Kontrakty 2015
Przygotowania do sezonu
Liga seniorów
Liga juniorów
Rozgrywki pozaligowe
Wyniki
Kadra 2015
Tabela sezonu 2015

Statystyka i Regulaminy

Toruń - miniżużel


autorem zdjęcia jest
Sławomir Kowalski

Kapitan Lider zespołu Anielskie debiuty

Kontrakty 2015góra strony


Po tym jak władze żużlowe ostro zainteresowały się klubowymi finansami, wielu prezesów przed sezonem 2015 liczyło na wprowadzenie zmian regulaminowych mających pomóc w regulacji klubowych finansów. Prezesi liczyli głównie na wprowadzenie Kalkulowanej Średniej Meczowej. Jednak przewodniczący Rady Nadzorczej Speedway Ekstraligi i prezes Polskiego Związku Motorowego Andrzej Witkowski, rozwiał niemal natychmiast te nadzieje: "Nie mam, co do tego wątpliwości, że Rada Nadzorcza Speedway Ekstraligi nie zdecyduje się na wprowadzenie poważniejszych zmian regulaminowych. Przyjęliśmy dwa lata temu zasadę, że wprowadzone przepisy mają obowiązywać przez trzy sezony i tego się trzymamy".
Zwolennicy KSM czuli się zawiedzeni, ale decyzja była jak najbardziej słuszna, bowiem KSM nie był lekiem na całe zło panujące w finansach klubowych, a bezmyślność działaczy i brak opamiętania wśród zawodników. Dlatego zasadne było przestrzeganie wcześniej ustalonych reguł, a jednocześnie twarde przyglądanie się klubowym finansom i choć drastyczne, ale słuszne odbieranie licencji klubom, które nie potrafiły spełnić przedsezonowych obietnic składanych swoim kontrahentom. I właśnie przed sezonem AD 2015 wystąpiła sytuacja bez precedensu, bowiem Polski Związek Motorowy poinformował o wygaśnięciu licencji Wybrzeża Gdańsk i Włókniarza Częstochowa, zawodnicy obu klubów stracili przynależność, co w praktyce oznaczało, że w każdej chwili żużlowcy mogli zmienić pracodawcę. Sytuacja ta spowodowała, że niemal natychmiast wszystkie kluby ruszyły na "kontraktowe łowy" nad morze i pod Jasną Górę. Również klub z Torunia skorzystał z regulaminowych możliwości i rozpoczął negocjacje z zawodnikami zatrudnionymi przez nieuczciwe kluby.

W tle rozmów o kontraktach wielu kibiców i działaczy zawodników, a także media w tym toruński dziennik "Nowości", za sprawą redaktora Piotra Bednarczyka zadawało pytanie w jakim kierunku podąża polski sport żużlowy? Można powiedzieć, że niemal do samego startu rozgrywek toczyła się batalia o skompletowanie drużyn we wszystkich klasach rozgrywkowych. Oprócz wspomnianych zespołów z Gdańska i Częstochowy długo ważyły się losy drużyny z Rzeszowa, która miała wystartować w Ekstralidze. "Żurawie" wywalczyły awans do elity, ale ich strat w rozgrywkach stał pod znakiem zapytania, bowiem zdegustowana tym, co się dzieje w polskim żużlu właścicielka klubu Marta Półtorak wycofała się ze sponsorowania speedwaya. Ostatecznie klub wsparło miasto i inni sponsorzy. O dużych kłopotach finansowych zaczęto też mówić w Tarnowie, ale również w tym przypadku klub został wzmocniony przez miejską kasę. Jednak nadal w Ekstralidze po degradacji klubu spod Jasnej Góry pozostawało wolne miejsce, które zaproponowano GKM-owi Grudziądz. Klub któremu podwaliny dała toruńska Stal-Apator choć mierzył zamiary na siły finansowe i nie zbudował "dream teamu", to zaskoczył wszystkich kontraktem z Tomaszem Gollobem. "Gołębie" zaryzykował sporo, bo dyspozycja najlepszego w historii polskiego żużlowca była jednym wielkim znakiem zapytania. Z drugiej strony trzeba było przyznać, że mógł to być strzał w dziesiątkę, bo bydgoszczanin w dobrej formie mógł być nie tylko być liderem, ale też i magnesem dla kibiców i sponsorów, którzy mogli wzmocnić budżet beniaminka.
Niestety sytuacja w niższych ligach wyglądała znacznie gorzej. W Nice Polskiej Lidze Żużlowej, czyli zapleczu ekstraklasy, miało wystartować siedem, a nie osiem zespołów, a były to: Gniezna, Bydgoszcz, Łódź, Kraków, Ostrów, Rybnik i łotewski Daugavpils. Niestety nie wszystkie zespoły mogły poszczycić się brakiem problemów finansowych. Np. Start Gniezno walczył z zadłużeniem, z roku 2013 kiedy to startował w ekstralidze. jednak w przeciwieństwie do ekip z Gdańska i Częstochowy spłata długów przebiegała według ustalonego harmonogramu i klub wychodził na prostą. Zupełnym przeciwieństwem klubu z pierwszej stolicy Polski była Polonia Bydgoszcz, której działacze walczyli nie tylko z długami powstałymi w poprzednich latach, ale również z miejskimi radnymi i prezydentem. Działacze zwrócili się z dramatycznym apelem do radnych miejskich o dodatkową dotację 1,5 miliona złotych, bo tyle potrzebowali na spłacenie części długów wobec zawodników, Anglików z BSI (za organizację Drużynowego Pucharu Świata) oraz różnych instytucji i firm. Radni patrzyli jednak na ten pomysł sceptycznie, a to oznaczało, że "Gryfy" mogły zacząć zmagania od najniższej klasy rozgrywkowej. Na szczęście pozostałe pierwszoligowe ekipy mimo niezbyt dużych środków finansowych radziły sobie całkiem nieźle, a w najlepszej sytuacji wydawały się być drużyny z Ostrowa oraz Łodzi.
Problemy Ekstraligi i jej zaplecza były jednak niczym w porównaniu z tym, co działo się w II lidze. Za sprawą zdegradowanych zespołów Włókniarza i Wybrzeża, które nie mogły znaleźć recepty na zawarcie porozumienia z zawodnikami i Polskim Związkiem Motorowym II liga miała liczyć tylko cztery zespoły. Rozważano wiele opcji od połączenia I i II ligi, poprzez zgłoszenie do rozgrywek drużyny PZM rywalizującej na torze w Poznaniu, po terminarz, w którym drugoligowcy mieli rywalizować ze każdy z każdym czterokrotnie (dwa mecze u siebie i dwa na wyjeździe z każdym z rywali). Do samego końca jednak wszyscy starali się pomóc zawrzeć porozumienia, i uruchomić ponowny proces licencyjny dla Częstochowy i Gdańska.
Wszystkie rozważane opcje miały swoich zwolenników i przeciwników. Wszyscy jednak byli zgodni, że kiedyś trzeba było zrobić odważny krok, by działacze, którzy nie wywiązywali się z zobowiązań, nie czuli się bezkarni. Niestety degrengolada niektórych klubów kumulowała się w ostatnich latach, a gwoździem do przysłowiowej trumny, było wprowadzenie licencji nadzorowanych, których zasady nie zostały do końca zrozumiane przez wszystkie kluby. Spory wpływ sytuację żużla u progu sezonu AD 2015, miała też reorganizacja rozgrywek ekstraligi i zmniejszenie drużyn z 10 do ośmiu zespołów. Widomym bowiem było, że te trzy drużyny, które spadły po sezonie 2013, będą miały dramatyczną sytuację i to się potwierdziło, a najbardziej odczuli to bydgoszczanie i gnieźnianie. Największa jednak "zasługa" w tym co działo się w klubach leżała po stronie działaczy klubowych, których ponosiła fantazja i nie potrafili dopasować oczekiwań do możliwości. Błędy popełniły też żużlowe władze, które powinny kreować rozwój dyscypliny, a niestety na tym polu panował marazm i stagnacja, bowiem wszystkie dotychczasowe decyzje były kosmetycznymi zmianami, które nie mogły pchnąć całej dyscypliny do przodu. Nic więc dziwnego, że żużel nad Wisłą zamiast się rozwijać, popadł w regres.

Trudna sytuacja nie przeszkodziła jednak klubom prowadzić "cichych rozmów" transferowych, bowiem w większości przypadków prezesi klubów Ekstraligi czekali z poważniejszymi ruchami transferowymi, gdyż przesunięto okienko transferowe. Wcześniej zakładano, ze kontrakty będzie można zawierać w terminie od 2 listopada do 15 grudnia. Jednak z uwagi na zawirowania licencyjne i brak jasnej sytuacji co do liczby drużyn w Ekstralidze, żużlowe władze zdecydowały o przesunięciu terminu transferowego na okres od 19 grudnia do 31 stycznia, o czym poinformowano w stosownym komunikacie:
Komunikat GKSŻ:
Główna Komisja Sportu Żużlowego informuje, że w wyniku prowadzonych wspólnie z Ekstraligą Żużlową Sp z o.o. prac nad Regulaminem Przynależności Klubowej na rok 2015, podjęła decyzję o zmianie art. 213 ust 1 Regulaminu Przynależności Klubowej na rok 2015.
Treść obowiązująca do dnia 31.10.2014:
    Art. 213.
        1. Z wyjątkiem przypadków, o których mowa w art. 215, zawodnicy są zgłaszani w terminach:
            1) 2 listopada - 15 grudnia,
            2) 15 maja - 31 maja,
            3) 15 lipca - 31 lipca
            4) 1 września - 15 września.
Treść obowiązująca od dnia 01.11.2014:
    Art. 213.
        1. Z wyjątkiem przypadków, o których mowa w art. 215, zawodnicy są zgłaszani w terminach:
            1) 19 grudnia - 31 stycznia,
            2) 15 maja - 31 maja,
            3) 15 lipca - 31 lipca
            4) 1 września - 15 września.
Zmiana ta zostaje wprowadzona w celu zsynchronizowania zapisów Regulaminu Przynależności Klubowej i Regulamin Przyznawania, odmowy przyznania i pozbawiania licencji uprawniającej do udziału we współzawodnictwie sportowym w sporcie żużlowym dla klubów Ekstraligi, I i II ligi żużlowej.

Sezon zimowy miał też pozytywne chwile. Oto bowiem sponsorem tytularnym Ekstraligi Żużlowej została Polska Grupa Energetyczna. Na mocy umowy, która została zawarta we wtorek 24 lutego 2015 r. pomiędzy PGE Polską Grupą Energetyczną i Ekstraligą Żużlową sp. z o. o., największa grupa energetyczna w Polsce została sponsorem tytularnym ligi do 2017 roku. PGE Polska Grupa Energetyczna od wielu lat aktywnie włączała się w sponsoring najważniejszych wydarzeń sportowych w Polsce. Wspierała również wiele klubów sportowych wśród których wymienić można m.in. PGE Skrę Bełchatów, PGE GKS Bełchatów, PGE Turów Zgorzelec czy PGE Atom Trefl Sopot. PGE sponsorowała również sportowców indywidualnych – windsurferkę Zofię Noceti-Klepacką i kitesurfera Viktora Borsuka.
Nowy duży i prestiżowy sponsor, miał gwarantować Ekstralidze Żużlowej stabilizację i był dowodem na to, że zainteresowanie żużlem ze strony wielkich marek jest możliwe. Oprócz nowego sponsora Ekstraligę Żużlową w sezonie AD 2015 wpierały:

Warto w tym miejscu dodać, że w 2015 roku:
Najstarszy polski zawodnik Ekstraligi, który został zgłoszony do rozgrywek, był Tomasz Gollob z GKM-u Grudziądz (ur. 11.04.1971 r.).
Z kolei najmłodszym zawodnikiem zgłoszonym do rywalizacji przed pierwszą kolejką był Dominik Kubera z Unii Leszno (ur. 15.04.1999 r.).
Najstarszym zawodnikiem całej Ekstraligi był Amerykanin Greg Hancock (ur. 03.06.1970 r.).
8 klubów PGE Ekstraligi zgłosiło do sezonu 2015 90 zawodników. Najszerszą kadrę miał KS Toruń (14 żużlowców), a najmniej liczną był Sparta Wrocław (9).
W najlepszej żużlowej lidze świata przed pierwszą kolejką w lidze mogło wystartować 28 obcokrajowców.
Spośród 8 rekordzistów torów dokładnie połowę ustanowili Polacy.
Całkowita długość torów wszystkich klubów Ekstraligi wynosiła 2833,50 metry. Ta liczba była bardzo zbliżona do długości drogi startowej nr 1 na warszawskim lotnisku Fryderyka Chopina (2800 metrów).
Pojemność stadionów Ekstraligi wynosiła 124.071 widzów. To prawie dokładnie tyle, ile w 1963 roku oglądało (jednorazowo) piłkarski mecz 1/16 Pucharu Europy, w którym na Stadionie Śląskim w Chorzowie Górnik Zabrze zmierzył się z Austrią Wiedeń.
Rekordzistą pod względem liczby punktów zdobytych w całej historii Ekstraligi był jej nestor - Tomasz Gollob. Wychowanek Polonii Bydgoszcz zdobył łącznie 5842 punkty.
W rywalizacji drużynowej na czele znajdowała się Unia Leszno, która miała w puli 1131 punktów.
Uprawnionymi przed sezonem do sędziowania meczów Ekstraligi było 19 arbitrów. Ponadto swoje funkcje w rozgrywkach mogło sprawować 13 komisarzy torów i 6 stażystów.

W Toruniu nieco w cieniu regulaminowych ustaleń na szczeblu centralnym, budowano podwaliny pod nowy klub. Skończyła się bowiem ośmioletnia era Unibaxu, w której mimo, że w klubie nie brakowało niczego poza atmosferą, zespół Aniołów zdołał wywalczyć tylko jeden złoty medal Drużynowych Mistrzostw Polski. Roman Karkosik pozostawił jednak klub stabilny, bez wielkich sukcesów, ale na pewno stabilny pod względem finansowo-organizacyjnym. Dlatego KS Toruń po przejęciu z dniem 1 listopada 2014 przez Przemysława Termińskiego nie posiadał, żadnego zadłużenia, a dodatkowo nowi włodarze zatrudnili do współpracy fachowców na najwyższej półki, którzy byli gwarantem wypłacalności i wysokiej jakości współpracy pomiędzy zawodnikami i klubem.
Sprawy sportowe wziął w swoje Jacek Gajewski, który był odpowiedzialny też za budowę składu na kolejny sezon. Toruński menadżer tak komentował swój powrót na MotoArenę: Po czterech latach przerwy wracam do toruńskiego żużla w roli menedżera. Miałem wcześniej propozycje z innych klubów, ale odmawiałem. Teraz, kiedy otrzymałem ofertę, długo się nie zastanawiałem. Wiele się w żużlu przez te cztery lata się nie zmieniło. Inny jest regulamin, który trochę przytył i w pewne rzeczy musiałem się bardziej wgryźć. Kontakt z żużlem jednak cały czas miałem i uważam, że to całkiem niezły. Do rewolucji nie doszło, a ja nie wypadłem z obiegu. Przed startem ligi muszę doczytać jedynie niektóre niuanse regulaminowe, ale to nie będzie stanowić większego problemu. Najważniejsze dla nas jest teraz zbudowanie składu. Ważne kontrakty z klubem mają juniorzy Paweł Przedpełski i Oskar Fajfer. Jesteśmy też dogadani z Miedzińskim i w najbliższych dniach podpiszemy z nim umowę. W tym zespole nie jest potrzebna rewolucja. Ta drużyna przy drobnej korekcie może jechać bardzo dobrze i walczyć o medale. Oczywiście, wiele zależy od szczęścia, co najlepiej pokazują wydarzenia z końcówki tego sezonu. Kolejna sprawa to oczekiwania finansowe zawodników. Budżet będzie determinować skład. Znam jednak większość żużlowców, których chce mieć, bardzo dobrze. Uważam, że możemy dojść do porozumienia w kwestiach finansowych. Jeśli tak się nie stanie, to zmian może być nieco więcej. Najpierw chcę się jednak skupić na utrzymaniu trzonu tegorocznej ekipy. W ciągu tygodnia chcę mieć kolejne przedłużone kontrakty. Zależy nam bardzo na zatrzymaniu Emila Sajfutdinowa i Chrisa Holdera. Do uzupełnienia składu brakuje dwóch zawodników. Najwięcej problemów możemy mieć z Darcy Wardem, który cały czas jest zawieszony za obecność alkoholu we krwi przed zawodami Grand Prix na Łotwie. Wciąż nie wiadomo, jaka będzie decyzja w jego sprawie, ale wszystko wskazuje na to, że przynajmniej początek sezonu będzie dla Warda stracony.
Mamy przygotowane różne plany. Także ten awaryjny. Nie będziemy czekali na decyzję w sprawie Darcy'ego w nieskończoność. Dajemy sobie dwa, trzy tygodnie. Później musimy już działać bardziej zdecydowanie. Nie możemy sobie pozwolić na to, aby potem zostać z niczym. Nasze poszukiwania wyznacza budżet, który pozwala wierzyć, że zbudujemy silny skład. Trzeba to wszystko szybko zestawić z oczekiwaniami zawodników. Nie jesteśmy klubem zadłużonym. Nowy właściciel też prezentuje podejście, które gwarantuje stabilność finansową. W projekt zaangażowała się też grupa poważnych ludzi. Toruń pozostanie stabilnym ośrodkiem i nie będzie tu żadnych problemów. To, co zostanie podpisane, będzie realizowane. Negocjacje mogą być trudne, ale będziemy obracać się wokół realnych pieniędzy. Chcemy wydawać to, co mamy, a nie to, co zamierzamy mieć.

