HANCOCK Gregory Alan "Grin" "Herbie"
USA


Urodzony 3 czerwca 1970 Whittier, Kalifornia USA.

Ten przesympatyczny Amerykanin wychowany w Kalifornii, na co dzień mieszkał z mamą, ale weekendy spędzał z ojcem, z którym zaczął chodzić na zawody żużlowe. Miał wówczas nie więcej jak 5 lat. Złapał jednak bakcyla i zaczął dążyć do wyznaczonego celu, jakim było mistrzostwo świata.
Wielu mówi o nim Herbie, a pseudonim ten, zawdzięcza kombinacji imienia Herbie Hancocka (muzyka jazzowego) i Herbie The Love Bug (postać serialowego małego samochodu "garbus"). Jednak jego prawdziwym pseudonimem jest "Grin" - szeroko uśmiechnięty - który nadał mu jeden z mechaników Bruce Penhalla, który widząc małego Grega kręcącego się po parkingu, przytakującego z szerokim uśmiechem na wszystkie zaczepki, rzucił to niego "hej Grin" i tak zostało.

Mały Greg wejście w żużlowy świat miał nieco ułatwione, bowiem jego ojciec znał wszystkich zawodników, którzy startowali na przełomie lat 70 i 80. Senior najlepiej jednak znał się z Bobby Schwartzem, któremu przez wiele lat służył radą. Nic więc dziwnego, że mały chłopak czuł się jak w jednej wielkiej żużlowej rodzinie, a każdy zawodnik był wujkiem, który traktował małego Grega jak własnego syna. Oczywistym jest, zatem że dzieciństwo Kalifornijczyk wspomina bardzo miło. Był grzecznym dzieckiem, które nie przysparzało problemów rodzicom. Choć po latach nie do końca pamięta swoje kontakty ze szkołą, to z zadumą wspomina pierwszy dzień gimnazjum i rzesze kolegów. W wieku ośmiu lat Herbie zmienił jednak szkołę i trafił do tej samej szkoły, do której uczęszczał Ronnie Correy i jego bracia, z którymi miał rzecz jasna wiele wspólnych tematów związanych ze speedwayem. Edukacja w szkole średniej to również czas spędzony z Ojcem w rejonie New Port Beach i znajomość z Davidem Busbea i Levis’em Hughhes. W szkole Greg uwielbiał jak nie trudno się domyśleć wychowanie fizyczne i wiele czasu spędzał na szkolnym boisku grając w futbol amerykański, koszykówkę czy piłkę nożną. Każda z tych dyscyplin odpowiadała młodemu chłopakowi, ale nigdy nie myślał, aby spróbować swoich sił w grach zespołowych i swoją zabawę z piłkami zakończył na etapie szkolnym, a dziś tylko regularnie śledzi rozgrywki drużyn ze stanu, z którego pochodzi i nie ma to znaczenia czy jest to LA Lakers, LA Kings czy jakaś inna drużyna.
W trakcie nauki w sercu Grega cały czas jednak gościł speedway, który bez reszty pochłaniał myśli siedmiolatka. Gdy młody Greg po raz pierwszy zobaczył wyścigi młodzików zrozumiał, że jego miejsce jest na torze. Niestety był to trudny czas decyzji dla Jego rodziców, którzy nawet, gdy został mistrzem świata drżeli o zdrowie syna. Nigdy jednak żaden z rodziców nie zakazywał mu jazdy w motocyklu i w żaden sposób nie dał odczuć, że nie pochwala decyzji syna. Co więcej ojciec poświęcił mnóstwo pieniędzy i czasu, aby Greg mógł rozwijać swoją sportową pasję. Z tej pomocy Greg korzystał do czasu, aż sam był w stanie zapewnić sobie żużlowy byt. A trzeba przyznać, że żużlowe początki nie były łatwe, bowiem wspólnie z nim ściganie rozpoczęło wielu młodych chłopaków, którzy chcieli osiągnąć mistrzostwo w speedwayu i Herbie musiał ostro trenować, by dorównać w rywalizacji konkurentom. Po latach zawodnik jednak miło wspomina ten czas, bowiem traktował wszystko, jako zabawę, dzięki czemu nie zniechęcił się do kręcenia kolejnych kółek w lewo. Problemy zaczęły się, gdy w wieku osiemnastu lat trafił do Europy. Musiał wówczas z dala od domu radzić sobie sam i zadbać o najdrobniejsze czynności od zrobienia zakupów po właściwe zorganizowanie treningów. Wtedy jednak bardzo szybko dorósł i nagle z chłopca stał się mężczyzną. Miał jednak to szczęście, że otaczali go właściwi ludzie, na których zawsze mógł liczyć i w odpowiednich chwilach to oni wskazywali mu właściwą drogę.

