BAJERSKI Tomasz (bajer)


Urodzony w 9 września 1975 roku w Toruniu.

Wychowanek toruńskiego Apatora, a jego pierwszym trenerem był Jerzy Kniaź. Można powiedzieć, że w kategorii juniorów nie miał sobie równych. Co potwierdził wynikami w rozgrywkach młodzieżowych zarówno na krajowym jak i międzynarodowym podwórku. Nikogo to nie dziwiło, bo od początku dla małego chłopaka liczyły się sporty motocyklowe. Ojciec Tomka, miał WSK, kuzyn Junaka i od zawsze jeździł, ile się tylko dało. Jeszcze przed ukończeniem 10. roku życia zapisał się do szkółki żużlowej Apatora. Trenował na małym torze, wpisanym w murawę starego klubowego obiektu przy ulicy Broniewskiego. Zgłosiło się wówczas około stu chłopaków i nabór trzeba było rozłożyć na dwa dni. Do zimy zostało jednak dziesięciu chętnych, wiosną roku następnego na tor wróciło pięciu, a ostatecznie żużlową licencję zdało tylko dwóch adeptów. Tomek w spędzał jednak całe dnie. Ze wsi Przysiek gdzie mieszkał, przez las miał 15 minut drogi na rowerze, dlatego wakacje można było go spotkać w parkingu i na torze od godz. 7-8 rano do 20-21 wieczorem. Nie był zainteresowany niczym innym tylko żużlem i jak wyznał w jednym z wywiadów raz w życiu był na kolonii, bo tak chcieli rodzice.
Gdy pierwszy raz wsiadał na żużlowy motocykl jego popisy podziwiali nie tylko trener Kniaź, ale również Jan Ząbik, który gdy zobaczył, jak Tomek pokonał kółko, na małym owali to już wiedział, że w Toruniu pojawił się ciekawy chłopak ze smykałką do żużla i powinien być z niego dobry zawodnik. Na pierwszym treningu jeszcze nie wyłamał motocykla i nie wprowadził go w ślizg kontrolowany, bo trenerzy stopowali zapędy młokosa, ale podczas kolejnych jazd jeździł już ślizgiem kontrolowanym przez trzy czwarte łuku. Kolejne żużlowe tajniki zawodnik zgłębił równie szybko, jak zadebiutował w lidze. A było to w pamiętnym meczu Apatora z Unią Tarnów w 1992 roku, w spotkaniu, które zaczęło się z godzinnym poślizgiem z powodu opóźnionego lotu awionetką obcokrajowców obu drużyn - Simona Wigga, Gerta Handberga i Pera Jonssona lecących z Warszawy. Przed startem marzył choć o punkcie. Przeszedł jednak sam siebie, w debiucie zdobył dziewięć "oczek" i z miejsca stał się obok Pera Jonssona najbardziej uwielbianym żużlowcem w Grodzie Kopernika. Jako szesnastolatek, w swoim pierwszym sezonie zdobył aż sto ligowych punktów. Jeździł nieszablonowo, z młodzieńczą werwą, lecz atakował z głową, bardzo dojrzale jak na swój wiek. Po latach przyznał, że wielkie wrażenie zrobił na nim śmiertelny wypadek jego kolegi Grzegorza Kowszewicza podczas treningu jaki odbył się feralnego 2 września 1992 roku. Brylował w rozgrywkach Brązowego i Srebrnego Kasku. Wygrywał w parach jak i w drużynie ogólnopolskie rozgrywki młodzieżowe. Swą młodzieńczą dominację potwierdził dwukrotnie zostając MIMP.
Warto dodać, że "Bajer" do dnia dzisiejszego dzierży zaszczytny rekord najbardziej spektakularnego debiutu w lidze, bowiem rozpoczynając starty w toruńskim teamie, zgromadził na koniec sezonu okrągłe sto punktów, które jak dotąd nie zostało osiągnięte przez żadnego innego młodzieżowca polskiej ligi.