Po tych słowach działacze w zaciszu gabinetowych ścian analizowali oferty złożone zawodnikom i przez zawodników. W okresie transferowym okazało się, że wielu jeźdźców chciałoby ścigać się z Aniołem na piersi, ale działacze potrzebowali zgodnie z zapowiedzią Gajewskiego tylko dwóch seniorów. Wiadomym jednak było, że wśród poszukiwanych zawodników musiał być jeden Polak, bowiem nowe władze nie widziały w składzie Aniołów, polskiego multimedalisty Tomasza Golloba, który po słabym sezonie i odejściu Romana Karkosika nie miał zbyt wysokich notowań wśród kibiców i nowych właścicieli. Kandydatów, którzy mieli zastąpić Golloba było kilku. Polski multimedalista tak wspominał toruński epizod w swojej karierze "Ostatnie dwa lata spędziłem w Toruniu, z czego byłem bardzo zadowolony. To była niesamowita rzecz jeździć na tak pięknym stadionie. Myślę, że każdy żużlowiec chciałby jeździć w tamtejszym klubie. Ja miałem taką okazję, co mnie bardzo cieszy, a sytuacja, jaka się tam wytworzyła sprawiła, że odszedłem wraz z właścicielem klubu, panem Romanem Karkosikiem. Bardzo miło wspominam ten czas, dziękuję wszystkim za dobrą współpracę, za to, co udało się zrobić przez te dwa lata. A teraz, ta praca będzie wykonywana dla ekipy z Grudziądza".
Początkowo faworytem Gajewskiego do zastąpienia Golloba był bydgoszczanin Szymon Woźniak, jednak przywiązanie do macierzystego klubu oraz cena, jaką należało zapłacić za ewentualny transfer spowodowały, że szukano innego rozwiązania. Warto również podkreślić, że nowy menedżer raczej nie był zainteresowany kontraktowaniem większej liczby Polaków na wypadek kontuzji. Gdyby doszło do urazów, to menadżer miał w planie uzupełniać skład juniorami - Oskarem Fajferem i Pawłem Przedpełskim.
W klubie mocno stawiano też na szkółkę, w której ilość miała przejść w jakość, bowiem za czasów Unibax, wychowanków była cała masa, ale solidnym jeźdźcem został tak naprawdę tylko Paweł Przedpełski. Dlatego stworzono nowy system szkolenia i selekcji zawodników w ramach, którego konsekwencja i cierpliwości determinowały poczynania młodych zawodników. W żużlowej szkółce nikt jednak nadal nie miał prawa narzekać na warunki stworzone do uprawiania speedwaya, bowiem klub zapewniał nadal sprzęt, zaplecze czy opiekę mechaników. Klub stwarzał, zatem możliwości uprawiania żużla dla każdego, ale miał inwestować tylko w tych, w których warto było inwestować.

Wracając jednak do budowania pierwszej drużyny, założenia Jacka Gajewskiego zaczęły się "sypać" już w listopadzie. Oto, bowiem klub miał spory problem w porozumieniu się ze swoim najskuteczniejszym jeźdźcem minionego sezonu - Emilem Sajfutdinowem. Rosjanim oczekiwał znacznie wyższej gaży niż klub był w stanie zapłacić, ale sztywna dyscyplina finansowa nie pozwalała działaczom, żyć ponad stan i w okresie transferowym nie zamierzano przepłacać żadnego zawodnika. W Grodzie Kopernika nikt nie miał, bowiem takich pieniędzy na kontrakty jak w czasach, kiedy właścicielem klubu był Roman Karkosik. I działacze nie zamierzali ustąpić nawet pod naciskiem Rosjanina, który chciał zarobić w roku 2015 pieniądze podobne do tych, które zainkasował za sezon 2014. Dla nowego właściciela ta propozycja była jednak nierealna i zaczęto rozglądać się za sponsorem, który sfinansowałby indywidualny kontrakt Baszkira. Niestety Emil nie chciał czekać na rozwój wydarzeń i zaczął szukać nowego pracodawcy. W tej sytuacji dalsze rozmowy pomiędzy stronami się nie kleiły, a zawodnik ostatecznie podpisał dwuletni kontrakt w Lesznie. Oto jak negocjacje z zawodnikiem, komentował toruński menadżer: "Podjęliśmy rozmowy z Emilem. Oczekiwania zawodnika i jego menedżera Tomasza Suskiewicza były zbyt duże w stosunku do tego, co my jako klub mogliśmy zaproponować. Ludzie, którzy działają w Toruniu, podjęli działania, żeby Emil otrzymał wsparcie ze strony indywidualnych sponsorów. W piątek doszło do spotkania takiej grupy, która deklarowała chęć pomocy, ale trzy godziny wcześniej dostałem telefon od menedżera żużlowca, że nie są już wcale zainteresowani startami w Toruniu. Usłyszałem, że sytuacja w naszym klubie jest niepewna, a oni nie mogą dłużej zwlekać. Kolejna tura rozmów nie została zatem podjęta. Sajfutdinowa z listy zawodników, którzy mogą startować w naszym klubie, można już wykreślić. A szkoda, bo mieliśmy gotową nową propozycję, ale zawodnik nie chciał już jej wysłuchać. Emil i jego menedżer wiedzieli o działaniach, które podejmujemy. Nie dali nam jednak szansy."
W zaistniałem sytuacji torunianie musieli uruchomić plan B i szukać zastępcy dla Emila. Jednym z kandydatów był Martin Vaculik, który po tym jak z Tarnowa wycofał się jeden ze sponsorów strategicznych, prowadził także zaawansowane rozmowy w Rzeszowie. Szefowa klubu Marta Półtorak zapowiadała jednak, że wycofa się ze sponsorowania klubu i to sprawiłoby, że zawodnicy, z którymi osiągnęła porozumienie, mogliby wrócić do rozmów z innymi zespołami. Ten fakt chcieli wykorzystać torunianie, którzy rzeczywiście zainteresowali się Słowakiem.
Rozważano również opcję Grega Hancocka, choć jego oczekiwania finansowe były nie niższe niż Sajfutdinowa. Działacze z ul. Pera Jonsona nie chcieli jednak zdradzać nazwisk potencjalnych kandydatów do Anielskiego składu, a Gajewski tajemniczo oznajmił, że chce zamknąć budowanie składu jeszcze przed otwarciem okienka transferowego: "Plan B już mamy. Zobaczymy, może nawet dość szybko to wszystko się ułoży. Nie będę mówić o nazwiskach, nic potwierdzać ani zaprzeczać. Sytuacja z Emilem pokazuje, że można mieć dobre chęci, podejmować dodatkowe działania, a czasami później zostać bardzo mocno zaskoczonym. Uważam jednak, że jeśli w życie wejdą sprawy, które ustaliliśmy przez ostatnie dni, to może w tym tygodniu będziemy mieć już zespół. Pamiętajmy jednak o tym, że zawodnicy z zewnątrz umowy mogą podpisywać dopiero w grudniu."

No i w tych tajemniczych okolicznościach działacze dotrzymali słowa i w połowie listopada na konferencji prasowej poinformowali, że trzon drużyny został skompletowany, bowiem do wcześniej zakontraktowanego Adriana Miedzińskiego, a także juniorów Pawła Przedpełskiego i Oskara Fajfera, którzy posiadali kontrakty oraz leczącego kontuzję Wiktora Kułakowa dołączyli Grigorij Łaguta, Jason Doyle i Kacper Gomólski.
O ile o tym, że Rosjanin zajmie w Toruniu miejsce swojego rodaka Emila Sajfutdinowa mówiło się od dawana o tyle szybkie i bez rozgłosu porozumienia z Jasonem Doylem, który przed rokiem startował w rozgrywkach pierwszoligowych i był objawieniem Nice PLŻ, było małym zaskoczeniem. Australijczyk był jednak alternatywą na zawieszonego Warda, a jednocześnie doświadczenie podpowiadało toruńskiemu menadżerowi, że Jason mógł być prawdziwym odkryciem w ekstralidze i cały czas będzie na fali wznoszącej. Torunianie pozyskali także Kacpra Gomólskiego, dla którego rok 2015 miał być pierwszym w gronie seniorów, a który miał być zmiennikiem Tomasza Golloba.

Oto jak swoje angaże skomentowali sami zainteresowani:
Grigirij Łaguta:
Do Torunia przyjechałem pierwszy raz w 2003 roku na zgrupowanie z Wostokiem Władywostok. Już wtedy naprawdę pomyślałem, że fajnie byłoby tu jeździć, bardzo odpowiadał mi starty stadion, a nowy jest jeszcze lepszy. Teraz te plany udało się wreszcie zrealizować. Drużyna jest przebudowana, a dla mnie to drugi polski klub w karierze. Będziemy walczyć.
Jason Doyle: Miałem bardzo udany sezon w Łodzi, ale nie jestem już najmłodszy i nadeszła pora na ekstraligę. Uważam, że podjąłem dobrą decyzję i Toruń jest dla mnie idealnym miejscem. Razem z całym moim teamem już nie możemy się doczekać nowego sezonu.
Kacper Gomólski: Negocjacje trwały szybko, a mogły trwać jeszcze szybciej. Chciałem być jednak lojalny wobec mojego poprzedniego klubu z Tarnowa i czekałem na jakiś, ale nic takiego się nie stało. W Toruniu dogadaliśmy kontrakt, który mi odpowiada. Dziękuję klubowi za zaufanie, postaram się jak najlepiej odwdzięczyć na torze.
Jacek Gajewski z kolei tak ocenił zawarte kontrakty: "Mam nadzieję, że to fajna informacja dla kibiców i dla sponsorów, że mamy taką drużynę. Ja jestem zadowolony, że będziemy mieć tych zawodników. Ta drużyna składa się już z żużlowców, którzy nie będą marudzić ani płakać tylko walczyć na torze. Żaden z nich nie powie, że jest zbyt ślisko, dziurawo czy za twardo. Wszyscy powinni pojechać ofensywnie i robić fajne widowisko. Poza tym, oni nie boją się rozwiązań kontraktowych, w których lwia część pieniędzy leży na torze. Wynagrodzenia będą zależeć od tego, jak się jedzie, a nie jak się ktoś nazywa.
W zespole pozostaje jeszcze jedno wolne miejsce na pozycji seniora. Jest ono zarezerwowane dla Chrisa Holdera. Jeśli nie wydarzy się nic nieoczekiwanego, to Australijczyk w najbliższym czasie również zwiąże się umową z KS Toruń. Zagadką jest przyszłość Darcy'ego Warda, który Darcy ma przylecieć do Torunia i wspólnie przeanalizujemy jego sytuację. Zobaczymy, jak to wygląda od strony prawnej. Rokowania nie są najlepsze. Raczej nie pojedzie od początku i do drużyny będzie mógł dołączyć ewentualnie w trakcie rozgrywek. Na pewno go jednak nie zostawimy bez pomocy. Chcemy okazać mu wsparcie. Zależy mi, żeby on nadal był naszym żużlowcem"

I właśnie sytuacja z Wardem do niedawna IMŚJ najbardziej komplikowała budowanie toruńskiego teamu. Działacze doceniali bowiem jego klasę i nie chcieli zostawić go bez pomocy, ale żużlowe władze nie kwapiły się z podjęciem decyzji dyscyplinarnej w jego sprawie. Nieoficjalnie mówiło się, że brak werdyktu w sprawie Warda wynikał z błędów jakie popełniono przy badaniu zawodnika na zawartość alkoholu przed zawodami. Oto, bowiem zawodnik został zbadany alkomatem, ale badania nie powtórzono, jak również nie przeprowadzono badania krwi zawodnika na obecność substancji niedozwolonych. Sytuacja ta blokowała decyzje FIM i organizacji antydopingowej, gdyż organa te nakładając karę na zawodnika, były niemal pewne, że ten się odwoła i przy słabych dowodach komisja odwoławcza może orzec werdykt na korzyść zawodnika. Z kolei brak sankcji i wcześniejsza decyzja o zawieszeniu skutkować mogła tym, że zawodnik również skieruje sprawę do sądu, bowiem skoro nie był winny to ubiegłoroczne zawieszenie było bezpodstawne.
W tej patowej sytuacji jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydawało się obopólne porozumienie stron, bo trwający pat skutkował tym, że zawodnik będąc jeźdźcem zawieszonym nie mógł podpisać umowy z żadnym klubem. Paradoksalnie w lidze polskiej przesunięcie okienka transferowego miało pomóc toruńskiemu klubowi i zawodnikowi w parafowaniu nowego kontraktu. Gdy wydawało się, że w styczniu światowe władze w końcu podejmą decyzję w sprawie zawodnika, niestety decyzja ta ponownie nie zapadła, a w kuluarach mówiło się o tym że FIM rozważa ukaranie zawodnika orzekając jego zawieszenie na okres od 8 do 12 miesięcy, od dnia stwierdzenia zawartości alkoholu w organizmie zawodnika. To oznaczało, że w najgorszym przypadku Darcy mógłby wspomóc swoich kolegów z drużyny dopiero w sierpniu.
Toruńscy prawnicy twierdzili jednak, że znaleźli sposób na parafowanie umowy z Wardem, a strony od dawna miały uzgodnione wszystkie warunki kontraktu i tym samym zawodnik mógł spokojnie przygotowywać się do kolejnego sezonu. Jacek Gajewski tak komentował ten kontrakt: "naszym zdaniem możemy z Darcym podpisać umowę. Możemy go nawet zgłosić, ale on nie zostanie po prostu potwierdzony. Tak my rozumiemy regulaminy. Kto wie, może znowu pojawi się ciekawa sprawa do rozstrzygnięcia, bowiem zapisy nie są jednoznaczne".

Sam Ward zbytnio nie miał zamiaru toczyć sporu z FIM, bo sam wiedział, że aniołem bynajmniej nie jest. Nie miał w sobie za grosz oksfordzkiej dyplomacji Hansa Nielsena, nijak mu było do wizerunku grzecznego chłopca jakim był Emil Sajfutdinow, a wręcz przeciwnie miał w życiu sporo wybryków i przygód, które chwały mu nie przynosiły. Większość zdarzeń miała jednak dość spontanicznie podłoże, ale lista głupstw oraz mniejszych i większych grzeszków czy PR-owych wpadek była na pewno długa. FIM jednak swoją ignorancją dla sprawy zachowywał się równie śmiesznie, bowiem Australijczyk płaci surową karę - można powiedzieć zbyt surową, niestety pokazową i będącą tylko pochodną złej sławy. Kara powinna być adekwatna do winy to nie ulega wątpliwości, ale nękanie zawodnika brakiem jej wymierzenie było swoistą "torturą" i blokowaniem zawodnika orz jego klubów w jakichkolwiek decyzjach. Wszystko to było przede wszystkim nielogiczne i można było odnieść wrażenie, że "granatowe marynarki" czerpały satysfakcję pokazując, jak wielka jest ich rola w światowym speedwayu.
Gdy wydawało się, że 8 stycznia 2015 sprawa znajdzie swój finał, FIM ponownie odroczył decyzję tym razem do 30 stycznia. W środowisku żużlowym mówiło się jednak, że Darcy Ward będzie mógł startować od początku nadchodzącego sezonu. Jednak
Neil Middleditch, pełniący funkcję menedżera "Piratów" z Poole, obawiał się drakońskiej kary dla Kangura - To wygląda jak psychiczne znęcanie się nad człowiekiem. Cała sytuacja jest haniebna. Darcy postąpił źle i zasługuje na karę, ale ten biedny dzieciak stracił mnóstwo pieniędzy, by przylecieć tutaj z Australii, a następnie do Genewy. On nie wie co robić i jest już niemal wrakiem człowieka. Nie twierdzę, że on zakończy karierę, ale może być kilka lat poza jazdą, bo już teraz stracił miejsce w Grand Prix. Znam go na tyle długo, że wiem, że to wszystko zaczyna go dołować. Nikt nie zasłużył na takie zachowanie, niezależnie od tego co zrobił. On musi wiedzieć jaka kara została na niego nałożona i jakie są dalsze plany względem jego osoby, bo to jest po prostu straszne. Wszystko jednak zależy od werdyktu FIM.
Z kolei wielokrotny reprezentant Polski Zenon Plech mówił - Nie w porządku jest to, że sprawa ciągnie się tak długo. Co mają zrobić teraz jego kluby i menedżerowie. Na tej sytuacji traci całe środowisko żużlowe. Mało jest obecnie tak widowiskowo jeżdżących zawodników jak Ward, a to właśnie oni porywają tłumy i to dla nich na stadion przychodzą kibice. Żużel zanotuje przez to straty, zwłaszcza, że Warda nie będzie w Grand Prix i straci prawdopodobnie początek sezonu. Gdybym to ja się tym zajmował, decyzja w tej sprawie zapadłaby od razu. Ukarałbym Warda, bo nie powinien mieć przed zawodami w swoim organizmie alkoholu. Gdyby na torze był sam, można by przymknąć na to oko. Ściga się jednak z trzema rywalami i naraziłby ich na niebezpieczeństwo. FIM, zwlekając z werdyktem jednak przesadza. Wychodzę z założenia, że Ward już swoje odcierpiał i powinien dawno wiedzieć na czym stoi. Na pewno nie jest mu łatwo, ale z drugiej strony byłoby dużo gorzej, gdyby miał trzydzieści pięć lat. Wówczas ciężko byłoby o powrót i powalczenie w Grand Prix. To jednak młody zawodnik i wszystko jest jeszcze przed nim. Co do tego, czy się pozbiera nie mam żadnych wątpliwości. Ma papiery, by być mistrzem świata. Czy nim zostanie? Trudno powiedzieć. O to, że będziemy podziwiać jeszcze jego widowiskową jazdę jestem jednak spokojny.