Na początku Europejskiej kariery wielu utożsamiało Grega z innym amerykańskim zawodnikiem Billy Hamillem. I faktycznie obu gentelmanów łączyła sportowa przyjaźń, ale niewielu wie, że tak naprawdę obaj ostro rywalizowali ze sobą w specyficzny przyjacielski sposób. Greg zawsze pragnął w każdych zawodach w których startowali mieć więcej choćby o jeden punkt od Billego. A Billy podobnie traktował tę swoistą partnerską rywalizację. Poznali się podczas startów w gronie młodzików i wspólnie wyjechali do Europy odkrywając nowy kontynent. Razem też zadebiutowali w lidze angielskiej w zespole Cradley Heath Heathens. Billy otrzymał jednak jako pierwszy zaproszenie do startów, ale zrezygnował z tej propozycji i wybór angielskich promotorów padł właśnie na Hancocka. Hamill dołączył jednak do swojego krajana po roku i wspólnie walczyli nie tylko w ligach, ale też w mistrzostwach świata. Obaj Panowie byli do siebie w wielu aspektach bardzo podobni, ale tak naprawdę była to woda i ogień i tak naprawdę wiele ich różniło. Jednak nie przeszkadzało to młodym chłopakom czerpać od siebie nawzajem. W latach dziewięćdziesiątych byli otwarci na nowe pomysły, ale to zwykle "Herbie" snuł scenariusze i plany wydarzeń i nieco chłodził gorącą głowę kolegi.
Po latach wspólnych występów na torze Greg najmilej wspomina wywalczony z Billym tytuł mistrza świata w zawodach drużynowych oraz czas, kiedy tworzyli pierwszy żużlowy team o nazwie Exide. Pomysł utworzenia takiego teamu wyszedł o Grega, który przedstawił całą koncepcję swojemu sponsorowi wskazując, że wspólne promowanie baterii Exide będzie znacznie bardziej korzystne dla koncernu. Z perspektywy czasu jednak okazało się, że ówczesny speedway nie był przygotowany na tego typu pomysły, bowiem speedway dopiero wchodził na salony profesjonalizmu. Dwaj Amerykanie byli jednak o krok przed wszystkimi i choć promocja marki nie przyniosła spodziewanych profitów, to zdominowali ówczesny speedway i nauczyli się promować swoje osoby, jak rozmawiać z ludźmi, jak się ubierać czy jak rozmawiać z dziennikarzami. Niestety w pewnym momencie drogi Exide, ale również duetu Hancock-Hamill się rozeszły.

Greg pozostał jednak w światowej rywalizacji i skutecznie walczył o kolejne żużlowe trofea. Aby pokazać drogę na żużlowe szczyty warto zacząć od roku 1993 kiedy to Grin stawiał swoje pierwsze kroki w IMŚ na torze w niemieckim Pocking. Młody Greg przywiózł wówczas w swoim debiucie dwa punkty, ale kolejne zera przy jego nazwisku sprawiły, że zawody zakończył na ostatnim miejscu. Zdecydowanie lepiej poszło mu w roku kolejnym, kiedy to na duńskiej ziemi na torze w Vojens zajął czwarte miejsce, ustępując pola gwiazdom speedwaya, a później swoim wieloletnim rywalom Tonemu Rickardssonowi, Hansowi Nielsenowi i Craigowi Boyce. Sezon 1995 był tym rokiem, w którym wystartowała po raz pierwszy nowa formuła wyłaniającej mistrza świata, a mianowicie cykl Grand Prix. Debiutując w pierwszym biegu nikt włącznie z Gregiem nie spodziewał się, że zagości w cyklu na wiele lat i nie opuści żadnego turnieju, aż do dnia 13 września 2014, kiedy to kontuzja uniemożliwiła mi start w kolejnym turnieju. Warto podkreślić, że Hancock nieprzerwanie wystartował w 178 turniejach i znalazł się, aż w 77 finałach, a to wzbudzało szacunek nie tylko kibiców, ale przede wszystkim zawodników, dla których liczby te wydają się być nieosiągalne.
Po raz pierwszy Amerykanin dostąpił tytułu IMŚ w roku 1997, kiedy stawał na podium w pięciu z sześciu rozgrywanych wówczas rund SGP i z siedemnastopunktową przewagą zostawił w pokonanym polu wspomnianego wcześniej Billy Hamilla oraz Tomasza Golloba.