W roku 1996 kiedy Toruń walczył z Częstochową o tytuł DMP, "Bajer" dał z siebie wszystko, ale jego zdaniem inni zawodnicy nie stanęli na wysokości zadania i Tomek stwierdził, że albo odejdzie z klubu jeden z zawodników, albo odejdzie on. I tak po pięciu latach startów w Apatorze, postanawia zmienić klimat i od roku 1997 zdobywa punkty dla gorzowskiej Stali. Transfer "Bajera" do Gorzowa, należy również do kategorii rekordów. Oto bowiem w sezonie transferowym cena za ówczesnego MIMP, wynosiła 600.000 zł. W owym czasie Less Gondor prezes Stali wpłacił na konto Apatora żądaną kwotę i stał się tym samym posiadaczem karty zawodniczej Bajerskiego. Po latach w jednym z wywiadów tak oto wspomina tamto wydarzenie: "Odszedłem, bo rok wcześniej były duże niejasności co do intencji i sportowej postawy pewnych toruńskich zawodników w czasie finałowej rywalizacji z Częstochową. Powiedziałem wtedy, że nie będę z nimi jeździł w jednej drużynie. I takie były ustalenia – ja miałem zostać, oni odejść. Wyszło jednak inaczej, a toruński klub wystawił mnie na listę transferową. Początkowo mówiło się o kwocie miliona złotych, później 800 tysiącach, aż w końcu znalazło się przy moim nazwisku 600 tysięcy. W klubie uznali, że za taką kasę i tak mnie nikt nie kupi, ale to były czasy, gdy w Gorzowie pojawiła się firma Pergo i Les Gondor. Poszedłem w Toruniu do klubu i uprzedziłem, że jest na mnie chętny, a prezes Rogalski, z którym miałem zresztą bardzo dobre kontakty, powtórzył, że nikt mnie nie kupi za tyle pieniędzy. Podkreśliłem, że mówię poważnie, no i uwierzył dopiero, gdy zobaczył pieniądze. Przyznał, że prawie wtedy zemdlał. Po prostu był pewien, że się dogadamy, bo, de facto, mieliśmy wszystko dogadane. Problem był w tym, że pewni ludzie z klubu nie odeszli"
Toruńczyk  miał stanowić o sile gorzowian. I tak też było w pierwszym roku startów, kiedy to razem z Tonym Rickardssonem i Potrem Świstem praktycznie we trójką przechylali szalę zwycięstwa na stronę gorzowian w ostatnich dwóch biegach nominowanych wielu meczy. To trio było motorem napędowym drużyny, która zdobyła ostatni srebrny krążek DMP dla Gorzowa. Nie był to jednak dla Tomasza rok usłany różami, po meczu Apator – Pergo, gdy pierwszy raz przyjechał do Torunia jako zawodnik drużyny gości, ze łzami w oczach w parkingu wysłuchiwał po meczu gwizdów i nieprzychylnych mu okrzyków dobiegających z trybun. W Gorzowie cieszył się jednak sympatią kibiców, w szczególności fanek. Był na fali, lubiła go kamera, pełno było go w mediach. Cieszył się zaufaniem, był szanowany przez działaczy i sponsorów. Rok później zaczął sezon dużo gorzej, choć zdarzały mu się pojedyncze świetne występy, a majstersztykiem był finał MPPK w Gorzowie, który wspólnie z Krzysztofem Cegielskim wygrał w cuglach, nie znajdując pogromcy w całych zawodach. Po turnieju z rozbrajającym uśmiechem na ustach przyznał red. Izabeli Grzebiecie, że to pewnie dlatego, bo przed zawodami wypił pięć napoi energetyzujących. Czasem z rozrzewnieniem na stadionie im. Edwarda Jancarza wspominam te pamiętne zawody, choć doskonale pamiętam, że w lidze Bajerski nie mógł się odnaleźć do końca tamtego sezonu. Mało kto wie, ale właśnie wtedy "Bayer" przeżył makabryczny wypadek samochodowy, po którym bardzo długo dochodził do siebie. Ciągłe wizyty u chirurgów stomatologicznych przeszkadzały w powrocie do pełnej sprawności. Z grymasem bólu startował jednak dla Gorzowa i wspólnie z Rickardssonem, Paluchem czy Cegielskim utrzymał ekstraklasę nad Wartą. W 1999 roku wspólnie z ekipą "młodych wilków" jak mawiano wtedy na Pergo (w składzie Okoniewski, Cegielski, Jonsson, Poważny, Cieślewicz, Paluch i Bajerski) otarł się o podium DMP. Do formy z pierwszego sezonu w Gorzowie nie wrócił także w 2000 roku. Powielał te same błędy na torze i nie słuchał fachowców. Zmieniał silniki, mechaników, boleśnie upadał na treningach. Nie wyciągał wniosków, chyba na dobre przestał odpowiadać mu klimat Gorzowa, w którym zaczęło się wszystko psuć, brakowało kasy. Kontrakt miał sześcioletni, ale z możliwością odejścia po czterech sezonach. Zadzwonił wówcza trener Janek Ząbik i zapytał, czy by nie chciał wrócić. I wróci po sezonie 2000.

