FRĄTCZAK Jacek Wojciech
menadżer drużyny

Urodzony w 1975 roku.

Prywatnie mąż i ojciec.

Jego pasja to przede wszystkim żużel, ale nie stroni od innych dyscyplin sportowych.

Żużlowo menadżer z krwi i kości, związany głównie z zielonogórskim środowiskiem żużlowym.
Od roku 2015 pozostający jednak nieco z boku żużlowych wydarzeń, bowiem wcielał się się tylko w rolę komentatora i eksperta żużlowego. Jednak 21 lipca 2017 roku był na pierwszych stronach wszystkich żużlowych mediów, bowiem przejął drużynę Get Well Toruń, odwiecznego sportowego rywala Zielonej Góry. Było to o tyle zaskakujące, że wcześniej sam zainteresowany bardzo mocno utożsamiał się z ziemią lubuską, ale podejmując współpracę z Toruniem widział w tym korzyści dla całej dyscypliny i w jednym z wywiadów tak oto komentował całą sytuację: "Nazywam się Jacek Frątczak i jestem z Zielonej Góry. To nie zmieni się nigdy. Uważam, że to moje wyzwanie to również plus dla środowiska, z którego pochodzę i które mnie ukształtowało. Jeśli człowiek z tego miasta wesprze w kryzysie inny bardzo utytułowany ośrodek i zrobi to z powodzeniem, raczej będzie to dobrze świadczyć również o Zielonej Górze. Zapewniam, że nikogo nie zdradziłem ani nie sprzedałem. Poza tym, nie bez znaczenia był fakt, że w tym roku nie dojdzie już do konfrontacji toruńsko - zielonogórskiej. To pomogło mi podjąć decyzję o powrocie. Obie ekipy jadą w tym roku o inne cele".

Co ciekawe prezes klubu, Ilona Termińska jeszcze kilka dni temu twierdziła, że zarząd ma zaufanie do Jacka Gajewskiego: "Polacy znają się na wszystkim i lubią oceniać. Mamy zaufanie do Jacka Gajewskiego. Moim zdaniem musimy mieć to zaufanie do Jacka. Na razie przygotowujemy się do kolejnych meczów i nie planujemy żadnych zmian".

Po raz kolejny okazało się jednak, że życie pisze swoje scenariusze i po kilku dniach zarząd toruńskiego klubu komentował tę zmianę: "Jackowi Gajewskiemu dziękujemy za współpracę, która zwieńczona została zdobyciem przez Get Well Toruń srebrnego medalu Drużynowych Mistrzostw Polski w roku 2016. Dziękujemy za wspólne tworzenie projektu jakim jest KS Toruń. Zaangażowanie i doświadczenie Jacka Gajewskiego było nieocenione na żużlowych torach"

Przed Frątczakiem, było jednak trudne zadanie, a mianowicie utrzymanie zespołu Aniołów w Ekstralidze, ale doświadczony menadżer wiedział w jakiej sytuacji jest zespół i miał świadomość wyzwania którego się podjął: "Nie jest to zmiana ot tak sobie. Powiem szczerze, że determinacja ze strony klubu była duża. Po drugie zostałem potraktowany z dużym szacunkiem i zaufaniem. Zaimponowało mi to. W życiu jest tak, że są rzeczy, które są niedokońca zaplanowane. To był naprawdę zbieg pewnych okoliczności. Toruński klub trafił w dobry czas i w dobre miejsce. Fajnie się wszystko poskładało i jestem w Toruniu. Sytuacja nie jest łatwa, ale widocznie patrząc z perspektywy toruńskiej, są nadzieje, że jestem w stanie w jakiś sposób pomóc. Wchodzę zdystansowany, świeży, bez bagażu negatywnych emocji, stresu, itd. Myślę, że abstrahując już od mojej osoby, to może być dobra zmiana dla toruńskiego klubu. Czasami takie wejście kogoś, kto powie - Słuchajcie, spokojnie. Jeszcze nic się nie stało. Żaden koniec świata się nie wydarzył. Poukładamy klocki i popatrzymy na to troszeczkę inaczej - powoduje, że pojawia się nowa energia i sprawy idą delikatnie do przodu. Z drugiej strony to dla mnie swego rodzaju osobiste wyzwanie. Nie jest to łatwy projekt, ale ja nigdy łatwych nie realizowałem. Zawsze miałem w życiu pod górę, zwłaszcza jeśli chodzi o sport. Różnie z tym bywało. Nie do końca jestem zadowolony z poprzedniego okresu. Dodatkowo on zakończył się tragedią i sport zszedł na dalszy plan. Mam nadzieję, że będę w stanie pomóc".