Niestety po wywalczeniu mistrzowskiej korony, Greg w kolejnych latach udowadniał swoją przynależność do światowej czołówki, ale nie miał okazji dopisać do swoich sukcesów kolejnego złotego medalu. Wywalczył co prawda medal brązowy (2004) i srebrny (2006), ale na kolejny złoty tryumf musiał czekać, aż do roku 2011, kiedy to okazał się lepszy od Andreasa Jonssona i Jarosława Hampela. Po wywalczeniu drugiego złotego krążka "Grin" mimo już zaawansowanego wieku jak na żużlowca podkreślał, że na pewni nie jest to jego ostatni złoty krążek w karierze. Wypowiadając te słowa chyba sam się nie spodziewał, że trzeci tryumf nadejdzie tak szybko. O ile obrona tytułu w kolejnym roku zakończyła się tylko brązowym medalem, bowiem światowym dominatorem został Chris Hodler, a Nicki Pedersen zajął drugie miejsce, a w roku 2013 Greg wypadł z światowego podium, to w roku 2014, Herbie po raz trzeci wspiął się na żużlowy szczyt, zostając tym samym najstarszym Mistrzem Świata w historii. Po wywalczeniu trzeciego medalu tak komentował swój sukces: "Wciąż nie mogę uwierzyć, że po raz kolejny zostałem mistrzem świata. Już mój pierwszy tytuł ogromnie mnie cieszył, drugi również, ale ten trzeci będzie smakował najlepiej ze wszystkich. Tak naprawdę był to dla mnie ciężki sezon., który zacząłem od otrzymania potężnego policzka w Auckland, gdzie jechałem tak pewny siebie jak nigdy dotąd. Niestety okazało się, że ta pewność siebie mnie zgubiła, ale dziś twierdzę, że taki cios był mi potrzebny. Pozmieniałem wówczas kilka rzeczy, nie tylko w motocyklach, ale przede wszystkim w sobie i jak widać okazało się to strzałem w dziesiątkę. Z każdym kolejnym turniejem rozkręcałem się coraz bardziej i w myślach powtarzałem sobie, że jesteś tak doby jak twój ostatni wyścig. Pomogło do czasu turnieju w Gorzowie, który pokazał, że możesz robić absolutnie wszystko by wejść na szczyt, a wystarczy jedna chwila, by wszystko runęło w jednej chwili niczym domek z kart. Na szczęście nie poddałem się i po szybkiej rehabilitacji wróciłem jeszcze silniejszy, jeszcze bardziej pewny tego, co chcę w tym roku osiągnąć. Udało się. Znów mogę poczuć jak smakuje zwycięstwo i powiem wam, że dopóki będę czuł się tak mody duchem, nie zamierzam rezygnować z marzeń o kolejnym tytule". I jak obiecał tak czynił. W roku 2015 walczył na równi z niemal dwukrotnie młodszym Tai Woffindenem i choć zajął drugie miejsce nie składał broni przed kolejnym sezonem, w którym ponownie zapowiadał walkę o najwyższe cele. I zapowiedzi te zostały zrealizowane. Co ciekawe w rywalizacji o światowy championat AD 2016 życie Hancocka, startującego w lidze polskiej w Anielskim plastroenie, uprzykrzał niechciany przed sezonem w Toruniu, Jason Doyle. Niestety w światowej rywalizacji szczęście opuściło Australijczyka, a sprzyjało Amerykaninowi, bowiem na torze w Toruniu Doyle uległ poważnej kontuzji i Hancockowi wystarczył jeden wygrany bieg w Australii by zostać IMŚ. Szansę tę oczywiście doświadczony jeździec wykorzystał i cieszył się z kolejnego czwartego już światowego championatu, udowadniając tym samym, że wiek w którym można sięgać po najwyższe światowe laury speedwaya nie ma absolutnie znaczenia.
Wygrywając czwarte złoto, Amerykanin po raz czwarty jako żużlowy IMŚ pojawił się na gali FIM, podczas której wręczano złote medale zawodnikom wszystkich odmian motocyklizmu. Podczas gali szczęśliwy zawodnik, komentował swoje osiągnięcia: "Kocham to, co robię. Nie ma dla mnie nic lepszego niż szybkie ściganie. Każdego roku jest trudniej, bo młodzi zawodnicy mnie atakują. Są szybcy, agresywni i potrafią mnie pokonać. Wiem jednak, że muszę być sprytniejszy od nich". Czterdziestosześciolatek  unikał jednak odpowiedzi na pytanie kiedy zakończy żużlowe ściganie i zagadkowo odpowiadał, że będzie to wówczas gdy się obudzi i poczuje, że nie chce tego robić, albo gdy nie będzie w stanie pokonać młodzieży. Herbie jednak ciągle czuł w sobie głód wygrywania i zapowiadał walkę o kolejne medale.