Powrót do Torunia okazał się na tyle skuteczny, że sięgnął on z Aniołami po tytuł mistrza ligi. Rok 2002 to powrót "Bajera" do formy sprzed lat. W lidze stanowi pewny punkt zespołu, a przy tym jako pierwszy torunianin uzyskał pełnoprawny awans do IMŚ GP. Wszyscy wróżyli zawodnikowi wielkie sukcesy w roku 2003, niestety po dobrej postawie w pierwszych turniejach GP, przyszedł kryzys i to na całej linii. Piętnaste miejsce miejsce w 22-osobowej stawce walczącej o IMŚ, dwukrotny awans do półfinału: w Aveście i Krsko, to był wówczas szczyt możliwości "Bajera", który po latach tak mówił o swojej walce o tytuł IMŚ: "Myślę, że ciut, ciut więcej można było dołożyć, ale naprawdę niedużo. Troszkę zostałem wtedy oszukany z silnikami, w których podmieniono głowice. Na początku sezonu korzystałem z usług jednego mechanika, potem oddałem sprzęt do innego, a gdy wróciłem do pierwszego, to powiedział, że to nie jego głowica. Że ktoś podmienił. Ale ogólnie było dobrze, może poza mniej stabilną końcówką. Walczyłem do końca i była jakaś szansę na otrzymanie dzikiej karty, ale to zawsze trudny temat. Ja skończyłem na miejscu 14.-15 (ex aequo z Bjarne Pedersenem), a kartę na kolejny sezon dostał 18 Mark Loram". Tak więc zawodnik wypadł z cyklu GP i nie wiodło mu się również w pozostałych rozgrywkach. Po zakończeniu sezonu, toruńscy działacze chcieli zrezygnować z jego usług, jednak zawodnik zapewniał, że w roku 2004 odbuduje się sportowo i będzie stanowił o sile zespołu. Na obietnicach się skończyło, bowiem 60 punktów w całych rozgrywkach ligowych chluby zawodnikowi tej klasy nie przyniosło.
Ostatecznie "Bajer" po sezonie 2004 wybrał się nad morze i zasilił szeregi beniaminka ekstraligi Wybrzeża Gdańsk. Dołączył tym samym do innych toruńskich wychowanków Kościechy i Chrzanowskiego, a kibice zastanawiali się na ile skuteczny będzie nadmorski team w połowie złożony z żużlowców kiedyś niechcianych w toruńskim klubie. Jak się później okazało toruński team nad morzem nie tylko nie punktował rywali, ale przyczynił się do spadku Wybrzeża do niższej ligi, a dla Bajerskiego w kolejnym sezonie zabrakło miejsca nad morzemi i wraz z nastaniem sezonu 2006 zawodnik podjął rękawicę GKM-u Grudziądz i wspólnie z innym toruńczykiem - Jackiem Krzyżaniakiem - podpisał kontrakt na starty z gołąbkiem na plastronie. Sezon na pierwszoligowych torach dla Bajerka również nie był udany, dlatego w następnym roku nie mogąc znaleźć zatrudnienia w żadnym polskim klubie, aby startować w lidze polskiej podpisuje kontrakt na "drugim froncie" i zdobywa punkty dla Daugavpilis przyczyniając się do awansu Łotyszy do wyższej klasy rozgrywkowej. 
Kolejny rok startów dla Bajerskiego to ponownie zdobywanie punktów w najniższej klasie rozgrywkowej. Tym razem jednak "Bajer" przywdziewa plastron Speedway Miskolc.
Podobnie jak przed rokiem jest podstawowym zawodnikiem drużyny i ponownie niemal przyczynił się do awansu zagranicznej drużyny w polskich rozgrywkach w poczet pierwszoligowców. Jednak działacze Miskolc z uwagi na brak finansów po zajęciu drugiego miejsca na zapleczu polskich lig żużlowych oddali walkowerem miecze barażowe z GTŻ Grudziądz, grzebiąc tym samym szanse na pierwszoligowy awans. Kolejny sezon to ponowna zmiana klimatu przez Bajerskiego, który trafia na podkarpacie. Jest jednak cieniem samego siebie i otrzymuje powołanie tylko na jeden mecz ligowy. Do upadku sportowego wielkiego przed laty talentu doszły kłopoty osobiste, które spowodowały, że zawodnik zupełnie zagubił życiową drogę.

