale wówczas komisja narażała się na zarzuty, że najważniejszy świadek nie miał okazji osobiście przedstawić swojej wersji zdarzeń. A panel dyscyplinarny miał zdecydować nie tylko o wysokości kary zawieszenia dla Grigorija Łaguty, ale i też zbadać sprawę wpływu "meldonium" na organizm żużlowca po 11 czerwca. Brak tych decyzji wywracał do góry nogami rywalizację w Ekstralidze oraz sposób wyłonienia spadkowicza, bowiem Ekstraliga Żużlowa, do czasu posiedzenia i decyzji panelu dyscyplinarnego, miała związane ręce i nie mogła odjąć rybnickiej drużynie, żadnych punktów, które mogły zmienić pozycję Stali Gorzów (dodane 2 pkt.) oraz pozycję spadkowicza (odjęte 3 pkt. lub 5 pkt rybniczanom).
FIM udawało, że nie ma problemu w przeciągającej się procedurze, bo jeśli Polski Związek Motorowy jeśli chciał przyspieszyć cały proces mógł wystąpić o podanie wyników w ekspresowym tempie i te mogły być podane nawet przed następną kolejką spotkań. PZM musiałby jednak zgłosić takie zapotrzebowanie. Pozostawało jednak pytanie dlaczego PZM i Ekstraliga Żużlowa nie decydowały się na taki krok. Problemem raczej nie były finanse, bo badania są robione ze środków ministerstwa, a jedno kosztuje od 700 do 750 złotych. Czas, jaki labolatorium ma na analizę wynosi dwa tygodnie. Przy pięciu dniach, czyli tempie takim, jak na igrzyskach, koszty wzrastały dwukrotnie w których PZM musiałby partycypować, jednak kwota jaką należało uiścić nie wykraczała poza możliwości finansowe nie tylko PZM, ale przeciętnego klubu żużlowego w Polsce. Owe pięć dni, to byłoby w istocie tak naprawdę dwa dni na analizę i badania, bo trzeba pamiętać, że próbki musiały dotrzeć do i z laboratorium, a potem potrzebny był czas na na poinformowanie zainteresowanych.
Wydaje się, że Ekstraliga Żużlowa swoimi działaniami w przeszłości pokazała, że wszelkie życiowe ewentualności chce mieć zapisane w regulaminach. Zatem powinna poważnie zastanowić się nad antydopingowym ekspresem, jako jednym z pomysłów na rozwiązanie takich problemów, o ból głowy których "zadbał" Grigorij Łaguta.

Czy Rosjanin po werdykcie komisji antydopingowej wróci jeszcze do zawodowego ścigania na wysokim poziomie? Mocno wierzą w taki scenariusz wierzyli włodarze rybnickiego klubu, bowiem ku zdziwieniu działaczy PZM i Ekstraligi Żużlowej, nie zerwali oni umowy z Rosjaninem. Ktoś mógłby powiedzieć, że ROW mógłby rozwiązać kontrakt dyscyplinarnie, bazując na komunikacie weryfikacyjnym Ekstraligi Żużlowej wydanym po wyroku POLADA. Jednak zdaniem śląskich decydentów nie było podstaw, by rozwiązywać kontrakt żużlowca. Z kilku powodów. Po pierwsze wyrok wydany przez agencję antydopingową był nieprawomocny. Co więcej, nie odnosił się nawet do punktowych zdobyczy zawodnika. a zatem zdaniem rybnickich działaczy nie było nawet podstaw, by zażądać zwrotu płatności za faktury wystawione przez Łagutę po 11 czerwca.
Prawda była jednak taka, że skoro ROW kwestionował wyroki żużlowych władz i złożył w sprawie odwołanie, chcąc być konsekwentnym nie mógł ukarać zawodnika, bo przecież nie zgadzał się z wyrokami wydanymi w jego sprawie. W całej sprawie istotne było też to, że gdyby kontrakt Łaguty wygasł, po dobyciu, skróceniu lub w wyniku odwołania anulowaniu kary, byłby on wolnym zawodnikiem, a w takiej sytuacji rybniczanie deklarowali, że po skończeniu wyroku chcą mieć Grigorija u siebie.

Co jednak z tego wyniknie? Czas pokaże!

Obok startów w rozgrywkach ligowych zawodnik co jakiś czas sygnalizował swoją obecność na arenie międzynarodowej wpisując się w annały rozgrywek europejskich i światowych, bowiem w roku 2011 sięgnął po tytuł Mistrza Europy, a w 2006 roku zadebiutował w Grand Prix, w którym to stał się niemal etatowym uczestnikiem z dziką kartą na łotewskiej ziemi. W swojej kolekcji Griszka posiada tez trofeum Indywidualnego Mistrza Łotwy z 2008 i 2011 roku oraz Rosji z 2008 roku, a także tytuł Drużynowego Mistrza Ukrainy i Rosji

Poza polską startował w
    Władywostok
       
Vastervik, Valsarna, Smederna, Indianerna
            Czerwonograd

Choć zawodnik wskazuje, że jego największą wadą, jest to, że zawsze chce wygrywać, a w czasie zawodów w parkingu często padają ostre męskie słowa, to nie jest mu obojętny wynik drużyny i jak podkreśla jest gotów do poświęceń dla dobra zespołu.

Prywatnie zawodnik, choć posiada dom w Daugavpilis, mieszka w Bydgoszczy wspólnie z urzekającą i pełną temperamentu Oksaną oraz synem. Oksana rozumie pasję, a zarazem pracę męża, dlatego wszystkie sprawy związane z prowadzeniem domu są na jej głowie. Zawodnik jednak każdą wolną chwilę stara się spędzać z rodziną, a żużel pozostaje częścią tej rodziny.

Osiągnięcia
IMME 2015/1; 2016/2
IMŚ GP 2006/R32; 2007/DK20; 2008/DK24; 2009/DK20
IME - SEC 2011/1; 2012/12; 2013/3; 2014/12; 2015/6; 2016/4
MEP 2009/2; 2015/2
DPŚ 2009/4
KPE 2006/4(Daugavpils); 2011/1(Władywostok)

 w lidze polskiej
2006-
-2010
2011-
-2014
2015 2016-
-2017

Wyniki ligowe zawodnika w barwach toruńskich
Sezon mecze biegi punkty bonusy Średnia
biegowa
Miejsce w
ligowym rankingu
2015 17 83 142 13 1,867 21

   W notce biograficznej wykorzystano fragmenty felietonu
pt.: Braterski duet.
autorstwa Patryka Rojka, jaki ukazał się w Super Speedway nr 10

strona główna

toruńskie turnieje turnieje światowe turnieje krajowe
zawodnicy trenerzy mechanicy działacze
klub statystyki sprzęt