Wreszcie gdy wydawało się że decyzja w sprawie zawodnika zapadnie dopiero w połowie marca 2015, FIM 26 lutego podjął decyzję, która oznaczała, że Australijczyk został zawieszony na 10 miesięcy, a kara jest liczona miała być od daty Grand Prix w Daugavpils. To oznaczało, że Ward mógł wrócić do ścigania dopiero 28 czerwca, zatem w Polsce zawodnik mógł zostać zgłoszony do rozgrywek ligowych między 15 a 31 lipca, gdyż wtedy otwierało się okienko transferowe.
Po orzeczeniu kary sam zainteresowany podziękował wszystkim za wsparcie - Jestem wdzięczny za wsparcie, które płynęło do mnie z całego świata. Wiele osób we mnie nie zwątpiło. Dziękuję włodarzom Poole - Mattowi Fordowi i Neilowi Middleditchowi za wspieranie mnie, a także klubowi ze Szwecji. To wszystko było niesamowite. Postaram się wrócić jak najszybciej to tylko będzie możliwe. Póki ten moment nie nastąpi, moje wsparcie dla Poole będzie całkowite.
Jacek Gajewski nie krył jednak rozczarowania - decyzja ta budzi kontrowersje i sprzeciw. Nie tak powinno się rozwiązywać takie problemy. W tej sytuacji alkohol potraktowano jak doping. Normalne jest, że ten czas oczekiwania został wliczony do kary. Mam nadzieję, że w dobrej kondycji przetrwa te trudne chwile bez wyścigów. Liczę, że po zakończeniu kary pojawi się na torze w doskonałej formie.
Z kolei były menadżer Aniołów Sławomir Kryjom komentował - Jestem zdziwiony wysokością tej kary. Liczyłem, że Darcy będzie mógł rozpocząć sezon od początku. FIM podjął jednak taką, a nie inną decyzję. Należy to uszanować i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Ten sezon jest dla niego do uratowania, jeśli chodzi o rozgrywki ligowe. Pod względem indywidualnym ominie go walka o Grand Prix i Drużynowy Puchar Świata. Musi się skupić tylko i wyłącznie na lidze. W pierwszej kolejności powinien zadbać o podpisanie kontraktów, bo Australijczyk wróci do ścigania, kiedy żużlowa karuzela będzie rozkręcona na dobre, nie mam jednak wątpliwości, że szybko nadrobi stracony czas i dogoni czołówkę. Darcy ma ogromne umiejętności. W mojej ocenie wystarczy mu kilku treningów i zawodów, by wejść na swój optymalny poziom. On nigdy nie miał problemów z szybkim dojściem do formy. Ta przerwa nie musi się na nim odbić negatywnie. Może wrócić w miejsce, w którym był przed zawieszeniem.

Warto w tym miejscu podkreślić, że decyzja o dziesięciomiesięcznym zawieszeniu dla Darcy’ego Warda za alkoholową, liczona od Grand Prix Łotwy w Daugavpils rodziła dodatkowe konsekwencje. Otóż federacja FIM postanowiła, że wszystkie punkty, które zdobył Australijczyk między datą badania alkomatem, a ogłoszeniem zakazu startów, muszą zostać anulowane. Chodziło tu o okres między 17 a 27 stycznia. W polskiej ekstralidze Ward w tym czasie wystąpił tylko w jednym meczu. Unibax wygrał w nim we Wrocławiu z Betardem Spartą aż 58:32. Australijczyk zdobył w tym spotkaniu 12 punktów. Tak więc nawet po odjęciu jego zdobyczy nie zmieni się zwycięzca - jedynie wynik zostanie zweryfikowany na 46:32 dla torunian. Na szczęście weryfikacja tego wyniku nie wpływała na układ tabeli ligowej. Jednak bardziej zagmatwana jest sytuacja z Międzynarodowymi Indywidualnymi Mistrzostwami Ekstraligi, które odbyły się w Tarnowie. Ward zajął w nich drugie miejsce, uległ tylko Emilowi Sajfutdinowowi. Ekstraliga żużlowa w zaistniałej sytuacji powinna z trzeciej lokaty na drugą przesunąć Martina Vaculika, a z czwartej na trzecią awansować Krzysztofa Kasprzaka.
Kolejnym problem Darcy Warda, było to, że nie mógł mieszkać w Wielkiej Brytanii, gdzie w trakcie sezonu miał swoją bazę sportową. Problem z wizami dla Autralijczyków, pojawił się już w ubiegłym sezonie, gdy urzędnicy przyjrzeli się żużlowcom w Elite League. Okazało się, że wielu z nich korzystało z wiz turystycznych, co było nielegalne, a przepisy były w tej kwestii szczególnie rygorystyczne dla sportowców spoza Unii Europejskiej. Kluby zatem musiały ubiegać się dla swoich zawodników wizy pracownicze. W przypadku Warda było to jednak niemożliwe, bowiem do uzyskania wizy potrzebne było źródło zarobków, a więc w tym wypadku kontrakt. A tego żużlowiec z Australii nie mógł podpisać, dopóki był zawieszony. W dodatku Brytyjczycy bardzo surowo rozpatrywali podania osób, które miały kłopoty z prawem.
Zatem Ward doczekał się w swojej sprawie stanowiska światowych władz speedway, ale nie był to zamknięty rozdział w jego dalszej żużlowej karierze.

Niedługo po tym jak wydano decyzję w sprawie Warda oraz świadomość, że zawodnik będzie mógł podpisać kontrakt dopiero w wakacyjnym okienku transferowym, polskie kluby zaczęły prześcigać się w wysyłaniu sygnałów odnośnie zatrudnienia zawodnika w połowie sezonu 2015. Najbardziej aktywny był klub z Gorzowa, który przed inauguracją ligi chcąc podgrzać atmosferę spotkania na własnym torze, na portalach internetowych wyraził zainteresowanie usługami Australijczyka. W Toruniu jednak Jacek Gajewski podchodził ze spokojem do tych doniesień i komentował: Jesteśmy z Darcym w kontakcie. Cały czas rozmawiamy i on wie, jaka jest nasza propozycja finansowa w momencie, kiedy będzie mógł już startować. On jest przecież wolnym człowiekiem, a status takiego zawodnika pod względem sportowym będzie mieć od 28 czerwca. Ani ja, ani prezes Termiński nie zabronimy mu przejścia do innego klubu, jeśli otrzyma lepszą propozycję. Darcy nie jest przykuty do Torunia i może dokonywać różnych wyborów. Albo mamy do siebie zaufanie, albo nie. Jeśli dogadujemy się nawet na słowo, to ono jest tak samo ważne jak coś, co jest przelane na papier. Zawsze wyznawałem taką zasadę i nie zamierzam nic zmieniać. Wiem, że nowy właściciel myśli podobnie. Słowo jest droższe od pieniędzy. Jeśli Darcy zaakceptuje nasze propozycje, to pewnie pojawi się w Toruniu. Nic nie będziemy jednak robić na siłę. W Toruniu nie ma teraz żadnej paniki, że Warda może tu nie być. Wszystko wyklaruje się pewnie w najbliższym czasie. Albo chcemy robić razem, albo nie. W przypadku lepszej propozycji ze strony innego klubu, zawodnik ma prawo ją wybrać.

Równolegle do wszystkich rozmów kontraktowych i w tle sprawy Warda toczyły się negocjacje z Chrisem Holderem, z którym spotkał się nowy właściciel klubu Przemysław Termiński i szef rady nadzorczej Bartosz Bartczak, którzy przedstawili Kangurowi konkretną ofertę i czekali na decyzję zawodnika. Niestety po tym jak zespół opuścił Sajfutdinow, a sytuacja jego krajana Darcy Warda wciąż była niepewna, Australijczyk dostrzegł swoją wartość dla drużyny i zaczął twardo negocjować swój kontrakt. KS oferował byłemu mistrzowi świata w sumie około 1,5 mln za sezon, na co składała się kwota za podpis 550 tys. zł (najwyższa w zespole) oraz punktówka w wysokości 5,5 tys. pkt. Zakładając, że KS Toruń zakwalifikowałby się do play off, a Holder w każdym meczu zdobyłby z bonusami średnio 10 pkt, to jego sezonowa gaża wyniosłaby prawie 1,5 mln zł.
Holder jednak chciał więcej, zwłaszcza wyższego wynagrodzenia za punkt (przynajmniej 7 tys. zł za każdy). Nowe władze toruńskiego klubu, nie chciały się na to zgodzić, ale i w tym przypadku była alternatywa, której nikt w klubie nie chciał zdradzać, bowiem wszyscy zgodnie podkreślali, że chcą byłego mistrza świata zatrzymać. Nieoficjalnie mówiło się jednak, że oferowane Australijczykowi pieniądze bez większych wahań przyjmie choćby wspomniany wcześniej Greg Hancock. Amerykanin sam kontaktował się z torunianami, oferując swoje usługi i był gotów podpisać kontrakt praktycznie od ręki. Na jeszcze niższą ofertę przysłał jednak Peter Kildemand, który po tym jak licencji nie uzyskał klub z Częstochowy szukał solidnego pracodawcy. Taki sygnał nie mógł przejść bez echa w teamie Holdera, który zrozumiał, że zespoły szybko zamykały swoje składy, a on ze swoimi żądaniami finansowymi ciągle pozostał na żużlowym rynku transferowym, bez pracodawcy. Co prawda przez moment wydawało się, ze zawodnik powróci do Wrocławia, z którego przywędrował do Torunia, ale klub z Dolnego Śląska miał w planach remont stadionu i działaczom przyświecały inne cele niż walka o najwyższe laury. W tej sytuacji zawodnik musiał nieco obniżyć swoje żądania kontraktowe, co było na rękę toruńczykom i strony ostatecznie doszły do porozumienia, ale trzeba otwarcie powiedzieć, że w Toruniu jedną nogą był już ubiegłoroczny mistrz świata Greg Hancock, za którym przemawiało kilka argumentów. Po pierwsze – było on aktualnym mistrzem świata. Po drugie - w sezonie AD 2014 uzyskał najlepszą średnią w Ekstralidze. Po trzecie - od wielu lat prezentował ustabilizowaną formę i zdecydowana obniżka formy w jego przypadku była mało prawdopodobna. Po czwarte - na pewno przy tak doświadczonym zawodniku sporo zyskaliby juniorzy, bo Holder raczej chodził, w przeciwieństwie do Jankesa, swoimi drogami i dużo mniej angażował się w sprawy drużyny. Po piąte – Amerykanin doskonale znał każdy tor w Polsce, bowiem ścigał się na nich od wielu klubach.
Działacze zdecydowali się jednak na ofertę Australijczyka, który spędził w Toruniu siedem ostatnich sezonów, a przy tym był młodszy i bardziej perspektywiczny niż aktualny IMŚ. Działacze wierzyli, że jeśli Australijczyk przepracuje cały okres przygotowawczy (sporą część sezonu 2013 spędził na wózku inwalidzkim po groźnym wypadku w Anglii i leczył m. in. pękniętą miednicę oraz piętę, przez co nie mógł chodzić), będzie spisywał się lepiej, niż w ubiegłorocznych rozgrywkach, które nie należały do udanych. W lidze "Chispy" wywalczył średnią 1,78. W Grand Prix zajął dopiero siódme miejsce. Choć trzeba jasno powiedzieć, że pech nie omijał Kangura i ciągle leczył jakieś urazy, z których najpoważniejszym była kontuzja kciuka. Za Australijczykiem przemawiała również sympatia kibiców. Najważniejsze dla wszystkich było jednak to, że strony doszły do porozumienia, o czym poinformowano na uroczystym spotkaniu ze sponsorami.

Z toruńskim teamem związanych było jeszcze trzech innych zawodników, a byli to Karol Ząbik, Max Fricke i Wiktor Kułakow. Pierwszy z jeźdźców będący toruńskim wychowankiem wrócił po kilkunastu miesiącach przerwy do ligowego ścigania i wystąpił w ostatnim meczu sezonu AD 2014 w barwach toruńskiego klubu zdobywając 11 pkt. Kolejnym celem tego zawodnika było jednak ustabilizowanie formy, a także powrót do regularnych startów w Ekstralidze lub niższej klasie rozgrywek. Karol nie miał wielkich oczekiwań kontraktowych, dlatego podpisał w Toruniu tzw. kontrakt warszawski i rozglądał się za klubem, który chciałby skorzystać z jego usług, bowiem w Toruniu były IMŚJ nie miał szans na regularne występy ligowe.
Trenuje z pierwszą drużyną Aniołów i dostanę prawdopodobnie szansę zaprezentowania się podczas meczów towarzyskich toruńskiej ekipy. Jeśli ktoś będzie zainteresowany moją osobą, to będę się cieszyć. Zimę przepracowałem naprawdę solidnie, dzięki czemu dużo schudłem. Wyniki testów wydolnościowych mam bardzo dobre i chcę to wszystko przełożyć na wynik na torze. Sparingi pokażą co tak naprawdę z tego wyjdzie. Dopiero wtedy będę mógł liczyć na jakieś oferty i usiąść do rozmów - mówił "Zober" na pierwszym treningu po zimowej przerwie.

Z kolei Max'em Fricke, który posiadał ważna umowę z toruńskim klubem, zainteresowanie wykazywał ROW Rybnik, który chciał pozyskać Australijczyka w ramach wypożyczenia. Sam zainteresowany bardzo chciałby trafić do Rybnika, bowiem liczył na to, że występy na torach Nice PLŻ będą ważnym krokiem w jego karierze. Działacze toruńscy nie chcieli blokować rozwoju młodego Kangura i doszli do porozumienia z rybniczanami.
Z kolei Kułakow chciał podjąć walkę o ligowy skład i planował występy we wszystkich przedsezownych sparingach, w których chciał udowodnić swoją przydatność dla zespołu. Gdyby jednak sztuka ta nie udała się młodemu jeźdźcowi planował skupić się na występach w innych ligach, zawodach młodzieżowych oraz we wszystkich zawodach do których zostanie zgłoszony przez toruński sztab szkoleniowy. Zawodnik nie miał jednak łatwego zadania bowiem powracał na żużlowe toru po ciężkiej kontuzji jakie nabawił się pod koniec ubiegłego sezonu. Do zdarzenia doszło na treningu przed turniejem DM Rosji Juniorów. W trakcie treningu, który odbywa się zgodnie z rosyjskim regulaminem na dwie godziny przed startem do pierwszego biegu, Wiktor groźnie upadł i nie był w stanie poruszać się o własnych siłach. Młodego Rosjanina prosto z toru odwieziono do szpitala. Wstępne przypuszczenia, mówiące o złamaniu biodra zostały niestety potwierdzone po badaniach przeprowadzonych w szpitalu w Bałakowie. U młodego Rosjanina zdiagnozowano odłamkowe złamanie kości biodrowej z przemieszczeniem, co oznaczało koniec sezonu dla Wiktora. Zawodnik Mega-Łady Togliatti i Unibaksu Toruń podjął leczenie w klinice ortopedycznej w Samarze, gdzie przeprowadzono pierwszy operacyjny zabieg scalania kości. Po nim nastąpił długi okres unieruchomienia i późniejsze stopniowe dochodzenie do sprawności ruchowej. Wiktor nie poddawał się jednak i z początkiem sezonu planował ścigać się na pełnym gazie, w każdych zawodach na które otrzyma nominację lub zaproszenie.

Na koniec okresu transferowego działacze poinformowali, że toruńska szkółka, w której było aż szesnastu młodzieżowców zostaje "przewietrzona". Po przeanalizowaniu osiągnięć młodych riderów zdecydowano, że klub będzie dalej inwestował w podstawową dwójkę juniorów czyli Pawła Przedpełskiego i Oskara Fajfera, a także w
  
Dawida Krzyżanowskiego,
  

Tomasza Beygera,
  
Pawła Wolendera
  
Tomasz Przywieczerskiego.

Pozostałym szkółkowiczom podziękowano za współpracę lub sami zrezygnowali z uprawiania żużla.
Młodzieżowy trener Jan Ząbik tak komentował tę decyzję: "Duża część zawodników zakończyła swoją przygodę z żużlem. Nie wszyscy młodzi chłopcy mają tyle zapału, by trenować i uprawiać tę dyscyplinę sportu. Był co prawda obiecujący Oskar Gollob, ale on nie miał ważnego kontraktu z toruńskim klubem i związał się z Ostrowem. Niektórzy z chłopców, którzy do niedawna widnieli w kadrze klubu, zakończyło swoje treningi tuż po zdaniu licencji "Ż", nie występując w nawet jednych oficjalnych zawodach. Z tych, którzy pozostali, część na pewno będzie wypożyczona, bo najważniejsze jest w tym momencie objeżdżenie. Z kolei pewni miejsca w składzie ligowym są Paweł Przedpełski i Oskar Fajfer. Paweł spisuje się bardzo dobrze, a Oskar mu nie ustępuje. Przyszedł do nas z Gniezna i mimo sporych oczekiwań, nikogo nie zawiódł. Wciąż musi ciężko pracować, ale jestem spokojny, że jego wyniki na wiosnę będą jeszcze lepsze".
Nie oznaczało to jednak, że pozostali zawodnicy tak jak w latach poprzednich będą "grzać ławkę rezerwowych". Wiadomym było bowiem, że Dawid Krzyżanowski i Paweł Wolender nie mieli większych szans na starty w barwach KS Toruń, bowiem niezagrożoną pozycję w zespole mieli Paweł Przedpełski oraz Oskar Fajfer i tylko w przypadku kontuzji któregoś z nich, mniej utytułowaniu młodzieżowcy dostaliby swoją szansę na starty w Ekstralidze. Zawodnikami interesowali się jednak działacze z niższych klasach rozgrywkowych. A ponieważ toruński klub zamierzał zapewnić swoim wychowankom jak najwięcej jazdy i postanowił wypożyczyć obu jeźdźców na ekstraligowe zaplecze. Zdaniem trenera Jana Ząbika wypożyczenie lub starty w roli gościa, były dobrym rozwiązaniem dla ciągle uczących się riderów, bowiem zdolna młodzież Aniołów potrzebowała przede wszystkim objeżdżenia. Działacze toruńscy zamierzali jednak zabezpieczyć się na wypadek, gdyby któryś z podstawowych juniorów doznał kontuzji i jeden z młodzieżowców miął trafić do innego klubu na zasadzie wypożyczenia, a drugi miał startować w niższej lidze jedynie w roli gościa. Decyzję w tej sprawie miał podjąć menedżer zespołu Jacek Gajewski, a ten nie zamierzał się spieszyć z decyzjami, bowiem chciał wynegocjować jak najlepszą opcję przekazania młodych zawodników zarówno dla toruńskiego klubu, ale też dla nich samych.

Po skompletowaniu składu działacze skupili swoją uwagę na sprawach biznesowych i zapewnieniu budżetu na poziomie 10 milionów złotych. Przed działaczami była jeszcze daleka droga, żeby uzbierać wymaganą kwotę, ale oferta dla potencjalnych sponsorów przedstawiona przez KS Toruń była na tyle atrakcyjna, że rozmowy ze sponsorami przy solidnym składzie mogły być tylko łatwiejsze, bowiem potencjalni darczyńcy wiedzieli, na co wykładają pieniądze.