Od sezonu 2006 na żużlowych torach poza ligą próżno było szukać nazwiska Bajerski w ogólnopolskich finałach, a ostatecznie zawodnik zjechał z toru. Nadal był jednak aktywny - wystąpił w filmie "Pierwsza prosta", startował w icespeedway’u, w wolnych chwilach z sukcesami grał w Toruńskiej Lidze Bowlingu. Poświęcił się też synowi i ukochanej żonie Patrycji, która jako sportowiec rozumiała go najlepiej na świecie, ale żużlowa Polska bez Tomasza na torze była mniej barwna i mimo wszystko uboższa...
Jako żużlowiec Tomasz Bajerski poznał uroki "czarnego sportu" jak mało kto. Był piekielnie utalentowany, otoczony przez sponsorów, media, uwielbiany przez kibiców, podnosił się po beznadziejnych meczach, odnosił sukcesy. Z drugiej strony widział śmierć kolegi na torze, dobitnie poznał co to znaczy, że trybuny są ci nieprzychylne, gdy w ostatnich latach zawodził działaczy i coraz mniej licznych wiernych fanów. Pod koniec kariery tułał się po torach żużlowych całego świata by zarobić i jeszcze raz poczuć adrenalinę, jaką odczuwa się gdy obojętnie gdzie i z kim wchodzi się ramię w ramię z rywalami w wiraż na pędzącym motorze bez hamulców.