Obok rywalizacji o światowy championat, zawodnik ścigał się w wielu ligach europejskich w tym w najważniejszej - lidze Polskiej. Trzeba jednak przyznać, że w przeciwieństwie do kilku innych obcokrajowców ze swojego pokolenia, takich jak choćby Leigh Adams, który prawie całą swoją karierę spędził w Unii Leszno, czy Ryan Sullivan jeżdżący głównie dla toruńskich Aniołów i częstochowskich Lwów, Greg Hancock nie potrafił na dłużej zagrzać miejsca w jednym klubie, co prawda niekiedy nie ze swojej winy, ale nie zmienia to faktu, że Amerykanin na przestrzeni prawie ćwierćwiecza zwiedził mnóstwo polskich klubów. A pierwszym z nich była Unia Leszno, która w 1992 roku zaufał bliżej nieznanemu w Polsce dwudziestodwulatkowi, który cztery lata wcześniej zaczął ścigać się na wyspach brytyjskich. Z Bykiem na plastronie Hancock przejeździł 3 sezony. W pierwszym z nich został zaproszony na 5 spotkań. W 25 biegach zdobył z bonusami 50 punktów, co dało mu średnią biegową równą 2 pkt. Rok później Unia startowała już w najwyższej klasie rozgrywkowej, a Amerykanin wystąpił tym razem w 6 meczach. Najwięcej w leszczyńskich barwach pojeździł w ostatnim swoim sezonie i w 11 spotkaniach osiągnął średnią 2,222.
Mimo udanego roku 1994, Greg Hancock nie znalazł pracodawcy w nad Wisłą w sezonie 1995. A indywidualnie znów był to bardzo dobry rok w jego wykonaniu. Amerykanin otarł się wtedy o swój pierwszy medal w IMŚ. Do szczęścia zabrakło mu naprawdę niewiele, bowiem do trzeciego Sama Ermolenki stracił… 1 punkt. Ten prawie medalowy sukces musieli dostrzec działacze żużlowych klubów i w kolejnym sezonie na usługi Herbiego skusił się Start Gniezno. W ciągu dwóch lat Amerykanin dla ekipy z pierwszej stolicy Polski wystąpił w 15 spotkaniach, w których łącznie z bonusami zgromadził 186 punktów. Jego średnie biegowe w latach 1996 - 1997 wynosiły powyżej 2,3.
Jako mistrz świata AD 1997, zamienił pierwszą stolicę Polski, a stolicę Dolnego Śląska i trafił do Wrocławia, gdzie na przestrzeni ligowej rywalizacji w Polsce ścigał się najdłużej, bo aż siedem lat. (1998 - 2004). Co ciekawe, Hancock, jako mistrz świata zdecydował się na starty w Polsce w klubie drugoligowym i choć pojechał tylko w 9 meczach ekipy Atlasa, był niezwykle skuteczny wykręcając średnią 2,605 i walnie przyczyniając się do awansu wrocławian w poczet pierwszoligowców.
Na dobre Hancock liderem ekipy wrocławskiej, choć nie na miarę duńskiej gwiazdy Tommy'ego Knudsena, stał się od roku 2000. Notabene był to pierwszy sezon po reformie lig w polskim żużlu. Od tej pory najwyższa klasa rozgrywkowa dumnie przyjęła nazwę Ekstraligi. "Grin" nie schodził poniżej średniej 2 punktów na bieg, ale z wrocławskim klubem rozstawał się w niesławie, bowiem nie stawił się na decydującym o mistrzostwie Polski meczu w Tarnowie i choć jego nieobecność była podyktowana opóźnieniami lotniczymi, to po tym incydencie wrocławianie nie zamierzali kontynuować z nim współpracy.
Na usługi tak klasowego jeźdźca szybko znalazł się chętny i na rok Amerykanin trafił nad morze stając się członkiem drużyny beniaminka z Gdańska. W ekipie znad Bałtyku wierzono, że Hancock, ówczesny trzeci zawodnik świata, stanie się bezapelacyjnym motorem napędowym zespołu. Tymczasem "Herbie" zawiódł oczekiwania. I po latam można było stwierdzić, że na przestrzeni 23 lat startów w polskich klubach, był to jego najsłabszy sezon, bowiem jego średnia biegowa spadła poniżej 2 pkt na bieg. Nic więc dziwnego, że włodarze klubu znad morza nie byli zadowoleni ze współpracy z Amerykaninem i w jego miejsce w trakcie rozgrywek postanowili parafować umowę z Bjarne Pedersenem, a Hancock po sezonie trafił do Częstochowy. I choć wielu po raz pierwszy wróżyło mu schyłek kariery (Amerykanin liczył już 35 lat) to nikt wówczas nie przewidział, że najlepszy okres dopiero przed Kalifornijczykiem. Po odejściu Runego Holty do Rzeszowa, Marian Maślanka potrzebował zastępcy. Postawił na Hancocka i był to strzał w "10". W pierwszym roku startów dla Włókniarza Grin radził sobie wyśmienicie. W 18 meczach wykręcił średnią 2,452, wraz z częstochowskim klubem sięgnął po wicemistrzostwo kraju. Rok później, po powrocie Ryana Sullivana do Torunia, Amerykanin otrzymał funkcję kapitana Lwów i szybko stał się ulubieńcem częstochowskich kibiców. W biało-zielonych barwach Kalifornijczyk ścigał się w sumie przez 4 sezony i oprócz srebrnego medalu z 2006 roku, zdobył dla "Lwów" jeszcze jeden krążek w brązowym odcieniu (2009). W każdym roku był czołową postacią Lwów, które niestety po sezonie 2009 popadły w finansowy kryzys i nie było ich stać na dalsze kontrakty z klasowymi jeźdźcami.