Mimo, że strony wiedziały czego od siebie oczekiwać i jasno precyzowały swoje cele strony związały się umową tylko do końca sezonu 2017, ale nie wykluczały współpracy znacznie dłuższej. Wynikało to przede wszystkim z tego, że oprócz utrzymania zespołu w lidze strony chciały się poznać, a Jacek Frątczak po półtorarocznej przerwie chciał sprawdzić się w nowej rzeczywistości, bowiem jak twierdził nabrał pewnego dystansu i pozytywnego chłodu w żużlowym menedżerowaniu.
Nowy menadżer do Torunia nie trafił jednak sam, ale przybyli za nim ludzie z Zielonej Góry, którym ufał i na których od dawna mógł polegać, a mieli oni pojawiać się w odpowiednim momencie i pomagać menadżerowi w sferze organizacyjno - mentalnej. Decyzja ta nie wynikała z tego, że Frątczak nie ufał toruńskiemu środowisku, ale było to podejście do tematu bardzo pragmatycznie, bowiem nie było czasu na docieranie się, a efekt musiał pojawić się w krótkim czasie. Trudno byłoby w tej sytuacji szybko zbudować relacje z osobami, których menadżer nie znał zbyt dobrze. Dlatego musiał postawić na sprawdzone rozwiązania, by czuć się pewniej, wokół ludzi, o których wie wszystko i którzy go nie zawiodą w sytuacji pełnej napięcia. Co również ważne, Jacek Frączak przestawił życie nawet własnej rodziny, z którą podczas projektu "utrzymanie ekstraligi dla Aniołów", zamieszkał w Toruniu. To sprawiało, że nowa osoba bardzo szybko zasymilowała się z toruńskim środowiskiem żużlowym i była do dyspozycji niemal w każdej chwili.
Wszystkie te zmiany miały spowodować, że toruński parking będzie tętnić życiem. Za czasów Jacka Gajewskiego można było bowiem odnieść wrażenie, że niezależnie, czy drużyna wygrywała, czy przegrywała, emocji wśród zawodników było niewiele. Wynikało to z bardzo powściągliwego charakteru wieloletniego menadżera toruńskich Aniołów, a zakontraktowanie nowej osoby miało odmienić ten stan: "Moim celem jest utrzymanie w lidze. Ponadto chcę uniknąć baraży. To cele sportowe. Jednak mam też cele wizerunkowe. Podobno różnie to wyglądało. Będę chciał wpuścić trochę życia w park maszyn i w toruński klub. Zobaczymy, czy się uda. To będzie dla mnie całkowicie naturalne. Będę nowym i świeżym człowiekiem w środowisku. Nie jestem obciążony negatywnymi emocjami. Klub ma mentalny problem, a ja wchodzę w to na świeżości".

Przed Jackiem Frątczakiem stało też poważne zadanie, a mianowicie toruński tor, który w pewnym momencie przestał być atutem miejscowych jeźdźców. Doświadczony menago nie zamierzał jednak wywracać wszystkiego do góry nogami, bowiem miał świadomość, że końcówka sezonu nie sprzyja rewolucjom, a należy zastosować zasadę wyciśnięcia wszystkiego co się da z obecnego przygotowania nawierzchni oraz motocykli, które były tuningowane pod ten właśnie tor.

Swoją pracę Jacek Frontczak zaczął zatem od jasnego przekazu w zakresie oczekiwań i planowanych zmian. A pierwszymi zawodami, w których prowadził toruńskich zawodników był finał Mistrzostw Polski Par Klubowych w Ostrowie. Zawody te potraktowano jako bardzo ostry trening podczas którego sporo testowano, a także były to zawody które miały sprawdzić formę mentalną Adriana Miedzińskiego, który wracał po kontuzji i był bardzo ważnym ogniwem zespołu. Przed meczem w Lesznie planowano też małe zgrupowanie, a przygotowania do kolejnego meczu ligowego miał zakończyć trening punktowany z silnym rywalem, bowiem zdaniem Frątczaka zespół należało odciąć od negatywnych wspomnień związanych z Motoareną. Koncepcja ta wydawała się słuszna, bowiem na wygraną w Lesznie nikt nie liczył, a na MotoArenie zespół miał dwa najważniejsze spotkania sezonu z Częstochową i Grudziądzem, które miały decydować o spadku lub awansie Aniołów.

Potem jednak przyszedł czas twardej ligowej walki. Niestety nie było lekko. Raptem jedna wygrana w rundzie zasadniczej i dwa wygrane mecze barażowe, wystarczyły jednak do tego by utrzymać zespołu w ekstralidze. Ciężka przeprawa była jednak efektem tego, że nikt nie mógł przewidzieć, że z Anielskiego składu wypadnie, aż trzech podstawowych zawodników. Jacek Frątczak jednak nie załamywał rą, a wręcz przeciwnie, sprowadził z Anglii do Torunia Jacka Holdera i tchnął w drużynę nowego ducha. Potrafił odbudować juniorów i dopasować nawierzchnię toru do oczekiwań zawodników. Niby nie było w tym nic nadzwyczajnego, ale nowy menago odmienił zespół w w niespełna dwa tygodnie, czego jego poprzednik nie dał rady zmienić prawie przez dwa sezony. Mało tego Frątczak dał toruńskiej żużlowej administracji pewien luksus, który zapewniają tylko menadżerowie sportowi z najwyższej półki, a mianowicie profesjonalizm. Nie dziwi więc, że zarząd jeszcze przed wygranymi meczami barażowymi chciał parafować kontrakt z człowiekiem dotychczas utożsamianym z Zieloną Górą. Frątczak jednak odkładał sprawę do czasu wygrania barażu, bowiem twierdził, że będzie mógł prowadzić zespół tylko w sytuacji, gdy wywiąże się ze słowa, które dał właścicielowi, gdy podejmował wyzwanie w Toruniu.

Źródło: przegladsportowy.pl
sportowefakty.pl
nowosci.com.pl

strona główna

toruńskie turnieje turnieje światowe turnieje krajowe
zawodnicy trenerzy mechanicy działacze
klub statystyki sprzęt