Po dłuższej przerwie spowodowanej problemami osobistymi Tomek Bajerski z początkiem roku 2014 ponownie pojawił się na motocyklu podczas gali lodowej w Opolu i tak komentował swoją nieobecność: Zrobiłem złe rzeczy, ale poniosłem karę i chyba czas ten temat zamknąć. Wszystko się poukładało i jest w porządku. Było, minęło i żyjemy dalej. Każdemu coś podobnego mogło się przydarzyć.
Kiedy przebywałem w Stanach, jeździłem tam, choć bardziej dla przyjemności. Trenowałem na takich torach, jak Costa Mesa czy Las Vegas. Niestety, jako że są to owale bardzo krótkie, bo osiągają około 180 metrów, to dzieje się na nich niewiele i kibice nie czują takiej adrenaliny, jak choćby w Polsce. Amerykanie jeżdżą, ale dobrzy są głównie na własnym podwórku. Niełatwo wyrokować, czy znajdzie się wśród nich następca Grega Hancock
Na opolski turniej otrzymałem zaproszenie od Piotrów: Miedziejki i Żyto. Skontaktowaliśmy się telefonicznie. Zapytali mnie, czy nie chciałbym wziąć udziału, a ja odpowiedziałem, że nie ma problemu. Kondycyjnie wytrzymałem zawody dobrze, bo od kilku miesięcy regularnie trenuję i utrzymuję formę fizyczną. Troszeczkę jeździłem w Stanach, a ostatnio na stawach u rodziców. Najważniejszy był jednak charytatywny cel. Przybyliśmy tu z kolegami z teamu Holdera, moim tatą i dziewczyną przede wszystkim po to, by pomóc chorym dzieciom. No i wszyscy dowiedzieli się, że jestem i wróciłem z wakacji.
Generalnie rok 2014 był dla Tomka przełomowy. Po uporaniu się z prywatnymi - życiowymi przygodami, znalazł swoje miejsce jako ekspert w transmisjach telewizyjnych pierwszej ligi żużlowej. I trzeba obiektywnie przyznać, że przy wielu ekspertach od lat zasiadających przed kamerami TV, toruński wychowanek radził sobie doskonale. Doświadczenie wyniesione z toru pozwalało mu bardzo profesjonalnie i analitycznie podchodzić do wydarzeń na torze i opowiadać kibicom z punktu widzenia zawodnika o różnych sytuacjach w trakcie biegu. Co ciekawe Tomek w przeciwieństwie do wielu innych komentatorów przed kamerą nie bawił się w dyplomację, jeśli coś było białe to dla byłego zawodnika było białe, jeśli czarne to czarnym niezmiennie pozostawało. Dla kibiców w komentarzu byłego uczestnika Grand Prix ważne było również to, że nie opowiadał o tym co wszyscy widzieli na torze, ale w jego komentarzu można było usłyszeć, dlaczego tak się stało i co zawodnik powinien zrobić, żeby do pewnych sytuacji nie dochodziło, albo co zawodnik zrobił, że akurat tak a nie inaczej udało mu się pojechać w danej chwili. Nic więc dziwnego, że Tomek Bajerski zagościł na dłużej w roli eksperta, a jego koledzy po fachu powinni słuchać co Bajer miał do powiedzenia.
Jednak w roku 2017 były świetnie zapowiadający się żużlowiec postanowił spróbować sił w nowej roli i został szkoleniowcem PSŻ Poznań, który po raz kolejny próbował zagościć na żużlowej mapie Polski. Co ciekawe przy poprzedniej reaktywacji żużla na Golęcinie, drużynę prowadził inny toruński wychowanek, a był nim Mirosław Kowalik, który w roku 2017 miał prowadzić drużynę z Gdańska i właśnie Mirek zarekomendował Tomka poznańskim działaczom, a "Bajer" tak komentował swój pierwszy trenerski angaż: "To żadna tajemnica, że na co dzień koleguję się z Mirkiem. Kiedy rozmawialiśmy, spytał czy chciałbym spróbować w Poznaniu. Wspomniał, że może porozmawiać o tym z prezesem. O trenerce myślałem znacznie wcześniej i dlatego kiedyś zrobiłem uprawnienia razem ze wspomnianym Mirkiem Kowalikiem, Robertem Kempińskim czy Andrzejem Huszczą. Nie trzymałem tego zresztą specjalnie w tajemnicy. Wspomniałem, że mam papiery podczas transmisji telewizyjnych. Mówiłem nawet, że czekam na oferty, ale większość chyba myślała, że sobie żartuję. Teraz pojawiła się szansa. Dostałem telefon i szybko się dogadaliśmy, bo niemal we wszystkich kwestiach się ze sobą od razu zgadzaliśmy. Miałem też wpływ na to jaki skład pojawi się w Poznaniu, bowiem okazało się, że mam podobną koncepcję składu jak Prezes. Niektórzy twierdzą, że mamy ludzi po słabych sezonach, ale nie należy wszystkiego oceniać z tej perspektywy. Czasami trzeba poszukać przyczyn. Są tacy, którym warto dać szansę. Jestem przekonany, że przy dobrej atmosferze wielu zawodników może się u nas odbudować. Myślę, że nasz zespół stać na fazę play-off. Będziemy bazować głównie na atucie własnego toru. Na wyjazdach będzie trudno, ale jeśli jeden czy drugi jeździec nam odpali, to kto wie. Wtedy możemy dać się rywalom we znaki także na ich torach. Co z tego wyjdzie. Nie wiem. Czas pokaże, jaki będzie mój styl prowadzenia zespołu. Podczas meczów i treningów chcę być wymagający. Zamierzam jednak być w tym wszystkim również człowiekiem i kolegą. Najważniejsze, to znaleźć złoty środek. Zawodnicy powinni czuć, że jestem za nimi i mogę im pomóc".