W tej sytuacji Greg Hancock po raz piąty w karierze zmienił klub w Polsce. Ponownie chętnych na jego angaż amerykańskiego mistrza świata nie brakowało, a najkorzystniejszą ofertę przedstawił zielonogórski Falubaz. Niestety w latach 2010 - 2011 Greg Hancock nie zachwycał już tak, jak we Włókniarzu, ale nadal był solidnym zawodnikiem, który z reguły nie zawodził w istotnych momentach i z Falubazem zdobył mistrzostwo i wicemistrzostwo Polski, ale zdobyciu w 2011 roku drugiego mistrzostwa świata Hancock znów szukał nowego pracodawcy. Tym razem na drodze w kontynuowaniu współpracy z Falubazem stanęły przepisy. Oto bowiem, w 2012 roku w składzie meczowym mógł występować tylko 1 zawodnik z Grand Prix, a w Zielonej Górze mieliby takich… trzech - Andreas Jonsson, Piotr Protasiewicz i właśnie Greg Hancock. Finalnie w Falubazie został Szwed, "PePe" zrezygnował ze startów w cyklu wyłaniającym IMŚ, a Herbie powędrował do piekielnie silnej tarnowskiej Unii, która z Kalifornijczykiem w składzie od razu mistrzostwo kraju. Niestety ponownie z powodu regulaminu, tym razem ograniczenia średniej KSM, Amerykanin był zmuszony poszukać nowego klubu i trafił do, borykającej się z kłopotami finansowymi Polonii Bydgoszcz. W barwach Gryfów wystartował w 13 spotkaniach i nie pomógł utrzymać statusu ekstraligowaca drużynie, która w pewnym momencie pogodziła się ze spadkiem do niższej ligi i działacze przestali zapraszać na mecze swoje największe i zarazem najdroższe gwiazdy. Najwięcej stracił na tym oczywiście Greg Hancock, który po sezonie wrócił do Tarnowa i w sezonie 2014 z Jaskółką na plastronie brnął przez Ekstraligę ze swoją drużyną niczym huragan. Niestety dla biało-niebieskich, w najważniejszym momencie sezonu Greg Hancock, który był w niesamowitym sztosie (średnia 2,320 - najwyższa w lidze i trzecie mistrzostwo świata), złapał kontuzję i  w półfinale ligi Unia musiała radzić sobie bez Amerykanina. Była to strata nie do nadrobienia przez innych zawodników i tarnowianie przegrali półfinał ligi z Fogo Unią Leszno i musieli zadowolić się walką o brązowy medal. Już ze zdrowym Hancockiem w składzie tarnowianie stanęli na trzecim stopniu podium, ale niedosyt pozostał, a celująca w mistrzostwo ekipa się rozpadała i ...... Hancock znów musiał szukać zatrudnienia. Wówczas po raz pierwszy zbliżył się do Torunia, gdzie miał być nową jakością w drużynie nowego właściciela Aniołów. Jednak jak się później okazało prezes - Przemysław Termiński postawił na sprawdzonego w grodzie Kopernika Chrisa Holdera, a Hancock zdaniem wielu miał być tylko alternatywą i małym szantażem dla Kangura, który nie chciał obniżyć swoich żądań finansowych. Herbie nie zamierzał jedna być kartą przetargową w negocjacjach z innymi zawodnikami i trafił w sezonie 2015 do największego rywala tarnowian, rzeszowskiej Stali, która po rocznej banicji awansowała do elity. Amerykanin był niekwestionowanym liderem beniaminka i wespół z Peterem Kildemandem i Kennim Larsenem uratował ekstraligowy byt dla Żurawi. W drużynie z Rzeszowa Greg Hancock wystartował w 14 meczach. Jego średnia wyniosła 2,373. Niestety klub ze stolicy Podkarpacia borykał się z finansowymi problemami i ostatecznie zrezygnował ze startów w najwyższej klasie rozgrywkowej w sezonie 2016. Hancock jednak bez względu na to, czy rzeszowianie pojechaliby w Ekstralidze czy nie, nie miał zamiaru zostawać w Stali. Po pierwsze chodziło o sporą sumę pieniędzy, jaką klub Amerykaninowi zalega, a po drugie chciał jeździć w drużynie, której aspiracje sięgają medali a nie utrzymania.