Podsumowując toruński skład przed sezonem AD 2015, kibice i działacze mogli realnie myśleć o walce o fazę play-off, bowiem analizując dotychczasowe dokonania zakontraktowanych zawodników skład mógł robić wrażenie, a przy tym Toruń w końcu miał drużynę zbudowaną rozsądnie, ciekawie, z dużym naciskiem na widowiskowość.
Liderem ekipy mógł zostać, każdy ale przed sezonem do tego miana kandydował Grigorij Łaguta
, który miął zastąpić Emila Sajfutdinowa. Co prawda Grisza z powodu kontuzji oraz zaległości finansowych ze strony Włókniarza Częstochowa pojechał tylko w pięciu meczach ubiegłego sezonu, ale jego średnia w tym czasie była imponująca - 2,50 punktu na bieg. I choć wydaje się, że pewniejszy i gwarantującym większą ilość punktów był Sajfutdinow, to Łaguta z całą pewnością potrafił bardziej zmobilizować kolegów do walki, na torze nigdy i sam nigdy nie odpuszczał i aby wygrać właściwie zrobi wszystko co w jego mocy.
Kolejnym mocnym punktem w Anielskim teamie powinien być Chris Holder, dla którego -poprzedni sezon nie był do końca udany, bowiem walczył nie tylko z rywalami, ale także ze swoimi urazami. Średnia 1,78 punktu na bieg to dla tego zawodnika żaden powód do dumy. Trudno się spodziewać, aby były mistrz świata miał kolejny tak nieudany rok, bowiem w jego przypadku sporo się zmieniło. Nie był już postrzegany jako mistrz świata, ale ciągle należał do światowej elity. Z pięty pozbył się "żelastwa", będącego efektem skomplikowanej kontuzji z 2013 r. Wrócił tym samym do pełni zdrowia i zapowiadał powrót na mistrzowski tron w cyklu Grand Prix, a dobra jazda w Speedway Ekstralidze mogła mu w tym tylko pomóc.
Trzecim zawodnikiem, stanowiącym o sile toruńskiego zespołu był Jason Doyle, który jako jeden z czterech Australijczyków w mieście Kopernika w sezonie 2015, miał już przetarte szlaki Australijczyk i mógł udowodnić, że nie przez przypadek został objawieniem poprzedniego sezonu w Nice Polskiej Lidze Żużlowej. Wielu żużlowych ekspertów zastanawia sieć ci prawda jak kangur poradzi sobie w najlepszej lidze świata, ale odpowiedzią mogła być jazda Doyle’a w zeszłorocznym Drużynowym Pucharze Świata, kiedy to na torze w Bydgoszczy podczas finałowych zawodów był najlepszym zawodnikiem w reprezentacji Australii. Zdobył wówczas 13 punktów, co było najlepszą rekomendacją. Menedżer torunian Jacek Gajewski uważa, że choć Doyle to żużlowiec 29-letni, jednak wiele dobrego jeszcze przed nim, bowiem zawodnik uchodził za pracusia i wielkiego profesjonalistę, a przenosiny do Torunia były dla niego katapultą i do większych pieniędzy i żużlowej elity. Motywacji więc Australijczykowi nie powinno zabraknąć.
Krajowym liderem miał być Adrian Miedziński, który po przeciętnym sezonie, zapewne upora się z problemami sprzętowymi i będzie chciał udowodnić swoją przynależność przynajmniej do krajowej czołówki żużlowców. Adrian na pewno nie musi pozostawać w cieniu swoich zagranicznych kolegów, bowiem piętnaście lat startów przemawia na jego korzyść, a doświadczenie wyniesione z toru może otworzyć nowy rozdział w karierze tego zawodnika.
Uzupełnienie drugiej linii na wagę przysłowiowego złota, był Kacper Gomólski, który wchodził w wiek seniora, jako jeden z najzdolniejszych żużlowców młodego pokolenia. Dla wychowanka Startu Gniezno sezon 2015 miał być pierwszym w roli seniora, ale zaufanie jakim obdarzyli go toruńscy działacze (miał zastąpić samego Tomasza Golloba) wyzwalało w nim z całą pewnością dodatkową motywację do ciężkiej pracy.
Silnym punktem Aniołów miała być też formacja młodzieżowa, która przed sezonem uchodziła za najsilniejszą w Polsce. Paweł Przedpełski i Oskar Fajfer posiadali już na tyle umiejętności, że w przypadku słabszej jazdy któregoś z zawodników z powodzeniem mogli odpowiedzialność za wyniki brać na własne barki. To dawało menadżerowi spore możliwości taktyczne w trakcie meczu. O tym jak ważna w walce o medale była silna para juniorów pokazały ubiegłoroczne rozgrywki, gdy w finale spotkały się drużyny z Gorzowa i Leszna, dysponujące właśnie bardzo mocnymi zestawami juniorskimi. Młodzieżowcy ubiegłorocznych ligowych drużynowych medalistów często przejmowali rolę liderów i tak też miało być w Toruniu w roku 2015. Szczególnie ważny rok szykował się dla Pawła Przedpełskiego, który miał rewelacyjny debiut w ekstralidze, ale drugi sezon, choć ligowo równie udany, to zawodnik na tle innych juniorów w Polsce znalazł się nieco w cieniu i miał coś do udowodnienia sobie i kibicom.
W głębokiej rezerwie kadrowej pozostawał jeszcze oczywiście Darcy Ward, z którym klub porozumiał się słownie, ale kontraktem mógł związać się dopiero w lipcowym okienku transferowym. Powrót niesfornego Australijczyka, z całą pewnością wzmacniał i tak dużą siłę rażenia Aniołów, ale w zespole pojawiał problem bogactwa, bowiem jednen z z żużlowców zagranicznych musiałby usiąść na ławce rezerwowych. Menedżer toruńskiego klubu chciał, by Ward był jak najszybciej do jego dyspozycji. Z drugiej strony kibice zastanawiali się, jak walka o skład wpłynie na atmosferę w drużynie. Grigorij Łaguta, Chris Holder i Jason Doyle to żużlowcy, którzy podpisali kontrakty w Toruniu z przeświadczeniem, że będą startować w podstawowym składzie. Menadżer zespołu był jednak spokojny, bowiem przed wymienioną trójką była niemal cała runda zasadnicza, w której mieli możliwość udowodnienia swoje przydatności dla drużyny, a doświadczony menadżer w przeszłości udowodnił, że potrafi poradzić sobie z prowadzeniem drużyny, bez napięć i konfliktów. Poza tym patrząc na na to, co dzieje się w ostatnich latach, należało mieć na uwadze również liczne kontuzje które dotykały jeźdźców z miasta Kopernika i Gajewski musiał brać pod uwagę również sprawy losowe, które w żużlu odgrywały ważną rolę i trzeba było je wkalkulować w końcowy rezultat- zauważył Gajewski.

Choć toruński skład rozbił wrażenie to jednak wiadomym było, że nazwiska nie jeżdżą, a na sukces drużyny składa się wiele czynników. Anioły boleśnie przekonały się o tym przed rokiem, kiedy to na skutek decyzji jakie zapadły w finale ligi w w roku 2013 zakończyli sezon na piątym miejscu. Choć zespół przed sezonem AD 2015 nie był już tak spektakularnym dream teamem, w lidze mógł osiągnąć znacznie lepszy wynik. Zdaniem Jana Ząbika, KS Toruń nie można było stawiać w roli faworyta rozgrywek, ale trener nie miał wątpliwości, że zawodnikom wyjdzie to na dobre, tym bardziej, że nie będzie na nich ciążyła duża presja związana z odrabianiem punktów ujemnych.

Zatem jak widać w Toruniu zbudowano zespół, który miał przewyższać wszystkie inne ambicją, zaangażowaniem i odwagą. Kontrakty podpisywano tak, by były motywujące do walki, bowiem za za samo zatwierdzenie kontraktu wypłaty były raczej przeciętne. Tak powstała drużyna, która może naprawdę wystraszyć przeciwników swoim brakiem kompromisów na torze. Nic więc dziwnego że z poczynionych wzmocnień bardzo zadowolony był nowy prezes i właściciel klubu, Przemysław Termiński: Biorąc pod uwagę dotychczasowe osiągnięcia naszych nowych zawodników, to jest na pewno to co sobie z Jackiem Gajewskim założyliśmy. Kierowaliśmy się różnymi aspektami przy kompletowaniu składu, ale tak jak powiedziałem, najważniejsze były doświadczenia tych zawodników. Może nie tyle wiek, bo żużlowcy potrafią się dogadać bez względu na to. Bardziej powiedziałbym, że cechy charakteru. Chcieliśmy żeby to była drużyna w pełnym tego słowa znaczeniu. Na tym mi najbardziej zależy, bo wiadomo, że zlepek indywidualności nic nie osiągnie. Każdy z zawodników musi jechać razem, dla drużyny. Tylko wtedy będziemy w stanie osiągnąć założone cele.

Z kolei krajowy lider Adrian Miedziński tak oceniał toruński skład przed sezonem 2015: W Toruniu wiele się zmieniło. Nie tylko w kwestiach własnościowych, ale także osób, związanych z klubem. Wrócił świetny menedżer, Jacek Gajewski. Zespół jest trochę przebudowany, ale mamy też kilku chłopaków, którzy jeżdżą w Toruniu dłużej. Doszli też nowi. Czuję w tej drużynie ducha walki. Po paru latach stagnacji potrzebny jest powiew świeżości. Mam nadzieję, że przełoży się to na dobre wyniki. Startujemy od zera, a nie z bagażem ujemnych punktów. To ułatwia nam start w sezon. Nie musimy drżeć o to, że każda porażka pozbawi nas marzeń. Jestem przekonany, że osiągniemy lepszy wynik niż przed rokiem, ale najpierw musimy znaleźć się w czwórce, a później zobaczymy, co uda się ugrać. W play-off wszystko może się zdarzyć. Znajdą się tam cztery wyrównane zespoły. Niuanse mogą decydować o sukcesie. Są jednak pewne niewiadome. Zobaczymy, jak w Ekstralidze odnajdzie się Jason Doyle. Myślę, że zawodnik, który jest na fali wznoszącej, spokojnie sobie poradzi. Nadal nie wiemy, kiedy będzie mógł startować Darcy Ward. Potencjał w drużynie jednak jest i nie odbiega on szczególnie od składu z poprzedniego sezonu wiec powalczymy.

Ostatecznie w marcu po domknięciu wszystkich kontraktów, szeroką kadrę Aniołów potwierdziło GKSŻ w komunikacie:
Zawodnik Rok
urodzenia
średnia biegowa
w sezonie 2014
kontrakt do
końca roku
Chris Holder
Australia
1987 1,780 2015 straniero - senior
Jason Doyle
Australia
1985 2,488
1PLŻ
2015 straniero - senior
Grigorij Łaguta
Rosja
1984 2,500
nieklasyfikowany
2015 straniero - senior
Adrian Miedziński
Polska
1985 1,733 2015 senior
Kacper Gomólski
Polska
1993 1,720 2015 senior
Paweł Przedpełski
Polska
1995 1,772 2016 junior
Oskar Fajfer
Polska
1994 1,578 2015 junior
Łukasz Przedpełski
Polska
1992 - ns - 2015 senior
Dawid Krzyżanowski
Polska
1997 - ns - 2017 junior
Tomasz Przywieczerski
Polska
1997 - ns - 2015 junior
Darcy Ward
Australia
1992 2,182 2015 straniero - senior
klub miał z zawodnikiem tylko porozumienie słowne. Ostatecznie zawodnik trafił do Zielonej Góry
Karol Ząbik
Polska
1986 2,600
nieklasyfikowany
2015 senior
w trakcie sezonu zakończył karierę
Wiktor Kułakow
Rosja
1995 1,417
nieklasyfikowany
2017 straniero - junior
wypożyczony w trakcie rozgrywek
do Tarnowa
Siergiej Łogaczew
Rosja
1995 - ns - 2015 straniero - junior
kontrakt bez gwarancji startowych i finansowych
Paweł Wolender
Polska
1994 - ns - 2016 junior
w trakcie sezonu zakończył karierę

Młodzieżową kadrę stanowiła toruńska szkółka żużlowa prowadzona przez Jana Ząbika i Jacka Krzyżaniaka.
    Paweł Przedpełski ur. 23.06.1995
    Oskar Fajfer ur.
30.04.1994
    Dawid Krzyżanowski ur. 25.08.1997, lic. 201
    Paweł Wolender ur. 01.11.1994, lic. 2012
    Tomasz Przywieczerski ur. 1.01.1997, lic. 2012
    Patryk Sikora ur. 21.10.1995, lic. 2012

Kolejni adepci na początku sezonu AD 2015, mieli przystąpić do uzyskania żużlowych certyfikatów.
A byli to:
    Adrian Bułanowski
    Igor Kopeć-Sobczyński
    Marcin Kościelski
    Marcin Turowski
    Adam Wankiewicz

Z kadry Aniołów na rok 2015 odeszli:
Max Fricke
Australia
1996 - ns - 2015 straniero - junior
wypożyczony przed  sezonem do Rybnika
Emil Sajfutdinow
Rosja
1989 2,260 2015 straniero - senior
odszedł do Leszna
Tomasz Gollob
Polska
1971 2,154 2015 senior
odszedł do Grudziądza
Oskar Ajtner-Gollob 1995 - ns - 2015 junior
odszedł do Ostrowa

Kariery zakończyli lub klub postanowił dalej nie inwestować w rozwój zawodników:
    Mateusz Kwiatkowski ur. 05.08.1993, lic. 2011
    Patryk Rumiński ur. 11.02.1993, lic. 2011
    Mateusz Piernikowski ur. 12.02.1995, lic. 2011
    Mateusz Krywald ur. 25.02.1995, lic. 2013
    Dawid Mroczkowski ur. 19.08.1995, lic. 2013
    Adrian Śliwiński ur. 11.08.1994, lic. 2013
    Wojciech Gołost ur. 31.12.1996, lic. 2013
    Tomasz Beyger ur. 6.12.1995, lic. 2013

Przygotowania do sezonugóra strony


Przygotowania do sezonu AD 2015 rozpoczęły się niemal po zakończeniu rozgrywek w sezonie 2014. Niestety tak jak i poprzednich sezonach nie obyło się bez sytuacji, co najmniej dziwnych i wielu zadawało sobie pytanie jak żużlowe władze mogły doprowadzić do sytuacji, w której, kluby okazywały się bankrutami, zawodnicy nie otrzymywali swoich wynagrodzeń, a wizerunek sportu żużlowego mówiąc delikatnie był ponownie wystawiony na wielką próbę. Oto, bowiem po sezonie 2014 okazało się, że dwa kluby z Gdańska i Częstochowy nie są w stanie sprostać wymaganiom finansowym stawianym przez żużlowe realia i zalegają swoim zawodnikom i kontrahentom znaczne sumy pieniędzy. Zastanawiające było w całej sytuacji jednak to jak, żużlowa centrala dopuściła do zastanej po sezonie AD 2014 sytuacji. Długi obu klubów sięgały, bowiem również lat wcześniejszych, a mimo to kluby te otrzymywały przyzwolenie na starty w kolejnych latach w ligowych rozgrywkach. Władze PZM i zespół ds. licencji zapewne wiedziały o problemach finansowych przywołanych klubów, bowiem na sezon 2014 przyznały tzw. "licencje nadzorowane", które jak się okazało nie spełniły swojego zadania, a jedynie pozwoliły na eskalację zadłużenia.
Na szczęście sprawę w swoje ręce wziął PZM, który przed sezonem 2014 stał się głównym decydentem w spółce Ekstraliga Żużlowa i podjął można powiedzieć drastyczne, ale jakże słuszne kroki wykluczając kluby z Częstochowy oraz Gdańska z ligowej rywalizacji. Swoją decyzję PZM ogłosił w stosownym oświadczeniu:

"Prezydium Zarządu Głównego Polskiego Związku Motorowego w oparciu o wniosek Zespołu ds. Licencji dla Klubów Ekstraligi Żużlowej, DM I ligi i DM II ligi żużlowej, działając na podstawie § 17 ust. 2 i § 19 ust. 2 pkt 2 Regulaminu przyznawania, odmowy przyznania i pozbawiania licencji uprawniającej do udziału we współzawodnictwie sportowym w sporcie żużlowym dla klubów Ekstraligi, I i II ligi żużlowej, stwierdza wygaśnięcie z dniem 10 października 2014 r. licencji nadzorowanej przyznanej GKS Wybrzeże S.A. oraz Częstochowskiemu Klubowi Motocyklowemu "Włókniarz" S.A."

Zespół ds. Licencji dla Klubów Ekstraligi Żużlowej, DM I ligi i DM II ligi żużlowej w swoim wniosku wskazał, że w/w Kluby naruszyły warunki przewidzianego, w ramach decyzji licencyjnej, programu naprawczego i nie realizowały nałożonych na nie nakazów lub zakazów. W żużlowych realiach powyższa decyzja Prezydium ZG PZM oznacza, że wymienione kluby nie otrzymają licencji na start w rozgrywkach polskich lig w sezonie 2015. Nie było w tym nic dziwnego, bowiem zadłużenie Wybrzeża i Włókniarza szacowało się na ok. 7,5 miliona złotych.
W świetle pozbawienia zadłużonych drużyn licencji, konieczne stało się uzupełnienie składu ENEA Ekstraligi o czym mówił paragraf 16, artykuł 2, Regulaminu Licencyjnego, który brzmiał:

Ustala się następującą kolejność uzupełnienia składu drużynowego Ekstraligi Żużlowej w przypadku, gdy Licencji na kolejny sezon nie otrzyma Klub startujący w Ekstralidze Żużlowej w sezonie poprzednim:
1) w zależności od aktualnego regulaminu rozgrywek: drużyna EŻ przegrana w barażu, albo drużyna, która spadła z Ekstraligi Żużlowej,
2) możliwość przyznania miejsca dowolnemu Klubowi na zasadzie dzikiej karty po przeprowadzeniu konkursu.