Z biegiem czasu okazało się, że Tomasz Bajerski był na tyle skuteczny, że swoimi decyzjami w prowadzeniu drużyny, walczył ze "Skorpionami" o status pierwszoligowaca i sztuka ta prawie udała się w roku 2019. Dodatkowo doświadczeniem wyniesionym z toru żużlowego, był skutecznym inicjatorem rozwoju młodych perspektywicznych podopiecznych. Nie zapomniał jednak o Toruniu i pojawiał się również podczas ważnych wydarzeń żużlowych w mieście Kopernika,  jak choćby podczas odsłonięcia "żużlowej Katarzynki" toruńskich Aniołów przed dworem Artusa w roku 2019 czy podczas retro derbów 2019, organizowanych przez Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji w Toruniu, Stal Toruń oraz Bohaterów Czarnego Gryfa.

Ta toruńska miłość została zwieńczona powrotem do Torunia na stałe w roli szkoleniowca w roku 2020. "Bajer" podjął się wyzwania w trudnym dla klubu momencie, bowiem objął fotel trenerski, gdy drużyna Aniołów po raz pierwszy w historii doznała goryczy spadku z najwyższej ligi żużlowej. Nie miała juniorów. A opinia o toruńskim klubie delikatnie mówiąc nie była najlepsza wśród dziennikarzy i zawodników. Niestety klub nie ułatwiał nowemu trenerowi zadania w zakresie odbudowy wizerunku, bo i tym razem nie obyło się bez małego zamieszania związanego z powrotem Tomka do macierzy. Oto bowiem właściciel toruńskiego klubu, swoistego rodzaju transfer ogłosił w tracie sezonu, co nie spodobało się i słusznie, prezesowi poznańskiego klubu Arkowi Ładzińskiemu, który tak komentował całą sytuację: "Słyszę, że w Toruniu ma być ten trener i tacy zawodnicy. Już wiele razy takie rzeczy słyszałem i wcale tak nie było. Media o tym piszą, bo jest to ciekawy temat. Nie dziwię się panu Termińskiemu, bo bardzo słabo zaprezentowała się jego drużyna w tym sezonie. Szkoda tylko, że chusteczką, którą ociera łzy jest Poznań. To bardzo przykre. Według mnie trzeba wziąć na klatę porażkę, a nie poprzez wielkie plany próbować zatrzeć obraz. Dla mnie to co robi Termiński to brak klasy sportowej. Jeżeli mam jakieś plany, co do zawodnika lub trenera to nie mówię o tym głośno. W biznesie mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Dziwię się, że właściciel klubu, senator i ważna postać w Toruniu w ten sposób się wypowiada. A wypowiadanie się na ten temat, kiedy trwa sezon jest nie fair. Rozumiem, że w Toruniu chcą pokazać, że mają plany, ale jestem tym jednocześnie zniesmaczony. Boję się otworzyć lodówkę, bo co chwilę wyskakuje tam Bajerski. Bardzo fajnie, że mamy takiego trenera, którym się interesują, ale tak się nie robi w trakcie sezonu".
Bajer jednak nie przejmował się tymi komentarzami, bowiem był to problem działaczy i skupiał się na organizowaniu i przygotowywaniu wszystkiego pod zimową pracę z nowym zespołem zapowiadając, że treningi ogólnorozwojowe będą dotyczyły wszystkich, również trenera. Swoją opinię na temat nowego trenerskiego rozdania wyjawił również najlepszy w historii toruńskiego klubu zawodnik, Wojciech Żabiałowicz: "Tomek ma nadzieję budować według swojej wizji. On wie, że juniorzy, których chce pozyskać, są bardziej obiecujący niż ci, których ma obecnie klub. Wie też, że oni w większym stopniu mogą zagwarantować wynik. Nie wiem, jak to się skończy, ale jeśli Tomasz nie ma przekonania do Kopća-Sobczyńskiego, czy innego zawodnika, to nie zmuszajmy go do współpracy z tym zawodnikiem. Poza wszystkim klub powinien dać Tomkowi pewną swobodę, bo on naprawdę wiele ryzykuje. Jak nie wyjdzie, to na jego głowę spadnie ogromna fala krytyki".