Ponieważ w lidze polskiej wiele klubów borykało się z problemami finansowymi Herbie miał niewielki wybór i ponownie rozpoczął negocjacje z najbardziej stabilnym finansowo klubem ekstraligi - KS Toruń. Negocjacje trwały długo i choć już na początku grudnia prezes Przemysław Termiński poinformował, że Greg Hancock będzie startował w barwach KS Toruń nic nie wydawało się być pewnym. Do walki o Girna włączył się, bowiem Falubaz Zielona Góra, który w ostatniej chwili pozbył się finansowego zadłużenia, ale oferta lubuszan, choć podobna (1,3 mln za sezon) okazała się spóźniona. Amerykanina skusiła dwuletnia wizja kontraktu oraz możliwość pozyskania dodatkowych sponsorów na rynku toruńskim. Ostatecznie 15 grudnia 2015 roku strony potwierdziły, że w okresie transferowym zostanie oficjalnie parafowana umowa, a właściciel toruńskiego klubu za pośrednictwem portalu społecznościowego powiadomił toruńskich kibiców o tym fakcie tymi słowami: Witam wszystkich sympatyków toruńskiego żużla. Tak jak obiecałem, tak informuję, w przyszłym sezonie pojedziemy w składzie: Adrian Miedziński, Paweł Przedpełski, Chris Holder, Greg Hancock, Martin Vaculik, Kacper Gomólski i zespół juniorów. Dodatkowo, aby wyjaśnić wątpliwości chciałbym dodać, ze tak jak informowałem wcześniej ustalenia z Gregiem Hancock'iem zostały zrobione wcześniej i na żadnym etapie ani Klub ani Greg nie prowadzili "licytacji". Strony ponad miesiąc temu ustaliły, że decyzje ogłosi Greg w dogodnym dla siebie momencie. Wszystkie te informacje, podobnie jak informacje dotyczące terminów, to nic innego jak spekulacje medialne. Celem drużyny w przyszłym sezonie jest medal DMP, najlepiej złoty. Wszyscy, którzy do mnie dzwonili otrzymywali informację, że dogadałem się z Gregiem. W jego przypadku mówimy o dwuletnim kontrakcie. Szczegóły, jeśli chodzi o zapisy umowne analizują prawnicy Amerykanina. Będzie to kontrakt porównywalny z Vaculikiem i trochę wyższy niż Holdera. Dziękuje Państwu za cierpliwość i życzmy sobie wspólnie osiągnięcia w tym składzie najwyższych celów.
Niestety kilka dni po podpisaniu kontraktu kibice Aniołów zadrżeli, bowiem środowisko żużlowe obiegła wiadomość, że zadłużona po uszy Stal Rzeszów oraz Greg Hancock mogły dopuścić się złamania regulaminu, bowiem strony podpisały dokument niezgodny z regulaminem ekstraligi za co groziła kara finansowa, a dla zawodnika zawieszenie a nawet dyskwalifikacja. W całej sprawie chodziło o drugą umowę, która miała gwarantować Amerykaninowi dodatkowe przychody. Zgodnie z regulaminem jedynym możliwym dokumentem, jaki mógł podpisać zawodnik z klubem, był kontrakt, którego wzór był publikowany w momencie rozpoczęcia okienka transferowego. W umowie tej Herbie znalazł się zapis, że Stal znajdzie zawodnikowi sponsora na kilkaset tysięcy złotych, a jak się nie uda to wypłaci równowartość dodatkowego kontraktu z własnej kasy. Kontrakt ten oczywiście był nieważny i zawodnik nie miał co liczyć na wypłatę obiecanych pieniędzy 400.000 zł czym ukarał się już w momencie, gdy parafował pozaregulaminowy kontrakt. W całej sytuacji zyskali zadłużeni rzeszowianie, których dług spadł niemal o połowę. Żurawie miały jednak nadal do spłacenia wielu zawodników w tym Hancocka i nie mogły liczyć na ugody, które zapewniłyby klubowi licencję na starty w roku 2016. Herbie jednak spokojnie przygotowywał się do sezonu i już od początku czekało go niełatwe zadanie, bowiem na początku rozgrywek zmagał się z problemami sprzętowymi. Szybko jednak je wyeliminował i w kolejnych spotkaniach potwierdzał swoją wysoką klasę. Jankes nie zawiódł oczekiwań i ze swojej roli wywiązywał się znakomicie pokazując, że mimo upływu lat ciągle przewodzi drużynom w których dane jest mu startować. To głównie dzięki niemu Get Well Toruń wywalczył awans do finału Ekstraligi. A przecież po pierwszym półfinałowym meczu przeciwko Falubazowi Zielona Góra praktycznie nikt nie dawał Aniołom szans na jazdę w finale. Zielonogórzanie z łatwością mieli odrobić dziesięciopunktową stratę. Jednak dzięki Hancockowi to Get Well Toruń zapewnił sobie przepustkę do udziału w finale. Amerykanin w parkingu dwoił się i troił, doradzając swoim kolegom odpowiednie ustawienia motocykli.
Można powiedzieć, że po wielkich zagranicznych nazwiskach jak Per Jonsson, Tony Rickardsson, Jason Crump, Amerykanin stał się kolejnym światowym Aniołem w talii toruńskiego klubu.  Do występów Hancocka w trakcie rozgrywek ligowych trudno było mieć jakieś zastrzeżenia, bowiem na przestrzeni całego sezony wykonał pracę do której został zatrudniony. Jednak dla niego ciągle od rywalizacji ligowej ważniejsza pozostawała rywalizacja o tytuł IMŚ i na zdobyciu czwartego tytułu w drugiej części sezonu skupiał się najbardziej. Ciekawostką było również to, że po sezonie Greg Hancock mógł zapisać na swoim koncie nowy rekord toru, bowiem w dniu 1 maja przejechał 4 okrążenia w czasie 56,40 sek.
Nic więc dziwnego, że obie strony postanowiły kontynuować współpracę w roku 2017. Co prawda Greg zwlekał długo z parafowaniem aneksu finansowego do podpisanej rok wcześniej dwuletniej umowy. Pojawiło się w związku z tym dużo komentarzy i spekulacji, jakoby zawodnik będąc IMŚ znacznie podniósł swoje oczekiwania finansowe, a toruński menadżer musiał jeździć za zawodnikiem po Europie. Nic jednak takiego nie miało miejsca, a przedłużająca się finalizacja kontraktu wynikała z niekorzystnego zbiegu okoliczności w jakich znalazł się Amerykanin. Jacek Gajewski, który odpowiadał za kontrakty zawodników, tak komentował całą sytuację: "Sprawa kontraktu Hancocka przeciągała się, bo Greg miał problemy osobiste, które zatrzymały go na początku października w Szwecji. Następnie miał miejsce ostatni turniej tegorocznego cyklu Grand Prix. Po drodze do Australii nasz zawodnik wybrał się jeszcze do USA. Czasowo nie mogliśmy do siebie dotrzeć. Słyszałem opinie, że Greg chciał wykorzystać odejście Vaculika. Mogę z pełną świadomością powiedzieć, że umowę podpisał na warunkach, które zostały uzgodnione jeszcze przed decyzją Martina. Nic się nie zmieniło. Chciałbym również odnieść się do tematu mojej wizyty w Walencji, gdzie miałem się spotkać z naszym zawodnikiem. Nie mieliśmy w ogóle takiego zamiaru. Ja byłem tam od piątku, a on praktycznie do czwartku. Poza tym, cele naszych wizyt były różne".