Zatem na bazie powyższego zapisu wytworzyła się niespotykana dotąd w polskim speedwayu sytuacja, w której zdegradowane miło być Wybrzeże Gdańsk bowiem zajęło ostatnie miejsce w ekstralidze, a jego miejsce miał zająć klub z Rzeszowa (zwycięzca I ligi). Jednak w przypadku Włókniarza, który był przedostatnim zespołem w ekstralidze i miał wystartować w barażu z drugim zespołem pierwszej ligi (Orzeł Łódź) sytuacja się skomplikowała, bowiem łodzianie z powodu braku sportowej infrastruktury na miarę ekstraligi zrezygnowali z tej rywalizacji. W tej sytuacji miejsce klubu spod Jasnej Góry miała zająć pierwszoligowa drużyna wyłoniona w konkursie ofert. Najpoważniejszym kandydatem był GKM Grudziądz, który niemal natychmiast wyraził zainteresowanie startami wśród najlepszych drużyn w kraju i właśnie ten klub otrzymał zaproszenie do startów w roku 2015 w żużlowej elicie.

Po tym jak Polski Związek Motorowy poinformował o wygaśnięciu licencji Wybrzeża Gdańsk i Włókniarza Częstochowa, zawodnicy obu klubów stracili przynależność, co w praktyce oznaczało, że w każdej chwili żużlowcy mogli zmienić pracodawcę. Sytuacja ta spowodowała, że niemal natychmiast wszystkie kluby ruszyły na "kontraktowe łowy" nad morze i pod Jasną Górę. Również klub z Torunia skorzystał z regulaminowych możliwości i szybko doszedł do porozumienia z Grigorijem Łagutą, który miał być zmiennikiem Emila Sajfutdinowa, który z kolei wybrał ofertę Unii Leszno.

Zanim jednak doszło w Toruniu do oficjalnych rozmów o kontraktach w cieniu ogólnopolskich ustaleń licencyjnych w mieście Aniołów z dniem 1 listopada 2014 nastąpiło oficjalne przejęcie toruńskiego klubu żużlowego przez Przemysława Termińskiego, który został jednocześnie prezesem spółki. Nowy szef toruńskiego klubu mimo, że w żużlowych strukturach był postacią nową z żużlem był związany od wielu lat, jako sponsor, a wcześniej jako toruński biznesmen, który skończył IV LO w Toruniu, potem prawo na UMK na bieżąco śledził zmagania Aniołów. Klub został kupiony Przemysława Termińskiego prywatnie i nie należało tego faktu kojarzyć z posiadanymi przez niego firmami, bowiem były to niezależne projekty w których oprócz nowej działalności sportowej prowadzona była działalność ubezpieczeniowa, handlowa, produkcyjna, konsultingowa, prawna czy podatkowa.

Mimo zmiany właściciela i upływu czasu, w Toruniu ciągle brzmiały echa finału ekstraligi w sezonie 2013, bowiem jak donosiły media pozew Unibaxu przeciwko PZM został odrzucony. Toruńczycy złożyli odwołanie, bowiem oprócz sankcji  regulaminowych klub został ukarany pozaregulaminowo kwotą ponad milion złotych oraz meczem za złotówkę dla kibiców z Zielonej Góry, a ponadto zespół Aniołów zaczął sezon 2014 z 8 punktami ujemnymi (początkowo klub ukarano 12 punktami ujemnymi) i właśnie owe dodatkowe kary podlegały zaskarżeniu przez Unibax Toruń. Unibax w uzasadnieniu pozwu podkreślał, że zastosowano kary, których nie przewidywały Przepisy Dyscyplinarne PZM. W odniesieniu do kary ujemnych punktów podkreślono, że o ile przewiduje ona anulowanie punktów już zdobytych, to nie może działać "na przyszłość" w stosunku do rozgrywek, które się jeszcze nie rozpoczęły (co poniekąd było słuszne, bowiem wypaczało rywalizację zespołów w przysżłości i rodziło podejrzenia o "ustawianie" tabeli ligowej na finiszu rozgrywek).
Polski Związek Motorowy jako pozwany wnioskował jednak o odrzucenie pozwu, podnosząc przy tym dwa argumenty. Po pierwsze powoływano się treść artykułu 199, paragraf 1 Kodeksu Postępowania Cywilnego, który mówi o konieczności odrzucenia pozwu, jeżeli droga sądowa jest niedopuszczalna. Po drugie wskazano, że przepisy Ustawy o sporcie, nie przewidywały odwołania do sądu powszechnego od orzeczeń organów dyscyplinarnych polskich związków sportowych.
Sąd Okręgowy w Warszawie przychylił się do wniosku PZM i odrzucił wniosek Unibaxu, któremu zgodnie z artykułem 1205 KPC przysługiwała skarga o uchylenie wyroku sądu polubownego. Roman Karkosik miał jednak dość samowoli związku motorowego i wycofał się z żużla nie tylko toruńskiego.

Wróćmy jednak na toruńskie podwórko żużlowe, gdzie nowy właściciel odcinał się od przeszłości, ale nauczony doświadczeniem poprzednika zdawał sobie sprawę z wyzwania jakie przed nim stało i jako nowa postać w żużlu, chciał też słuchać doświadczonych ludzi dlatego do współpracy zaprosił Jacka Gajewskiego, który objął fotel wiceprezesa i menedżera KS Toruń S.A. i wszedł do nowego klubu z grupą sześciu sponsorów strategicznych. W klubie pojawili się też doświadczeni biznesmeni. Jednym z nich był powołany na stanowisko przewodniczącego Rady Nadzorczej - Bartosz Bartczak, który z Termińskim współpracował na płaszczyznach biznesowych od ponad dziesięciu lat, miał w klubie obok nadzoru odpowiadać, ze budowanie oprawy stadionowej, zaplecza stadionowego, zaplecza sponsorskiego. Ostatnimi, którzy weszli w decyzyjne struktury klubu i stanowili najbliższe otoczenie Prezesa, a zarazem organ doradczy byli doskonale znani w środowisku żużlowym Adam Krużyński z firmy Nice oraz Mariusz Wilczyński z ZDB Rogowo. Zwłaszcza Adam Krużyński, który dał się nakłonić i zaangażował się w dużym stopniu w projekt, jakim był KS Toruń, stanowił duże wsparcie bowiem jego doświadczenie zdobyte na zapleczu ekstraligi jako sponsor całych rozgrywek pierwszoligowych dawało podstawy do tego, aby sądzić, że toruński klub w zakresie doradców sięgnął na najwyższą półkę w Polsce.
Patrząc na personalny układ we władzach klubowych można było dojść do wniosku, że historia zatoczyła koło, bowiem już kiedyś toruński klub przerabiał, podobny wariant. A było to w czasach, gdy osiem lat temu klub przejmował Roman Karkosik, a zatrudniony w roli menadżera Jacek Gajewski, dawał gwarancję, że Toruń to poważny klub z silnymi filarami finansowo-organizacyjnymi. Wówczas skompletowano skład, który o mało nie wywalczył mistrzostwa Polski jednak w końcówce rywalizacji zabrakło szczęścia i skończyło się na srebrnym medalu, a na złoto trzeba było poczekać rok. Żaden z kibiców nie pogniewałby się na podobny rozwój wypadków, jednak sam prezes studził emocje podkreślał, że ma świadomość, iż żużel to dyscyplina zależna od szczęścia jak żadna inna, bowiem wystarczy, że w decydującym momencie kontuzji dozna dwóch czołowych zawodników i całosezonowa praca idzie na marne. Więc nowe władze klubowe nie prężyły przez sezonem muskułów i nie zapowiadały mistrzostwo kraju, a jedynie walkę o play-off, w którym drużyna miała powalczyć o jak najlepszy wynik na podium. W walce tej Toruniowi miała pomóc stabilna sytuacja finansowa, w której koniczne były pieniądze, a te miały w toruńskim klubie być nie mniejsze niż w poprzednich latach i klubowa kasa miała zamknąć się budżetem w granicach 10 milionów złotych. Klub jednak swoją działalność finansową opierał w przeciwieństwie do poprzednich lat nie na jednym filarze, a bazował na sieci mniejszych sponsorów, pieniądzach z Ekstraligi Żużlowej (z praw telewizyjnych i od sponsora tytularnego), dotacji Urzędu Miasta Torunia, dochodach z Grand Prix, a także wpływach pochodzących ze sprzedaży biletów i karnetów. Ponadto KS Toruń wystawił na sprzedaż prawo do nazwy zespołu, a cena wywoławczą ustalona na poziomie 800 tysięcy złotych. Nowi włodarze chcieli iść dalej i zamierzali wyjść na przeciw kibicom nawiązując nazwą drużyny do tradycji, dlatego powrócił pomysł, by zespół nazywał się jak za dawnych czasów, czyli "Apator". Niestety ku niepocieszeniu kibiców, firma Apator nie była zainteresowana sponsoringiem tytularnym, a żużel nie mieścił się w strategii marketingowej tej grupy. Dlatego działacze zgłosili do rozgrywek Enea Ekstraligi w sezonie 2015 zespół pod szyldem Klub Sportowy Toruń SA z możliwością wprowadzanie do nazwy sponsora tytularnego o którego trwały usilne starania.

Warto w tym miejscu podkreślić, że w Toruniu po raz pierwszy zarząd podszedł w tak profesjonalny sposób, do tworzenia oferty dla sponsora strategicznego. Najpierw, bowiem wyliczono wartość medialną klubu, którą wyceniono na dwa miliony złotych miesięcznie, a więc 24 miliony rocznie. Suma ta wynikała z tego, że czarny sport coraz częściej gościł w mediach, zarówno elektronicznych, jak i tradycyjnych. Działacze mieli jednak świadomość realiów i rzeczywistych możliwości potencjalnych sponsorów, dlatego w swych założenia zakładali, że w przyszłości sponsor tytularny pokryje około 10 procent budżetu klubu, a przedstawiona oferta na sezon 2015 miała stanowić zachętę dla potencjalnych darczyńców.

Wraz ze zmianą klubowej nazwy zmianie musiał ulec również toruński herb, który w nowej odsłonie został zaprezentowany w dniu 21 grudnia 2014 roku.
Wszystkie wprowadzone zmiany miały nie tylko pokazać, ale również spowodować inny wizerunek niż ten, który przez osiem lat wypracował Unibax. W sieci pojawiła się nowa witryna internetowa toruńskiego klubu, na której nie było żadnych pozostałości po sponsorze tytularnym sprzed lat - spółce Unibax. Również na kevlarach żużlowców próżno było szukać nawiązania do przeszłości. Klub stawiał na nowe otwarcie, które odbywało się pod hasłem "Gramy fair".
Niezmienne pozostawało jednak to, że Toruń miał być utożsamiany z żużlem na najwyższym poziomie, a cały sezon 2015 miał być okresem budowania fundamentów na przyszłość, by w kolejnych latach KS Toruń funkcjonował już tak, jak zaplanowały sobie nowe klubowe władze.
Wielu kibiców jednak na podstawie składu, jaki zbudowano przed sezonem liczyło na bardzo dobry wynik sportowy. Drużyna straciła, co prawda takich zawodników jak Emil Sajfutdinow, ale pozyskała Grigorija Łagutę, Jasona Doyle'a i Kacpra Gomólskiego i te nazwiska predysponowały drużynę do walki o najwyższe cele.

Działacze nie zamykali się jednak tylko na rozgrywki ligowe i niemal równolegle z ligowymi planami ruszyła budowa terminarza pozaligowego i w toruńskim kalendarzu żużlowym pojawiły się dodatkowo dwie imprezy współorganizowane z firmą One Sport (Mistrzostwa Europy oraz Speedway Best Pairs) oraz zawody Grand Prix, a także turniej z okazji 15-lecia startów Adriana Miedzińskiego.
Najciekawsze wydawały się być turnieje organizowane przez One Sport, bowiem dwa cykle rozgrywek żużlowych organizowanych przez tę firmę miały mieć inaugurację na toruńskiej MotoArenie, a to gwarantowało niemałe profity zarówno dla organizatorów jak i dla klubu. Rywalizacja najlepszych żużlowych par z 7 krajów była już tradycją, jeśli chodzi o Toruń, bowiem pierwsze zawody odbyły się już w 2013 roku i były tylko wstępem do rozbudowanej, trzyturniejowej formuły, jaką kibice mieli okazję oglądać w zeszłym sezonie. Pierwsza runda SBPC 2015, podobnie jak przed rokiem, miała odbyć się 28 marca i była to dodatkowo oficjalna inauguracja rozgrywek żużlowych w kalendarzu międzynarodowym. Równie ciekawie zapowiadała się w niespełna trzy miesiące później, bo 20 czerwca rywalizacja w ramach Speedway European Championships, kiedy to najlepsi żużlowcy Europy mieli rozpocząć rywalizację o mistrzowski tytuł również na toruńskiej MotoArenie.

Oprócz nadrzędnego celu, jakim była rywalizacja żużlowa na toruńskim owalu, nowy właściciel mocno stawiał również na dwie inne kluczowe z punktu widzenia klubu sprawy. Pierwszą z nich było szkolenie młodzieży w myśl, którego w każdym roku przynajmniej jeden junior miałby przebijać się do pierwszego składu. Zarówno działaczom jak i Prezydentowi Miasta Michałowi Zeleskiemu zależało kształceniu młodzieży, bowiem w Toruniu były stworzone ku temu doskonałe warunki w postaci minitoru przy lotnisku, gdzie trenowały już nim nawet kilkuletnie dzieci. Toruńską młodzież miał prowadzić duet trenerski w osobach Jana Ząbika i Jacka Krzyżaniaka. Pierwszy z trenerów miał prowadzić zawodników do czasu uzyskania licencji w dorosłym speedwayu, drugi natomiast miał kształcić żużlowym narybek od momentu uzyskania licencji do czasu, pełnej samodzielności. Poza tym, Jacek Gajewski planował również w szkoleniu młodzieży korzystać z pomocy Pera Jonssona, który miałby być konsultantem w niektórych sesjach treningowyck.
Młodzieżowy kierunek wydawał się jak najbardziej słuszny, bowiem miniżużlowcy toruńskiego klubu odnosili sukcesy zarówno w kraju, jak i na arenie międzynarodowej. Jan Ząbik nie miał zatem wątpliwości, że z czasem stawiani na młodych przyniesie korzyści pierwszej drużynie Aniołów "Sukcesy osiągnęliśmy już w poprzednim roku, zdobywając wicemistrzostwo Polski zarówno drużynowo, jak i indywidualnie. W tym roku cieszyliśmy się natomiast ze złotych medali w kraju, a także ze srebrnych w mistrzostwach świata i Europy. U najmłodszych adeptów widać zarówno talent, jak i zapał. W przyszłości niektórzy z tych zawodników na pewno przysporzy wiele radości klubowi".
Drugim priorytetem było zachęcenie kibiców do przyjścia na stadion znacznie wcześniej przed zawodami. Zachęcić do tego miało miasteczko kibica oraz liczne atrakcje przed i po zawodach. A wszelkie atrakcje miały toczyć się pod hasłem 40 lat toruńskiego żużla w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Wszystkie informacje związane z nowo organizowanym klubem działacze przekazali na konferencji prasowej, na której pojawił się również Roman Karkosik, który podkreślił, że nie jest zainteresowany sponsorowaniem żużla, a w prywatnych rozmowach z ludźmi z obecnej ekipy zarządzającej zespołem przyznał, że do speedwaya może wrócić tylko, jeśli zmienią się osoby zarządzające dyscypliną. Myśli jednak nie rozwinął.
Nowi włodarze klubowi zakończyli konferencję swoimi oczekiwania i jaki cel usatysfakcjonowałby ich na finiszu rozgrywek AD 2015:
- Byłbym zadowolony, gdyby udało się wejść do play off – mówił menadżer Jacek Gajewski.
- A mnie się marzy medal - dodał prezes Przemysław Termiński.
- Skoro eskalacja oczekiwań toczy się w moim kierunku, mnie pozostało jedynie złoto - podsumował prezydent Michał Zalewski.

Organizując klub od strony administracyjno-kadrowej, działacze nie zapomnieli również o aspekcie sportowym, dlatego zapewnili zawodnikom precyzyjny zimowy cykl przygotowań w ramach, którego tradycyjnie zajęcia odbywały się na siłowni, na lodowisku, oraz w terenie pod okiem Jacka Krzyżaniaka. W zajęciach tych uczestniczyli głównie juniorzy oraz Adrian Miedziński, a także inni toruńscy wychowankowie w osobach Karola Ząbika, Mariusza Puszakowskiego czy Roberta Kościechy. Zawodnicy zagraniczni przygotowywali się według własnych sprawdzonych metod treningowych.
Treningi siłowe prowadzone były pod okiem mistrzów kulturystyki Arkadiusza Szyderskiego i Radosława Smyka. Pierwszy z trenerów tak opowiadał w jednym z wywiadów o przygotowaniach żużlowców - Oni nie mają być rozbudowani, potężni, a silni i wytrzymali. Broń Boże, żeby byli tacy jak ja. Ciężko byłoby oglądać ich jazdę na motocyklu. Dlatego w ich treningu, chodzi o to, żeby, przy jak najniższej masie ciała, mieli jak największą wytrzymałość i siłę. Wiadomo, że nie zawsze jeździ się na torze gładkim jak stół. A wszystkie braki siłowe, problemy kondycyjne widać od razu przy cięższej, nierównej nawierzchni. To można zauważyć, kiedy na drugim albo trzecim okrążeniu zaczynają "puszczać" ręce, trudno jest utrzymać motocykl. Łatwo jest wtedy o upadek albo stratę pozycji. Ja chcę doprowadzić do tego, żeby nikt problemów z kondycją nie miał. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, prowadzenie motocykla to nie tylko ręce, ale i nogi. Ręce są ważne. Ale prowadzenie motocykla to głównie nogi. Masz je słabe? Nie powalczysz, a na starcie jesteś bez szans.
Z kolei zaproszony do współpracy przed sezonem 2015 Radek Smyk mówił: żużlowcy w siłowni mają przygotowany zupełnie inny zestaw ćwiczeń niż kulturyści, bowiem w treningu motocyklistów bardziej chodzi o poprawę koordynacji ruchowej, wytrzymałości. Siła, oczywiście też jest istotna, ale w mniejszym stopniu przykłada się do niej wagę w trakcie "przerzucania ciężarów".