W sezonie Bajerski wprowadził do drużyny spokój i fachowość. Zawodnicy darzyli go należnym szacunkiem i przyjmowali ze zrozumieniem decyzje byłego stałego uczestnika GP. Trzeba jednak obiektywnie przyznać, że trener już na starcie jasno komunikował swoje plany i założenia, które w trakcie sezonu konsekwentnie realizował. Potrafił też w trakcie sezonu we właściwy sposób reagować na choćby najmniejsze zarzewia nieporozumień. Wszystko załatwiał w kuluarach parkingowej szatni, dlatego na drużyna stała się monolitem, który nie miał sobie równych w pierwszoligowych rozgrywkach.
Drużyna którą prowadził była jednak tak mocna i do tego stopnia zdominowała rozgrywki, że coach nie miał zbyt wiele pracy w trakcie meczów. Dość napisać, że tylko w dwóch meczach trener musiał żonglować rezerwami taktycznymi lub zastępstwami zawodnika, ale była to żonglera przemyślana i trafna w swych decyzjach. Zatem również na kanwie podejmowania trudnych decyzji pod presją wyniki Bajerski udowodnił, że wie na czym polega żużel. Ponadto sezon 2020 był pierwszy od wielu lat w którym zawodnicy nie narzekali na toruńską nawierzchnię i na pewno była w tym spora zasługa trenera.

Czy "Bajer" będzie równie skuteczny ze swoją drużyną na arenach ekstraligowych.
Z odpowiedzią na to pytanie należy poczekać przynajmniej do zakończenia sezonu 2021.

W trakcie kariery zawodnik poza ligą polską "Bajer" startował m.in. w klubach:
   
Brovst, Fjelsted, Holsted, Holstebro
        Vastervick, Mailla, Motala,
            Kings Lyn, Peterborough
                Wostok, Saławat
                    Liepzig, Olching
                        Slany Mseno
                            Miszkolc

Osiągnięcia

DMP

1992/3; 1993/3; 1994/3; 1995/2; 1996/2; 2000/3;  2001/1; 2003/2

MDMP

1992/1; 1993/2
DPP 1993/1; 1995/4; 1996/1
IMP 1993/7; 1995/11; 1996/11; 1999/11; 2001/16; 2002/7; 2003/6
MIMP 1992/7; 1993/1; 1994/7; 1995/8; 1996/1
MPPK 1995/3; 1996/3; 1997/3; 1998/1; 2002/2
MMPPK 1992/1; 1993/1; 1994/3; 1995/3; 1996/6
BK 1993/2; 1994/4
SK 1992/2; 1994/5; 1995/13; 1996/10
ZK 1994/13; 1995/2; 1996/7; 1997/2; 2001/4; 2002/9; 2003/16
IMŚ GP 2003/15
IMŚJ 1992/11; 19937; 1994/5
DMŚ 2003/4
KPE 2002 (rep. klub z Torunia) /3; 2003/(rep. klub Hajdu Volan Debreczyn) /2

Wyniki ligowe zawodnika w barwach toruńskich
Sezon mecze biegi punkty bonusy Średnia
biegowa
Miejsce w
ligowym rankingu
1992 18 75 100 24 1,653 49
1993 17 74 115 16 1,770 34
1994 13 61 101 6 1,754 ?
1995 17 84 162 18 2,143 15
1996 22 113 240 19 2,292 13
2001 18 89 149 17 1,865 20
2002 20 97 190 18 2,144 10
2003 18 72 108 24 1,833 21
2004 17 62 60 13 1,177 43

W biografii zawodnika wykorzystano fragmenty artykułu
jaki ukazał się w portalu www.sportowefakty.pl

retro derby 2019 

Zdjęcia zostało nabyte
na stadionowym stoisku z pamiątkami

strona główna

toruńskie turnieje turnieje światowe turnieje krajowe
zawodnicy trenerzy mechanicy działacze
klub statystyki sprzęt