Jak widać w tej chyba najbardziej obszernej biografii zawodnika na www.speedway.hg.pl, który nie jest toruńskim wychowankiem, bezsprzecznie można stwierdzić, że "Herbie" to najbardziej lubianym żużlowiec na świecie. Opinię tę zawdzięcza przede wszystkim postawie jaką prezentuje zarówno na torze, jak i poza nim. Jest prawdziwym dżentelmenem wie, w którym momencie odpuścić, aby nie narazić na kontuzję siebie oraz swoich rywali. Greg jest najlepszym przykładem na to, że czystą jazdą, zgodną z zasadami fair play można dojść na szczyt. Perfekcyjnie panuje nad motocyklem, co już wielokrotnie pozwoliło uniknąć groźnych sytuacji podczas walki na żużlowym owalu. Niezwykle sympatyczny Amerykanin, z twarzy którego nigdy nie znika kalifornijski uśmiech, jest zawsze otwarty dla kibiców, którym nigdy nie odmawia autografu czy wspólnego zdjęcia.

Na nieposzlakowanej opinii Amerykanina pojawił się jednak w roku 2014 rysa. Oto, bowiem podczas jednego z meczów ligi szwedzkiej, gdy rywalizowała Piraterna Motala z Dackarna Mallila w ostatnim biegu Hancock wygrał start, ale na wyjściu z wirażu Nicki Pedersen ta się rozpędził, że minął Amerykanina., ale przejechał jednak zbyt blisko niego i zaczepił o motocykl Hancocka. Ten padł na tor jak rażony piorunem. Zaraz jednak wstał i ruszył biegiem w kierunku Pedersena, który uniósł przepraszająco rękę, ale Amerykanin nie zważał na te gesty i wybijając się "szczupakiem" zrzucił Duńczyka z motocykla, a na torze zaczęła się przepychanka pomiędzy adwersarzami. Co prawda obaj żużlowcy zostali rozdzieleni przez członków obu ekip, a Pedersen wykluczony z powtórki (Hancock zajął w niej trzecie miejsce), to sytuacja była ogromnym zaskoczeniem dla wszystkich, bo tak jak wspomniano Hancock uchodził za uosobienie cierpliwości w żużlowym światku.
Po zawodach Hancock nie wyraził skruchy i przyznał, że Pedersenowi się należało: "Zbyt długo znosiliśmy tego człowieka, wiele razy zaryzykował życie innych zawodników, poczułem że już wystarczy". Gdy jednak ochłoną przeprosił za swój czyn i poddał się dobrowolnie karze finansowej. I choć zawodnicy w solidarności z Grinem postanowili "zrzucić się" na karę, ten stanowczo odmówił twierdząc, że takie zachowanie nie przystoi i czuje się winny dlatego sam zapłaci orzeczoną grzywnę. Warto podkreślić, że weteran żużlowych torów wcześniej kilka razy ganił Pedersena za nadmiernie ostrą jazdę, ale Duńczyk nic sobie nie robił z tych wypowiedzi i niestety doczekał się amerykańskiego samosądu.
Po kilku dniach od zdarzenia Kalifornijczyk wydał oświadczenie w którym wyjaśnił przyczyny swojego zachowania:
Przede wszystkim, chciałbym przeprosić kibiców, działaczy i sponsorów Piraterny oraz Dackarny za moją reakcję w ostatnim meczu tych drużyn i zrzucenie Nickiego Pedersena w biegu numer piętnaście.
To zachowanie było nie w porządku, nie powinienem reagować w taki sposób. Jednak przytrafiło mi się to nie po raz pierwszy i poczułem, że moje bezpieczeństwo jest zagrożone. To był odruch samoobrony. Każdy kto mnie zna, wie że nie chcę takich upadków. Ostatnią rzeczą, której pragnę, jest upadek na prostej przy pełnej prędkości. Czerpię radość z dobrej, twardej, ale sprawiedliwej walki tak jak wszyscy inni, ale granica jest zbyt często przekraczana.
W poprzednich przypadkach nie chciałem się angażować ani reagować na pewny wydarzenia, ale tym razem nie mogłem od tego uciec. Nicki w przeszłości miał konflikty ze sporą liczbą zawodników. Na przestrzeni lat wielu żużlowców wyraziło już swoją opinię o nim, ale nadszedł właściwy moment, aby wstać i przedstawić pewien punkt widzenia, bo to nie jest coś, czego potrzebujemy w tym sporcie.
Po powtórce biegu piętnastego, czyściłem swoje gogle i pakowałem sprzęt do busa, kiedy Nicki podszedł do mnie i zapytał czy mam chwilę. Oczywiście, nie miałem zbyt dużej chęci do rozmowy, ale zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, to usłyszałem od niego, że nie zrobił nic złego i to był sprawiedliwy pojedynek. To była celowa prowokacja i ponownie straciłem kontrolę nad sobą i skierowałem się w jego stronę w celu konfrontacji, ale zostałem zatrzymany przez kolegów z Piraterny, w szczególności Chrisa Holdera. Byłem wściekły i krzyczałem w kierunku Nickiego. Nie wiem co wtedy dokładnie zostało powiedziane, ale można sobie wyobrazić, że nie były to miłe słowa.
Jak już wszystko się uspokoiło, zauważyłem, że Nicki od początku ma telefon w ręku i nagrywa całe zdarzenie. On celowo podszedł do mnie i powiedział coś, co miało mnie sprowokować i liczył na reakcję. Wrobił mnie na całego, nie wiem z jakiego powodu, a potem tylko stał z boku i uśmiechał się do mnie.
Po tym incydencie, Nicki mijał wielu kibiców, w tym dzieci. Pokazał im środkowy palec. Usłyszałem o tym od własnych dzieci, które były w tym tłumie i to wszystko widziały.
Nicki jest autorem wielu oskarżeń w prasie w tej sprawie, ale ludzie muszą wiedzieć jaki on ma charakter. Nie zatrzyma się przed niczym, aby zyskać przewagę w tym sporcie. Dlatego doprowadza do takich sytuacji, w których zawodnicy czują się zagrożeni. My wszyscy wiemy że Nicki jeździ twardo. Wiemy, że potrafi być niebezpieczny, ale czasem trzeba powiedzieć "dość".
Być może on myśli, że wzbudza w nas złość kiedy podjeżdża pod taśmę, co daje mu przewagę. Jednak po tych wszystkich wydarzeniach, kiedy spoglądałem mu w oczy, za każdym razem widziałem strach. Wycofuje się bardzo szybko, a potem, gdy jest już otoczony przez tłum ludzi, uśmiecha się i udaje, że cała sytuacja go nie obchodzi. Mam za sobą pewne rozmowy na ten temat, rozmawiałem z osobami z jego otoczenia i teamu i okazało się, że on zawsze tak postępował. Nawet gdy był małym chłopcem, to wielu ludzi powiedziało mi, że to było jego główną cechą. Nicki ma inną mentalność niż wszyscy pozostali, którzy ścigają się na żużlu.
Nicki nie widzi innych zawodników w wyścigu. On po prostu widzi to, co chce zobaczyć i doprowadza do sytuacji niebezpiecznych. Jeśli czuje, że może przedostać się do przodu, nie raniąc przy tym samego siebie, niezależnie od tego czy w tej sytuacji ucierpi ktoś inny, to robi to. To jest facet, z którym musimy dzielić tor.
Po tym incydencie miałem wiele wiadomości od innych zawodników ze wsparciem. Większość z nich sama uczestniczyła w jakichś kolizjach z Nickim. Wiem, że moja reakcja była zła i za to przepraszam, ale tak długo znosiliśmy tego człowieka, tak wiele razy zaryzykował on życie innych zawodników, że poczułem, że wystarczy.
Na koniec chciałbym podziękować wszystkim kibicom, którzy mnie wsparli. Jestem świadomy niektórych kampanii, które ruszyły i mają na celu pozyskanie funduszy na grzywnę, którą otrzymałem. Jednak nie czuję się z tym dobrze, jeśli miałbym brać pieniądze od innych ludzi. Biorę pełną odpowiedzialność za to co zrobiłem i muszę za to zapłacić. Jestem bardzo wdzięczny za ten gest, naprawdę go doceniam, ale prosiłbym żeby wszelkie datki zostały przekazane fundacji Bretta Downeya, która walczy o to, aby uczynić wyścigi bezpieczniejszymi.
Dziękuję za wsparcie i nie mogę się doczekać, aby ponownie zobaczyć moich fanów w Cardiff podczas Grand Prix Wielkiej Brytanii 4 lipca.