Niestety podczas zimowych przygotowań w pewnym momencie niepokojące wieści napłynęły z Antypodów, gdzie o tytuł Championa Australii rywalizował Chris Holder. Oto bowiem podczas treningu przed III finałem Indywidualnych Mistrzostw Australii w Underze Australijczyk upadł i uszkodził ten sam nadgarstek, co rok temu. Zaraz po upadku (zawodnik narzekał, że wszystkiemu winny był źle przygotowany tor) Holder poinformował, że ma złamaną rękę i czeka go od 6 do 8 tygodni przerwy. Na szczęście pesymistyczne diagnozy się nie potwierdziły i skończyło się jedynie na strachu, bowiem lekarze stwierdzili jedynie przemieszczenie kości i wygięcie się metalowej płytki, dlatego wystarczył niewielki zabieg i "Chrispy" wrócił szybko do treningów.

W ramach przygotowań żużlowcy nie zapomnieli jak co roku o charytatywnych celach i tak np. zagrali 31 stycznia w Zespole Szkół nr 1 w Lubiczu rozegrali turniej piłkarski pod nazwą "Okruszek szczęścia dla Dominiki", z którego dochód został przekazany na rzecz czternastoletniej dziewczynki chorej na nowotwór złośliwy. W meczu udział wzięli zawodnicy i mechanicy KS Toruń i Polonii Bydgoszcz. 
Innym szczytnym celem w który zaangażowali się żużlowcy była tradycyjny ice speedway, z którego dochód został przekazany na hospicjum fundację Światło i hospicjum Nadzieja. Zawody były już XII edycją Mistrzostw Torunia w Żużlu na Lodzie. Imprezę organizowaną nieprzerwanie od 2004 najwięcej razy wygrywał Sławomir Drabik, bo aż czterokrotnie. Przed rokiem zabrakło go na liście startowej, jednak nieobecnego ojca godnie zastąpił syn Maksym, zwyciężając w turnieju. Tym razem do Torunia "klan Drabików" nie przyjechał i pod ich nieobecność na głównego faworyta do zwycięstwa wyrastał Adrian Miedziński. Zawody wygrał jednak Artur Czaja, który  był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem w lodowej rywalizacji na toruńskim Tor-Torze.

W tle tych wydarzeń, które niosły radość, zabawę i finansowe wsparcie dla potrzebujących, cały czas trwały zimowe przygotowania i po okresie intensywnych treningów, zawodnicy zostali poddani testom wydolnościowym i przystąpili do jazd próbnych. Początkowo żużlowcy trenowali na MotoArenie, która jak co roku sprzyjała szybkiemu wyjechaniu na tor, po czym przystąpili do rywalizacji ze spraringpartnerami oraz zaplanowanych turniejów, które dla wielu były przedsezonowym sprawdzianem. Działacze przewidując doskonałą marcową pogodę zaplanowali swoim podopiecznym mnóstwo jazdy i kalendarz marcowy toruńskich aniołów przestawiał się imponująco:
     7 marca - pierwszy wyjazd na tor
     8 marca - tradycyjna msza na otwarcie sezonu w Górsku oraz spotkanie w CH Plaza z okazji Dnia Kobiet
     14 marca - KS Toruń - Unia Leszno
     15 marca - Unia Leszno- KS Toruń
     19 marca - KS Toruń - GKM Grudziądz
     21 marca - turniej 15 lat Adiego
     22 marca - GKM Grudziądz - KS Toruń
     28 marca - Best Pairs Cup
     29 marca - Polonia Bydgoszcz - KS Toruń
     31 marca - KS Toruń - Polonia Bydgoszcz

Pierwszy trening miał jednak odbyć się bez Janona Doyla oraz Kacpra Gomólskiego, który miał usuwane migdałki i przez kilka dni musiał odpoczywać. Obaj zawodnicy mieli dołączyć do drużyny dwa dni później. Z kolei Chris Holder przygotowywał się swoim sprawdzonym tokiem treningowym w Anglii i na MotoArenie miał stawić się po 10 marca. Mimo zaplanowanych absencji wszyscy z niecierpliwością czekali na pierwszy trening, który rozpoczął się o godzinie 11.00 i trwał ponad dwie godziny. Każdy z zawodników pokonał w pojedynkę kilkadziesiąt okrążeń. Wynikało to ze tego, że zawodnicy musieli oswoić się z motocyklem i prędkością po zimowej przerwie. W parkingu pojawił się także nieobecny na torze Kacper Gomólski i ochoczo podpatrywał poczynania kolegów. Widząc doskonałe przygotowanie zawodników menedżer Jacek Gajewski nie mógł doczekać się pierwszych sparingów, a te miały odbyć się już za tydzień, a rywalami Aniołów mieli być zawodnicy z Ostrowa pod wodzą Marka Cieślaka. Po pierwszych jazdach zawodnicy tak komentowali swoje pierwsze doświadczenia z motocyklem po zimowej przerwie:
Kacper Gomólski - Zima strasznie się dłużyła i naprawdę nie mogłem się doczekać pierwszego wyjazdu na tor. Nareszcie można się ścigać! Ze zdrowiem jest wszystko w porządku, czuję się dobrze, więc nie trzeba było zwlekać. Tor jest świetnie przygotowany, twardy, ale odsypuje się, idealny do pierwszych treningów. To pierwsze jazdy, trzeba się wjechać w sprzęt. Na pewno muszę sporo czasu poświęcić, żeby rozszyfrować nawierzchnię na Motoarenie. To tor bardziej techniczny niż w Tarnowie. Spora zmiana, ale takie tory mi odpowiadają, kwestia jedynie dopasowania motocykli.
Adrian Miedziński - Pod względem fizycznym jest już przygotowany do sezonu. Tor wygląda tak, jakby nie było zimy. To pierwsze szflify, rozjazd, sprawdzenie pewnych rzeczy. 20 marca pierwszy poważny start, czyli mój turniej jubileuszowy. Cztery dni później mam prezentację w angielskim Swindon. Do tego czasu będą przygotowywał się w Toruniu.
Grigorij Łaguta - Wiadomo, że po pierwszym treningu nie można powiedzieć zbyt wiele. Na razie czerpię radość z samego faktu, że w końcu siedzę na motocyklu i mogę trenować . Najważniejsze, że wszystko jest w porządku, fajna pogoda, dobry tor. Próbujemy nowych tłumików, ale jakoś specjalnej różnicy na razie nie widzę. Nie wiem nic na temat polskiego tłumika. Może jest lepszy, może nie, to się okaże. Na razie testuję te od Kinga, ale do rozgrywek zostało jeszcze dużo czasu i będzie okazja żeby sprawdzić, które tłumiki są najlepsze. Za dwa tygodnie pierwsze międzynarodowe zawody w Toruniu. Niby mało czasu, ale czuję się dobrze przygotowany. W poprzednim roku mało startowałem, ale to nie problem. To był taki rok odpoczynku po wielu sezonach ciężkiej pracy. Już przeniosłem się na do domu w Bydgoszczy, więc na stadion w Toruniu mam blisko. Teraz czekamy na sparingi, jeszcze nie wiem, w ilu pojadę. Będziemy podejmować takie decyzje na bieżąco, jeśli będzie trzeba sprawdzić i poprawić silniki, to będę jeździł we wszystkich.
Paweł Przedpełski - Pierwsze jazdy to taka kontrola. Początkowo nie czułem się zbyt pewnie, ale za drugim wyjazdem wszystko już było OK. Trochę jedynie tyłek bolał, dopóki nie przyzwyczaimy się znowu do motocykla. Jest wesoło w parkingu, wiele rozmawiamy, żartujemy. Czy atmosfera jest lepsza niż rok temu? Powiedzmy, że jest inna. Zimę przepracowałem solidnie, to na pewno zaprocentuje. Już na początku sezonu mam kilka ważnych turniejów. Szczególnie istotne są eliminacje do mistrzostw świata juniorów, bardzo mi zależy, żeby wreszcie zakwalifikować się do finałów światowych.

Wiktor Kułakow - Korzystałem z nowych tłumików, ale nie widzę różnicy. Może jedynie są trochę głośniejsze. Naprawdę trudno cokolwiek powiedzieć na temat różnic. Na pewno więcej będziemy wiedzieć, gdy zaczniemy startować spod taśmy na treningach i ścigać się w meczach towarzyskich.
Karol Ząbik - Jestem zadowolony z pierwszych w tym roku okrążeń. Tor został świetnie przygotowany, więc dobrze nam się jeździło i głód jazdy został zaspokojony. Jeździłem tylko na jednym tłumiku i nie czuję jakiejś drastycznej różnicy. Na pewno jest odrobinę głośniejszy od tych, które stosowaliśmy w poprzednich latach. Na plus na pewno fakt, że w końcu jest przelot i ten silnik się nie dusi, jak to miało miejsce w kilku poprzednich latach. Zimę przepracowałem naprawdę solidnie, dzięki czemu dużo schudłem. Wyniki testów wydolnościowych mam bardzo dobre i chcę to wszystko przełożyć na wynik na torze. Sparingi pokażą co tak naprawdę z tego wyjdzie. Dopiero wtedy będę mógł liczyć na jakieś oferty i usiąść do rozmów

Następnego dnia po treningu zawodnicy spotkali się na mszy świętej w podtoruńskim Górsku. W ceremonii uczestniczyli przedstawiciele ekipy z Bydgoszczy, Grudziądza i Torunia, a w kościelnych ławach można było dostrzec byłych i czynnych żużlowców Jana i Karola Ząbików, Jacka Krzyżaniaka, Mirka Kowalika, Pawła Przedpełskiego, Adriana Miedzińskiego, Krzysztofa Buczkowskiego, Szymona Woźniaka, Andrzej Koselskiego.
W godzinach popołudniowych z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet, Adrian Miedziński, Paweł Przedpełski i Kacper Gomólski odwiedzi toruńskie Centrum Handlowe Plaza i spotkali się z kibicami, odpowiadając na wiele pytań, a także rozdawali autografy i pozowali do zdjęć.

W kolejnych dniach pogoda sprzyjała zawodnikom, nic więc dziwnego, że większość czasu spędzili na jazdach treningowych, by wreszcie ku radości wielu zmierzyć się w nieco poważniejszym ściganiu czyli w testmeczach ze sparingpartnerami oraz turnieju z okazji XV-lecia startów "Miedziaka". Przed sezonem ligowym kibice mieli też też swoistego rodzaju uwerturę w postaci kolejnej edycji Speedway Best Pairs. W tygodniu poprzedzającym zawody par, na Starym Rynku w Toruniu wszyscy mieszkańcy i odwiedzający miasto mieli niepowtarzalną okazję zapoznać się "Żużelem wczoraj i dziś" w któej to nastąpiło zderzenie historii z teraźniejszością. A wszystko to oczywiście związane było z zawodami parowymi.
Na specjalnie ustawionych stelażach umieszczono niepowtarzalne zdjęcia Andrzeja Kamińskiego oraz Jarosława Pabijana. Zdjęcia obu fotoreporterów były to prace wykonane podczas toruńskiego półfinału Mistrzostw Świata Par, który odbył się na stadionie przy ulicy Broniewskiego 98 w 1987 roku oraz najciekawsze ujęcia z zawodów Speedway Best Pairs z lat 2013-2014. W zawodach które w obiektywie zatrzymał Andrzej Kamiński w barwach Polski wystartował Roman Jankowski i Wojciech Żabiałowicz. Reprezentant Unii Leszno wywalczył wówczas 21 punktów, a popularny w Toruniu "Żaba" – piętnaście. Zdobycz punktowa polskich reprezentantów wystarczyła do zajęcia trzeciego miejsca, które dało awans do wielkiego finału w Pardubicach, gdzie Polacy zajęli niestety ostatnie, dziewiąte miejsce.
Zdecydowanie lepiej było podczas zawodów Eurosport Speedway Best Pairs w 2013 roku, kiedy to Tomasz Gollob z Adrianem Miedzińskim zwyciężyli w jednodniowych zawodach na MotoArenie w Toruniu, zostawiając za swoimi plecami Rosję i Danię. Rok później, na inaugurację cyklu Speedway Best Pairs Cup, biało – czerwoni zajęli najniższe miejsce na podium zdobywając sześć punktów do klasyfikacji generalnej. Punkty dla Polaków zdobywali Tomasz Gollob, Adrian Miedziński oraz Patryk Dudek.

Oto jak wyglądały wyniki przedsezonowych konfrontacji z udziałem Aniołów:

KS Toruń

2015-03-14

43 : 47

Unia Leszno

wyniki turnieju


KS Toruń

2015-03-19

45 : 45

GKM Grudziądz

wyniki turnieju


2015-03-21

wyniki turnieju
z okazji 15-lecia startów Adriana Miedzińskiego


GKM Grudziądz

2015-03-22

52 : 38

KS Toruń

wyniki turnieju


KS Toruń

2015-03-24

56 : 33

Lokomotiv Daugavpils

wyniki turnieju


   

2015-03-28

wyniki turnieju
speedway best pairs


KS Toruń

2015-04-02

48 : 41

Polonia Bydgoszcz

wyniki turnieju


KS Toruń

2015-04-07

49 : 41

GKS Wybrzeże Gdańsk

wyniki turnieju


KS Toruń

2015-04-07

49 : 41

Orzeł Łódź

wyniki turnieju

Po sparingach Jacek Gajewski tak oceniał przedsezonowe jazdy: "mówiąc w języku młodzieżowym, liga zaraz się zacznie i najwyższy czas, by zacząć powoli wszystko "ogarniać". Na tor wyszliśmy jako jedni z pierwszych. Żadnemu z naszych zawodników jazdy nie brakuje. Zastanawiamy się nawet nad tym, żeby pewne rzeczy trochę ograniczyć, bo po całym okresie treningów i sparingów musi być czas na przygotowanie sprzętu do ligi. Jesteśmy już na takim etapie, że zawodnicy powinni wiedzieć, co kogo "boli" i jakie są problemy. Tydzień do ligi to niewiele, ale nie widzę w naszych szeregach wielkiego szukania i eksperymentowania. Było dużo czasu i wiele można było sprawdzić. Przyznaję jednak, że sprzętowo podczas sparingów było szukanie i może nadal jest, ale w większości zawodnicy wiedzą już w jakim są miejscu. Zmiany z tłumikami robią swoje, choć moim zdaniem wielkiej rewolucji nie ma. Obserwuję chłopaków i jestem spokojny o sprzęt, którym dysponują. Mogą pojawiać się problemy, bo to normalne, że czasami trzeba oddać silnik do serwisu. Czasami wystarczy drobny feler, by pojawiły się kłopoty. Nie ma jednak zawodnika, który wypolerował stare ramy czy podwozia i chce na tym jechać. Szczerze i uczciwie mogę powiedzieć, że wszyscy poczynili duże inwestycje w sprzęt. Czas pokaże, czy poszli w dobrym kierunku."

Ostatnim elementem kończącym zimowe przygotowania, było zaprezentowanie nowego kevlaru, w którym zawodnicy mieli walczyć w rozgrywkach AD 2015. Jak zwykle nowy strój toruńskich żużlowców wzbudził szerokie komentarze w gronie kibiców. Najwięcej emocji wzbudziło wyraźne wyeksponowanie 40-lat toruńskich Aniołów w najwyższej lidze, kosztem klubowych braw i klubowego herbu, który w latach poprzednich był na pierwszym miejscu.
Ostatecznie głosy kibiców były słyszalne w klubowych gabinetach, ale zawodnicy mimo wszystko w sezonie 2015 startowali w nowych strojach czym mieli uczcić czterdziestoletnią historię w najwyższej lidze, a warto dodać, że była to historia w której, toruński klub jako jedyny spośród wszystkich klubów w Polsce nie zaznał goryczy spadku do niższej ligi. I choć złośliwi zarzucali toruńczykom, że przed sezonem 1976 zespół awansował przy zielonym stoliku (zwiększono liczbę drużyn w najwyższej lidze), to niezmiennym pozostawało, że Anioły mimo lepszej lub gorszej koniunktury w klubie, przez 40 lat nigdy najwyższej ligi nie opuściły.
Warto również dodać, że na klubowych strojach oprócz małego herbu miasta Torunia i herbu klubowego, a także napisu "40 lat toruńskiego żużla w najwyższej klasie rozgrywkowej" pojawiło się hasło "Gramy fair". Było to swoistego rodzaju nawiązanie i przeprosiny za finał roku 2013 oraz nawiązanie do problemów finansowych innych klubów, które w nieuczciwej rozmowie obiecywały swoim zawodnikom wirtualne złote góry, za którymi nie było widać realnych obietnic.

Rozgrywki ligowe seniorówgóra strony


  
Przed startem rozgrywek ligowych toruński żużlowy Toruń obiegła niczym zimny dreszcz informacja o kontuzji Adriana Miedzińskiego, który złamał trzy palce. Dla "piętnastoletniego" w Toruńskim klubie Miedziaka, pechowo zakończył się mecz Elite League, w którym Swindon Robins podejmowało Poole Pirates. Polak w trzech startach wywalczył zaledwie dwa "oczka", a w ostatnim wyścigu zaliczył upadek. Niestety, upadek ten zakończył się kontuzją. "Miedziak" upadł bowiem tak nieszczęśliwie, że dłoń dostała się między łańcuch, a zębatkę, łamiąc trzy palce, a czwarty mocno rozcinając. W całym nieszczęściu najgorsze było jednak to, że otwarte rany wymieszały się z żużlem i smarami. Lekarze musieli zatem najpierw uporać się z ryzykiem zakażenia, a dopiero później mogli zająć się pogruchotanymi kośćmi palców.
Ostatecznie ryzyko zakażenia zostało szybko zażegnane, rany oczyszczone, a palce poskładane i szybko się goiły, a to pozwalało sądzić, że zawodnik gotów będzie do jazdy już w czwartej ligowej kolejce, a więc na mecz ze Stalą Rzeszów. To jednak oznaczało, że w pierwszych meczach sezonu Anioły musiały radzić sobie bez swojego krajowego lidera. W sukurs drużynie z miasta Kopernika, przyszła aura, która nie rozpieszczała żużlowców i żużlowa centrala podjęła decyzję o przełożeniu na 17 maja całej pierwszej kolejki sezonu AD 2015 Ekstraligi.

W tej sytuacji druga kolejka ligowa stała się pierwszą, w której KS Toruń zremisował na własnym torze ze Spartą Wrocław 45:45.
Nie dość, że Anioły straciły ważny punkt na własnym torze to zespół po inauguracyjnym pojedynku mógł się załamać i miał zupełnie inne problemy niż jeden punkt meczowy. Do kontuzjowanego Miedziaka, dołączył bowiem w trakcie meczu najlepszy junior w toruńskim zespole Paweł Przedpełski. A na koniec sędzia zamiast zaliczyć wynik 5:1 ostatniego wyścigu na ostatnim okrążeniu po upadku Taia Woffindena, zarządził powtórkę, w której Spartanie wygrali 4:2 i Anioły straciły zwycięstwo.
Inauguracja pokazała jdnak, że do grona kandydatów aspirujących do rundy play-off doszły przynajmniej dwie drużyny - Unia Tarnów i Starta Wrocław.
Zawody były prawdziwą gratką dla fanów speedwaya i obfitowały w wiele zwrotów akcji. Wśród ekspertów panowała opinia, że mimo braku Adriana Miedzińskiego, gospodarze zdołają odnieść pierwsze zwycięstwo w tym sezonie. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Wrocławianie imponowali przygotowaniem sprzętowym i wyglądali na ekipę, która przyjechała do Grodu Kopernika po swoje punkty. Toruńczycy zaś stracili wygraną na własne życzenie. Nie grzeszyli bowiem refleksem na starcie, a ponadto wiele do życzenia pozostawiała nawierzchnia toru, która była jakby przygotowana pod ekipę z Wrocławia.
Kiedy wydawało się, że sprawa wyniku na korzyść ekipy z Dolnego Śląska jest przesadzona, toruńscy zawodnicy i sztab szkoleniowy nie składali broni i postanowili  zaskoczyć kibiców po raz ostatni. Pokerową próbą sterników KS Toruń była rezerwa taktyczna, w wyniku której, Jason Doyle jechał w ostatecznej rozgrywce dwa razy. Taktyczny manewr okazał się strzałem w dziesiątkę, bowiem bieg czternasty to podwójny triumf pary Doyle - Łaguta co sprawiło, że o wszystkim miał decydować wyścig numer piętnaście. W jego pierwszej odsłonie, na podwójne prowadzenie wyszedł duet Holder - Doyle. Tego drugiego zdołał jednak na trasie wyminąć Tai Woffinden, ale Doyle odbił swoją pozycję, jednak na pierwszym łuku ostatniego okrążenia Woffinden zanotował upadek, bowiem... złamała mu się rama! Sędzia zawodów, Remigiusz Substyk natychmiast przerwał wyścig, bowiem wypadek wyglądał makabrycznie, a przednia część ramy motocykla z kołem i kierownicą przeleciała przez pas ochronny i poleciała w kierunku kibiców na trybunach. Na szczęście zarówno kibicom jak i Anglikowi nic się nie stało, ale w powtórce świetnie wystartował Jepsen Jensen i choć na dystansie został wyprzedzony przez Chrisa Holdera, niestety dla Aniołów dowiózł do mety dwa punkty czym uratował punkt meczowy dla Sparty.

Wracając do feralnego upadku Taia Woffindena w pomeczowych komentarzach wiele kontrowersji wzbudziła decyzja sędziego, który mógł zaliczyć wynik biegu bowiem całe zajście miało miejsce na wejściu w pierwszy łuk ostatniego okrążenia. Defekt ramy w motocyklu Taia Woffindena spowodował, że zawodnik wrocławskiej drużyny upadł na tor, a sędzia Remigiusz Substyk natychmiast przerwał bieg, obawiając się o zdrowie zawodników, ale też kibiców i zarządził powtórkę bez udziału Brytyjczyka. W momencie przerwania wyścigu (przed upadkiem Woffindena) KS Toruń prowadził 5:1, co dawało Aniołom wygraną 46:44. W powtórce Michael Jepsen Jensen uratował remis dla Sparty przyjeżdżając na drugiej pozycji.
Po zawodach menedżer toruńskiej drużyny Jacek Gajewski miał wątpliwości co do słuszności decyzji sędziego Substyka i powołując się na artykuł 71 Regulaminu Sportu Żużlowego uznał, że bieg powinien być kontynuowany. Całą sytuację regulował jednak Artykuł 71, ustęp 7 i 8 RSŻ, który brzmiał:
7. Jeżeli skutkiem upadku lub kolizji zawodników, którykolwiek z pozostałych zawodników musiał zwolnić jazdę, zmienić tor jazdy, upadł lub też miał wyraźnie utrudnioną prawidłową jazdę, sędzia zawodów powinien zatrzymać bieg i po wykluczeniu winnego zarządzić ponowny start
8. Jeżeli nastąpił upadek zawodnika, a sędzia zawodów uzna, że kontynuowanie biegu mogłoby być niebezpieczne, powinien zatrzymać bieg i po wykluczeniu zawodnika, który upadł (nie dotyczy przypadków z ust. 2, 5 oraz art. 72) zarządzić ponowny start.

Przywołany w pkt. 8 artykuł 72 mówi o możliwości zaliczenia wyniku biegu, jeżeli zdarzenie miało miejsce w ostatnim łuku. A zdarzenie którego uczestnikiem był Woffinden, miało miejsce na pierwszym, więc art. 72 nie miał w tym przypadku zastosowania.
Z kolei zapisy art. 71 dają możliwość interpretacji sytuacji na torze przez sędziego. Kwestią oceny było bowiem to, czy kontynuowanie biegu rodziło niebezpieczeństwo. Warto zwrócić uwagę na to, że słowo "niebezpieczeństwo" odnosi się nie tylko do zawodników na torze, ale również kibiców na trybunach. Mowa o tym w artykule 26, ustęp 10 RSŻ, który brzmiał:
Sędzia ma obowiązek przerwać bieg w wypadku, gdyby jego kontynuowanie mogło narazić na niebezpieczeństwo zdrowie, życie lub mienie zawodników, kibiców, osób urzędowych lub funkcyjnych oraz innych osób. Jeżeli przyczyną przerwania biegu nie jest zawodnik, bieg powtarza się w pełnej obsadzie.
Po przeczytaniu zapisów regulaminowych nikt nie kwestionował, że upadek Taia Woffindena wyglądał bardzo groźnie nie tylko dla samego zawodnika, ale również dla kibiców. W ocenie sędziego Woffinden mógł wymagać natychmiastowej pomocy. Jednak dopiero po przerwaniu biegu można było stwierdzić, że nic złego nikomu się nie stało, ale takiej pewności nie było zaraz po upadku Brytyjczyka. Gdyby jednak ktoś stwierdził, że upadek dla zawodnika nie był niebezpieczny, to motocykl lecący w stronę kibiców już takie zagrożenie z całą pewnością stwarzał, dlatego sędzia Substyk podjął słuszną decyzję.

W trzeciej kolejce ligowej KS Toruń udał się do Zielonej Góry, gdzie miał zmierzyć się z Falubazem. Choć obie drużyny do tego meczu podchodziły w osłabionych składach, spotkanie budziło sporo emocji.
Ekipy z Zielonej Góry i Torunia w odmiennych stylach rozpoczęły zmagania w nowym sezonie Ekstraligi. Falubaz na domowym obiekcie dość pewnie pokonał drużynę rzeszowskich Żurawi 50:40. Liderem żółto-biało-zielonych był zdobywca 13 punktów w pięciu biegach Jarosław Hampel. KS Toruń z kolei jedynie zremisował na Motoarenie ze tą Wrocław 45:45. Wynik tego spotkania mógłby być bardziej korzystny dla Aniołów, gdyby nie kontuzja Pawła Przedpełskiego. Na inaugurację sezonu w ekipie z grodzie Kopernika najlepiej spisali się Jason Doyle i Chris Holder, którzy wywalczyli po 11 punktów. Pierwszy z nich do swojego dorobku dołożył również bonus.
Nic więc dziwnego, że jeszcze tydzień wcześniej wydawało się, że faworytem meczu będą gospodarze, w których zestawieniu miało zabraknąć jedynie kontuzjowanego Grzegorza Walaska, który upadł na tor podczas spotkania Elite League. W wyniku wypadku 38-latek doznał kontuzji lewej ręki i musiał przejść zabieg. Po Grand Prix w Warszawie okazało się jednak, że z bólem kolana boryka się Andreas Jonsson i jego występ w konfrontacji z Aniołami stał pod znakiem zapytania.
Torunianie z kolei do Zielonej Góry musieli jechać bez kontuzjowanego Adriana Miedzińskiego i bez Pawła Przedpełskiego, który co prawda szybko szybko dochodził po urazie z inauguracyjnego spotkania, ale nie był na tyle sprawny, aby walczyć na najwyższym poziomie. W tej sytuacji w składzie żółto-niebiesko-białych znalazło się dwóch juniorów - Paweł Wolender i Dawid Krzyżanowski, a toruński sztab szkoleniowy w Winnym Grodzie liczył szczególnie na Grigorija Łagutę i Chrisa Holdera, bowiem ci dwaj riderzy w przeszłości notowali dobre występy na zielonogórskim owalu i nieczęsto zdarzało się, aby dwaj zawodnicy jednej drużyny mieli w zestawieniach statystycznych średnią powyżej dwóch punktów na torze rywala.
W zaistniałej sytuacji trudno było wskazać jednoznacznego faworyta spotkania. Jedno było jednak pewne - w Zielonej Górze z pewnością nie mogło zabraknie emocji, a atmosferę podgrzewały jeszcze wspomnienia z kontrowersyjnego finału DMP z 2013 roku.
Ostatecznie po bardzo emocjonującym pojedynku  Falubaz Zielona Góra 47:43.
W drużynie z Torunia najskuteczniejszym zawodnikiem był Grigorij Laguta. "Griszka" świetnie się czuł na zielonogórskim owalu, skutecznie wykorzystywał dobrą dyspozycję i nawet po przegranym starcie mijał rywali na dystansie. Dobrze zaprezentował się z kolei Jason Doyle. Cenne punkty dorzucił także Kacper Gomólski i Chris Holder. Australijczyk wygrywał ważne biegi, włącznie ze swoim ostatnim startem. Poniżej oczekiwań spisał się zmiennicy zawodników kontuzjowanych.

Przed meczem ze Stalą Rzeszów, toruńscy kibice zostali zaskoczeni decyzją Karola Ząbika, który przed sezonem trenował z KS Toruń, ale ostatecznie powiedział "koniec z czynnym uprawianiem żużla". Karol po raz ostatni zaprezentował się w zawodach ligowych w ostatniej kolejce ubiegłego sezonu Ekstraligi, zdobywając na tle gdańskiego Wybrzeża jedenaście punktów i bonus. Pod koniec marca deklarował, że po sparingach byłby gotowy zasiąść do rozmów z kilkoma klubami. Działacze i ojciec zawodnika Jan Ząbik nie chcieli komentować decyzji 29-letniego zawodnika, a sam zainteresowany zdecydowanie deklarował, że to ostateczna decyzja i mimo, że próbował po kontuzjach wrócić co ścigania, to jednak dojrzał do decyzji o zawieszeniu skóry na przysłowiowym kołku.
Z kolei Adrian Miedziński ucieszył fanów z miasta Kopernika, bowiem wznowił treningi po ciężkiej kontuzji dłoni i pojawiła się szansa na majowy powrót Miedziaka do drużyny, a to oznaczało, że Anioły mogłyby w końcu walczyć o punkty w pełnym składzie.
Treningi wznowił również Darcy Ward, któremu kończyła się kara zawieszenia po tym, jak przed Grand Prix Łotwy w jego organizmie wykryto powyżej 0,10 g alkoholu na litr krwi. Według światowego kodeksu antydopingowego, zawieszony zawodnik wznowić treningi z zespołem lub korzystać z pomieszczeń i wyposażenia klubu lub innej organizacji członkowskiej będącej członkiem związku sportowego w (1) ostatnich dwóch miesiącach kary wykluczenia odbywanej przez zawodnika lub (2) po odbyciu trzech czwartych kary wykluczenia, przy czym obowiązywał okres krótszy. Zawieszenie Darcy'ego Warda kończyło się 28 czerwca, a więc Australijczyk mógł bez żadnych obaw wsiąść na motocykl i nabierać pewności w żużlowych ślizgach.
Niestety startom niesfornego Darcego przyglądały się również inne zespoły, a zwłaszcza będący w trudnej sytuacji mistrz polski z ubiegłego sezonu. Stal Gorzów zajmowała bowiem ostatnie miejsce w tabeli, dlatego działacze z tego klubu nie wykluczali wzmocnienia Darcy Wardem i zamierzał zachęcić zawodnika lepszym kontraktem, a to komplikowało zatrzymanie Kangura w Toruniu. Spokój w tej sprawie wykazywał Jacek Gajewski i komentował całą sytuację: Nie wiem, co zrobi Stal i powiem całkowicie szczerze, że wolę koncentrować się na naszej sytuacji. Mamy intensywny okres majowo - czerwcowy. Co tydzień będzie mecz. Ward nam wtedy nie pomoże, bo jest przecież zawieszony. Sens jego powrotu w lipcu będzie tylko wtedy, kiedy nasze położenie w tabeli będzie dobre i pozwoli realnie myśleć o awansie do czwórki. Musimy dobrze pojechać i nie możemy gubić punktów przede wszystkim na własnym torze. Idealnie byłoby przywieźć coś z wyjazdu. Zapewniam, że nie żyję tematem Warda, ale jestem z nim cały czas w kontakcie. Zna propozycję i jeśli powie nam "TAK", to jesteśmy gotowi, by w lipcu podpisać z nim kontrakt. Nasza oferta była w międzyczasie modyfikowana, ale nie są to istotne zmiany. Chodzi przede wszystkim o sposób podziału pieniędzy. Nie jest jednak tak, że co tydzień mu coś "dorzucamy". Wszystko rozbija się o kwestie techniczne, czyli o to, jak mają zostać wypłacone mu pieniądze, które proponuje KS Toruń. Kwota się nie zmienia.

Nic więc dziwnego, że po tych słowach najważniejsze dla KS Toruń, było kolejne spotkanie z podkarpackim zespołem. Niestety mimo sześciopunktowej wygranej jazda Aniołów wyglądała słabo. Rzeszowianie postawili spory opór Aniołom, a przecież nie należeli do potentatów ligi, bowiem ich skład był kompletowany niemal na ostatnią chwilę, gdy zapadła decyzja, że wystartują w rozgrywkach. Gdyby Petera Kildemanda nie poniosła fantazja i nie zostałby wykluczony z dwóch biegów, mogłoby być naprawdę nieciekawie dla gospodarzy, bo przecież samo zwycięstwo w kontekście walki o awans do play off to jeszcze mało, bo w przekroju całego sezonu warto myśleć o tak zwanym planie minimum, czyli odniesieniu takiej wygranej, która dawałaby przynajmniej pewność zdobycia punktu bonusowego w rewanżu. Gołym okiem było widać, że bolączką żużlowców z miasta Kopernika, był brak liderów z prawdziwego zdarzenia. A czekanie na to, aż upłynie kara Darcy’emu Wardowi, mogła skończyć się źle, bo Australijczyk na brak ofert nie narzekał i jeśli bowiem torunianie stracą za dużo punktów, Australijczyk w lipcu wybierze zapewne inny klub w którym będzie jeździł w play-off, bo to da mu gwarancję startów w czterech dodatkowych meczach.
Zatem zespół Aniołów musiał wziąć się do pracy już od kolejnego spotkania ze Stalą Gorzów i jechać do piekielnie mocnej Unii z Leszna po "najmniejszy wymiar kary".

Nie było to jednak zadanie łatwe, bowiem przed meczem z ubiegłorocznym drużynowym mistrzem polski w ekipie toruńskiej wszyscy trzymali kciuki za powrót Adriana Miedzińskiego do drużyny, który jak już wspomniano podczas kwietniowego spotkania brytyjskiej Elite League doznał złamania trzech palców u dłoni, a jeden poważnie rozciął. Kierownictwo "Aniołów" nie mogło za niego stosować przepisu o zastępstwie zawodnika i "Miedziaka" musieli zastępować młodzieżowcy KS Toruń: Dawid Krzyżanowski, Paweł Wolender oraz przede wszystkim Oskar Fajfer i Paweł Przedpełski. Adrian czuł się co prawda z każdym dniem coraz lepiej, odbył pierwsze treningi, ale ciągle stan jego ręki nie pozwalał na twarde ligowe ściganie. Ostatecznie "Miedziak" pojawił się w składzie i można powiedzieć poprowadził swoją drużynę do zwycięstwa.

W ekipie gorzowskiej tylko Bartek Zmarzlik potrafił pokazać swoją jazdą, że toruńczycy ścigają się z aktualnymi mistrzami polski.  Gorzowski junior nie stracił żadnego punktu w swoich sześciu startach, kończąc mecz z wynikiem 17pkt+1bonus. Zbliżony do niego poziom utrzymywał Niels Kristian Iversen, jednak to młodzieżowiec Stali zdobył więcej punktów niż pozostała piątka jego kolegów z drużyny. Dwudziestolatek był na torze niesamowicie szybki i niemal za każdym razem uciekał ze startu zawodnikom gości. Nic więc dziwnego, że trener Piotr Paluch nie szczędził gorzkich słów swoim zawodnikom po meczu. Oprócz wspomnianego Zmarzlika i Iversena, pozostali pojechali poniżej krytyki. Jeden przebłysk miał Tomasz Gapiński, a zaledwie pięć "oczek" zdobył kapitan drużyny Kasprzak, który wspólnie z Matejem Zagarem niemal rozpłynął się w tłumie zaraz po meczu.
Z kolei w zespole Aniołów na szacunek zasługiwała postawa Adriana Miedzińskiego, który wrócił po kontuzji w całkiem dobrym stylu, zdobywając 6 punktów. Jechał co prawda z tendencją spadkową, ale było to winą powracającego bólu ręki. Z tego też powodu Adrian sam oddał swój czwarty i piąty start młodszym kolegom, co torunianom skrupulatnie wykorzystali. Warto podkreślić, że prawie wszyscy zawodnicy gości bardzo dobrze poradzili sobie w Gorzowie. Cała ekipa pojechała równo, a na wyróżnienie oprócz Miedziaka zasłużył Grigorij Łaguta, który udowodnił, że zasługuje na miano lidera. Walecznością wykazali się też Australijczycy Chris Holder i Jason Doyle. Jedynym zawodnikiem ekipy z Torunia, który zaliczył bardzo słaby występ był "Ginger", który nie zdobył żadnego punktu, ale nie załamał się tym i cieszył wynikiem drużyny.
Czwarta z rzędu porażka Drużynowych Mistrzów Polski wprowadziła nerwową atmosferę. Piotr Paluch oddał się do dyspozycji zarządu, a zarząd mocno rozważał opcję zmiany trenera i przed kolejnym spotkaniem w Zielonej Górze żółto-niebiescy ścigali się już pod okiem nowego szkoleniowca, którym został doskonale znany w Toruniu - Stanisław Chomski. Piotr Paluch z kolei został skierowany do prowadzenia szkółki żużlowej. Gorzowianie wyciągnęli również konsekwencje wobec Mateja Zagara i Krzysztofa Kasprzaka, których zawieszono w prawach zawodnika i mieli oni pauzować podczas meczu w Zielonej Górze.