Jednak nie samym, żużlem żyje Kalifornijczyk i gdy tylko znajdzie chwilę wolnego czasu pomiędzy startami na żużlu, nie rozstaje się z motocyklem jeżdżąc na motocrossie. Wśród swoich pasji wymienia również grę w golfa i surfing. Za swojego idola uznaje pochodzącego z Ameryki zawodnika supercrossu i motocrossu Jeremy'ego McGratha. Poza żużlem i motocrossem Herbie ma również do czynienia z motoryzacją z najwyższej półki. Od lat, bowiem gustuje w Mercedesach. Na co dzień jeździ długim na 5 metrów Mercedesem GL, a jeśli już decyduje się na zakup to robi to w sztokholmskim salonie Exclusive Car, który swego czasu wynajmował samochody dla żużlowców Hammarby.

Prywatnie Greg Hancok ma starszego o pięć lat brata i o rok młodszą siostrę. A sam na stałe mieszka w Szwecji z żoną Jenny i synami Wilburem, Billem i Karlem. Żona zawodnika wiedziała sporo o speedway i doskonale wiedziała, kim jest Greg, bowiem startował w szwedzkim mieście, w którym Jenny mieszkała. Nie traktowała jednak spotkań z Gregiem, jako znajomości z wielką gwiazdą, ale jako przebywanie w towarzystwie normalnego sympatycznego faceta. Nic więc dziwnego, że po sezonie Greg najchętniej odprężą się w słonecznej Kalifornii, w towarzystwie żony, dzieci i psa. Odwiedza wówczas znajomych, spędza czas z najbliższą rodzina za którą bardzo tęskni w trakcie żużlowych wojaży po Europie. Największą radość Gregowi sprawia jednak przebywanie w towarzystwie żony z lampką wina i słuchanie muzyki jazzowej. Rozmawiają wówczas o życiu i codziennych problemach. Ale też nie stronią od snucia planów na kolejny żużlowy sezon, ustalają priorytety na kolejny rok. Pobyt w Stanach rodzina Hancocków wykorzystuje również na podróże. W swoich wojażach często odwiedzają Hawaje, bowiem jak twierdzi Herbie nie ma nic bardziej odprężającego jak wygrzewanie się na słońcu, plaża, kąpiel i zimne napoje.
W ojczyźnie Kalifornijczyk nie stroni też od żużla i walczy w mistrzostwach USA, w których tryumfował w latach 1993, 1995, 1998, 2000, 2003,2005,2006, 2007

Synowie Herbiego często przebywają w parku maszyn i wiedzą wiele na temat speedwaya. W trakcie zabawy biegają wokół stołu udając żużlowców, grają w gry związane ze speedwayem, a w domu mają nawet podium, na którym słuchają hymnu Stanów Zjednoczonych. I nikogo to nie dziwi, bowiem mają "adoptowanego" starszego brata również żużlowca - Maćka Janowskiego, który dolewa oliwy do żużlowego świata małych Hancocków i zapewne w przyszłości na torze zobaczymy, co najmniej jedną z latorośli "Grina" "Herbie" Hancocka.

Amerykanin poza ligą polską startował również w klubach:
   
Cradley Heath Heathens; Coventry Bees; Oxford Cheetahs; Reading Racers; Poole Pirates.
    Getingarna Sztokholm; Rospiggarna Hallstavik; Piraterna Motala.
    Fjelsted Speedway Klub; Outrup Speedway Club; Esbjerg Motorsport; Slangerup Speedway Klub.
    Mega-Łada Togliatti,
    Mseno

Osiągnięcia

DMP

1999/2; 2001/2; 2002/3; 2004/2; 2006/2; 2009/3; 2010/2; 2011/1; 2012/1; 2014/3; 2016/2
IMME 2016/12
IMŚ 1993/16; 1994/4
IMŚ GP 1995/4; 1996/3; 1997/1; 1998/6; 1999/9; 2000/5;2001/13; 2002/6; 2003/5; 2004/3; 2005/5; 2006/2; 2007/6; 2008/4; 2009/4; 2010/5; 2011/1; 2012/3; 2013/4; 2014/1; 2015/2; 2016/1
DMŚ 1989/4; 1991/3;1992/1; 1993/1; 1994/5; 1995/3; 1998/1; 199/3; 2000/3; 2001/5
MŚP 1992/1; 1993/3
KPE 2002(rep. klub z Pardubic)/2; 2007(rep. klub z Togliatti)/3

Wyniki ligowe zawodnika w barwach toruńskich
sezon mecze biegi punkty bonusy średnia
biegowa
miejsce w
ligowym rankingu
2016 18 92 190 12 2,196 5

Biografia powstała na podstawie
magazynu: Super Speedway
portalu: sportowefakty.pl
książek: Żużlowe ABC

Zdjęcia pochodzą z portali społecznościowych
niestety nie znalazłem sygnatury autora fotografii na bazie której,
 mógłbym wystąpić o zgodę na wykorzystanie fotki.
Zatem jeśli jesteś autorem zdjęcia i nie wyrażasz zgody na jego publikację na tej stronie
napisz do mnie, a zdjęcie zostanie niezwłocznie usunięte

strona główna

toruńskie turnieje turnieje światowe turnieje krajowe
zawodnicy trenerzy mechanicy działacze
klub statystyki sprzęt