Problemy gorzowskie nie dotyczyły jednak toruńczyków, którzy byli już myślami w Lesznie. Torunianie chcieli iść za ciosem, ale nie czynili specjalnych przygotowań przed wielkopolską eskapadą. Wiadomym było bowiem, że lesznianie są piekielnie mocni i Anioły mimo, że jechały po zwycięstwo nie były stawiane w roli faworyta. Samo spotkanie, które stało na wysokim poziomie, a wynik ważył się do ostatniego biegu w którym szala zwycięstwa została przechylona na korzyść gości i mecz zakończył się sporą niespodzianką, bowiem KS Toruń pokonał faworyzowaną miejscową Unię Leszno, a do zwycięstwa żółto-niebiesko-białych walnie przyczynił się Jason Doyle. Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że cały mecz ustawiły pierwsze dwa wyścigi, w którch zupełnie niespodziewanie podwójne zwycięstwa odnieśli torunianie. Gospodarze sami jednak byli sobie winni, bowiem kompletnym niezrozumieniem wykazali się w pierwszej gonitwie dnia Piotr Pawlicki oraz Nicki Pedersen. Zespół gości jednak zasłużenie wygrał na stadionie im Alfreda Smoczyka. Po bardzo dobrym początku "Anioły" nawet na chwilę nie oddały prowadzenia i choć mecz był sporym sukcesem Aniołów, zastanawiała postawa dwójki gnieźnieńskich wychowanków startujących w barwach toruńskich. Zarówno Kacper Gomólski jak i Oskar Fajfer nie dostosowali się swoim poziomem do reszty zespołu w którym klasą dla wszystkich był wspomniany wcześniej Jason Doyle.
Trzeba jednak przyznać, że ekipie gospodarzy zabrakło naprawdę niewiele do końcowego sukcesu
. Wydaje się, że w główniej grubo poniżej swoich możliwości pojechał Nicki Pedersen. Popularny "Power" zdobył dla "Byków" tylko dziewięć "oczek". Sam zawodnik po meczu nie ukrywał swojego niezadowolenia. Ogromnego pecha mieli w tym pojedynku bracia Przemysław i Piotr Pawlicki. Obaj żużlowcy uczestniczyli w bardzo groźnie wyglądających upadkach. Lekarz zawodów pozwolił im co prawda na kontynuowanie zawodów, jednak dalsza jazda w nie sprawiała tym bardzo utalentowanym żużlowcom już takiej radości jak na początku starcia z toruńskimi "Aniołami".

Warto w tym miejscu dodać, że przed potyczką z lesznianami, toruńską kadrę zasilili nowi zawodnicy, którzy zdali żużlowe certyfikaty, a byli to:


Tomasz PRZYWIECZERSKI
rocznik 1997

Adrian BUŁANOWSKI
rocznik 1998

Patryk SIKORA
rocznik 1995

Marcin TUROWSKI
rocznik 1999
(do dn. 26.07.2015 może brać udział tylko z zawodach z udziałem zawodników młodzieżowych)

Igor KOPEĆ-SOBCZYŃSKI
rocznik 1999
(do dn. 17.06.2015 może brać udział tylko z zawodach z udziałem zawodników młodzieżowych)

W ramach szóstej kolejki Ekstraligi miał dojść do pierwszych w sezonie 2015 derbów Pomorza. Po piętnastu latach przerwy grudziądzanie zawitali ponownie do najwyższej klasy rozgrywkowej. Jednak nie tylko dla kibiców "Gołębi" było to dużym wydarzeniem, ale również w szeregach "Aniołów" nie skrywano radości, bowiem w ostatnich latach nie dane było na Pomorzu systematycznie oglądać rywalizacji miejscowych zespołów w najlepszej żużlowej lidze na świecie. Nic więc dziwnego, że na trybunach nie zabrakło kibiców grudziądzkich, którzy z oddalonego około 70 kilometrów Grudziądza m.in. pociągami sieci Arriva mogli przyjechać za darmo, bowiem regionalny przewoźnik, dzięki podpisaniu umowy z KS Toruń, w dniu zawodów świadczył swoje usługi przewozu ludności w zamian za okazanie biletu ze spotkania na MotoArenie i dotyczyło to również kibiców GKM.

Samo spotkanie od strony sportowej budziło spore emocje. Goście liczyli w szczególności na Tomasza Golloba, który doskonale czuł się na toruńskiej Motoarenie i przez dwa ostatnie dwa sezony zdobywał punkty dla miejscowego Unibaxu. IMŚ z roku 2010 na MotoArenie odjechał 21 łącznie ekstraligowych spotkań, wśród których wywalczył aż 232 punkty i 17 bonusów. Nie bez powodu, to właśnie Gollob miał poprowadzić GKM do satysfakcjonującego wyniku w Toruniu. Kibice i trener grudziądzan liczyli również na Krzysztofa Buczkowskiego, który wygrał jubileuszowy turniej Adriana Miedzińskiego. I choć przed rokiem w barwach tarnowskich "Jaskółek" nie zdobył w Toruniu żadnego punktu, wszyscy wiedzieli, że tegoroczny "Buczek" jest zupełnie innym zawodnikiem, niezwykle skutecznym i zadziornym. Niestety to były wszystkie atuty gości na Motoarenie, bo Rafał Okoniewski i Artiom Łaguta nigdy nie notowali udanych występów na toruńskim owalu, ale obaj żużlowcy zapowiadali, że ich celem jest przełamanie złej passy. Uzupełnieniem składu seniorskiego miał być debiutujący w barwach GKM-u Jurica Pavlic. Chorwat swój najlepszy ligowy występ w Toruniu zaliczył w 2013 roku, kiedy w sześciu biegach uzyskał trzynaście "oczek", jednak powtórzenie przez Pavlica tego wyniku byłoby sporą sensacją.

Na drugim biegunie byli gospodarze, którzy przystępowali do tego spotkania w znakomitych nastrojach. Radość ta wynikała z tego, że w poprzedniej kolejce, zespół z grodu Kopernika jako pierwszy w sezonie zdołał pokonać niezwykle silną ekipę Unii Leszno i to na jej terenie. Do tego triumfu poprowadził torunian Jason Doyle, zdobywca trzynastu punktów oraz pogromca w ostatnim biegu lidera Byków Emila Sajfutdinowa, co przesądziło o wyniku 46:44 na korzyść Aniołów. Zwycięska passa ekipy Jacka Gajewskiego trwała już od trzech spotkań i wydawało się, że powinna zostać przedłużona do czterech po spotkaniu z drużyną Roberta Kempińskiego. Kibice w Toruniu liczyli na występ wszystkich swoich czołowych zawodników, w tym Adriana Miedzińskiego, który wprawdzie w Lesznie nie był w stanie pojechać w wyścigach nominowanych, ale jego cztery starty mogły napawać optymizmem. Toruń miał jednak problem z wykreowaniem wyraźnego lidera zespołu. Jak do tej pory, w meczach przeciwko Sparcie Wrocław oraz Stali Rzeszów brakowało w "siódemce" Aniołów zawodnika, który poziomem przewyższałby wszystkich innych i zdobywał więcej punktów niż najskuteczniejsi rywale. O meczowych punktach toruńczyków decydował zazwyczaj bardzo wyrównany skład.

Ostatecznie w derbach toruńsko-grudziądzkich zwycięstwo na swoim koncie zapisali bardziej utytułowani toruńczycy, a na Motoarenie na medal spisała się nie tylko toruńska drużyna, ale i kibice. Do tej pory frekwencja na meczach Aniołów nie zachwycała działaczy, co na konferencji prasowej potwierdzał Przemysław Termiński. Winą za taki stan rzeczy można było obarczyć jednak późną godzinę rozgrywania spotkań. Derby Kujaw i Pomorza zaplanowane zostały jednak na 17:00 były więc prawdziwą próbą dla fanów toruńskiego zespołu, którzy wyszli z niej bez zarzutu. Mecz KS Toruń z GKM-em oglądał niemal komplet widzów.
Wśród zawodników na słowa uznania zasługiwał Holder, który dał się pokonać tylko dwa razy, ale w każdym z biegów gdy oglądał plecy rywala do końca wściekle walczył o pierwszą pozycję. Holder nie był jednak jedynym zawodnikiem, któremu wyszedł mecz z grudziądzanami. W drużynie Jacka Gajewskiego nie było w tym pojedynku słabych punktów. Nieco mniej punktów zdobył jedynie Adrian Miedziński, którego usprawiedliwiała świeżo wyleczona kontuzja. Należy jednak zaznaczyć, że "Miedziak" jeden z biegów wygrał, a w innym przyjechał za kolegą z pary. Każdy z żużlowców KS Toruń był w stanie nawiązać równorzędną walkę z najmocniejszymi ogniwami w talii Roberta Kempińskiego. Efektem tego były jedynie trzy biegi, w których torunianie nie dowozili do mety punktów.
Wśród gości nie było powodów do zadowolenia, bowiem nie zawiedli tylko Buczkowski i Artiom łaguta. Zawodnik, który miał być kluczowym ogniwem GKM-u - Tomasz Gollob, który nie ukrywał, że jest to jeden z jego ulubionych torów, a pięć lat temu ustanowił nie pobity przez lata rekord toruńskiego toru, w starciu z KS Toruń uzbierał zaledwie sześć punktów i taki wynik chluby mu nie przyniósł. Nawet jeśli rady Golloba niektórym żużlowcom GKM-u pomogły, to sam "Chudy" pojechał poniżej oczekiwań. Kiepsko zaprezentowała się również formacja juniorska, która należała na przestrzeni dotąd rozegranych spotkań do najsłabszych w Ekstralidze. W pojedynku z KS Toruń młodzi grudziądzanie zdobyli dwa punkty, co wypadało bardzo kiepsko w porównaniu do trzynastoma "oczkami" i trzema bonusami po stronie gospodarzy.

Po spotkaniu prezes toruńskiego klubu zaskoczył swoich kibiców i całą Polskę oznajmił na swoim profilu społecznościowym, że zawieszony przed rokiem Darcy Ward 29 maja 2015 roku, podpisał list intencyjny z KS Toruń na mocy, którego będzie reprezentował zespół Aniołów po zakończeniu zawieszenia (Australijczyk mógł wrócić do ścigania po 28 czerwca): Myślę, że czas ujawnić tą informację aby zakończyć niepotrzebne spekulacje. Jak Państwo wiecie rozmowy z D.Wardem trwały od dłuższego czasu. W ostatni piątek Klub otrzymał oficjalną informację, że list intencyjny/porozumienie pomiędzy D.Wardem a KS Toruń zostało podpisane. Kopia dokumentów dotarła już do Klubu. Zgodnie z ustaleniami zarówno z D.Wardem jak i z pozostałymi zagranicznymi zawodnikami naszej drużyny, D.Ward będzie zawodnikiem rezerwowym. Jeśli forma któregoś z naszych zawodników się pogorszy lub - odpukać - wydarzy nam się coś losowego, D.Ward będzie mógł takiego zawodnika zastąpić. Reasumując - mogę potwierdzić, że D.Ward pozostaje w Toruniu. Korzystając z okazji, chciałbym wszystkim Państwu podziękować za wczorajszą frekwencje i wyrazić nieśmiałą nadzieję, że tendencja ta będzie utrzymana do końca sezonu. Pozdrawiam. P.Termiński.
Sam zawodnik tak komentował swoją deklaracje przynależności klubowej: Mam wiele rzeczy zaplanowanych na ten miesiąc, w tym treningi na torze w Toruniu i Szwecji. Nie mogę się już doczekać momentu, kiedy z powrotem zobaczę się z moim teamem i odbiorę od nich klucze do warsztatu. Mieli naprawdę długie wakacje! Nie sądzę, abym musiał czekać na okazję, by wskoczyć do składu moich drużyn. Chcę dostać od razu swoją szansę. To jest mój cel i mam zamiar zrobić wszystko, aby bardzo mocno skupić się na tych występach, które mi pozostały. Toruń jest moim ulubionym torem na świecie, więc nie mogę się już doczekać.

Informacja ta ucieszyła wszystkich toruńskich fanów "Darkyego", jednak nikt się nie spodziewał, że sprawa kontaktu z niesfornym Australijczykiem nabierze dodatkowych rumieńców i podtekstów.

Przed kolejnym meczem w szeregach trouńskich nie planowano wspólnych treningów na MotoArenie, bowiem zawodnicy mieli zakontraktowane ściganie przez cały tydzień poprzedzający mecz. Paweł Przedpełski i Jason Doyle w dniu poprzedzającym siódmą kolejkę zmagań mieli pojawić się się w Pile na drugim meczu w ramach Polish Speedway Battle - w zawodach tych ostatecznie wystartował tylko ten drugi, bowiem toruński młodzieżowiec leczył urazy po upadkach. Wśród toruńczyków dużą niewiadomą pozostawała postawa właśnie Doyle’a. Australijczyk, którego talent eksplodował stosunkowo niedawno, tułał się w poprzednich latach najczęściej po torach zaplecza najlepszej ligi świata. Nie miał więc okazji, aby przetestować owal w Mościcach. A ostatnio łamało sobie na nim zęby wielu klasowych jeźdźców z czołówki światowej. Niewiadomą pozostawała też dyspozycja Adriana Miedzińskiego,, któremu brakowało występu z "zębem". Odjechał on już co prawda kilka turniejów po kontuzji, ale został przesunięty do drugiej linii i… chyba wziął sobie tę pozycję w składzie mocno do serca. Wyniki na poziomie sześciu punktów to nie był na pewno jego szczyt marzeń, a rozpoczęcie meczu z pól położonych bliżej bandy nie wskazywało, aby "Miedziak" mógł ten dorobek poprawić.
Menedżera "Aniołów" cieszyła natomiast rosnąca dyspozycja Chrisa Holdera. Co ciekawe "Chrispy" i Kacper Gomólski w barwach Poole Pirates rywalizowali z King's Lynn Stars, dla którego punkty zbierał Kenneth Bjerre. Wiadomym było, że nie sposób porównywać przeciętnej ligi angielskiej z profesjonalną rywalizacją w Polsce, ale fani mieli pewien przedsmak tego co mieli zobaczyć w Tarnowie. Języczkiem u wagi dla gości, były z kolei wyścigi z udziałem młodszego z braci Gomólskich, który trzy ostatnie lata spędził w zespole Jaskółek, gdzie bardzo rozwinął swoje żużlowe umiejętności. Mimo, że Jaskółki startowały na własnym torze, przedmeczowe spekulacje dawały więcej szans na końcowy tryumf przyjezdnym zwłaszcza, że niespodziewana absencja Madsena wprowadził małe zamieszanie w szeregach gospodarzy. Jednak toruńskich żużlowców spotkał zimny prysznic, a już pierwszy bieg pokazał, że "Jaskółki" nie oddadzą punktów bez walki i będą ciężkim przeciwnikiem. Ostatecznie Anioły po czterech wygranych z rzędu musiały przełknąć gorycz porażki 40:50. NIc więc dziwnego, że w ekipie Aniołów nie było powodów do radości, bowiem pierwsza część zawodów była totalną porażką i zanosiło się na pogrom, mimo iż Jaskółki jechały mocno osłabione. Podopieczni Jacka Gajewskiego zdołali jednak zmotywować się i końcówka pojedynku należała już do nich, dzięki czemu Anioły zdołały zmniejszyć rozmiary porażki. Wynik 50:40 stawiał torunian w dobrym położeniu przed meczem rewanżowym. Ale zdecydowanie lepiej na MotoArenie zapunktować musieli zawodnicy kontraktowani jako liderzy zespołu. Z zwłaszcza bezbarwny Łaguta, który zawiódł na całej linii. W meczu zdobył zaledwie pięć punktów, a jego forma tego dnia była tak słaba, że Jacek Gajewski nie zdecydował się wystawić go w biegach nominowanych. Rosjanin miał olbrzymie problemy ze spasowaniem się z torem oraz nawiązaniem rywalizacji z czołowymi zawodnikami gospodarzy.

Torunianie musieli wyciągnąć wnioski z meczu w Tarnowie i szybko o nim zapomnieć, a sztab szkoleniowy musiał mocno popracować nad motywacją zwłaszcza Grigorija Łaguty oraz Kacpra Gomólskiego i Oskara Fajfera, bowiem starcie pomiędzy Spartą Wrocław a KS Toruń mimo, że było spotkaniem dopiero dziewiątej kolejki mogło okazać się niezwykle ważne w kontekście jazdy obu drużyn w fazie play-off.
W siedmiu dotychczas rozegranych spotkaniach żużlowcy z Wrocławia zgromadzili dziewięć punktów, co dawało im drugie miejsce w ligowej tabeli. Podobnie przedstawiał się dorobek punktowy KS Toruń. Jednak wrocławianie, ze względu na remont Stadionu Olimpijskiego, zdążyli rozegrać już większość meczów na własnym obiekcie. Przed rokiem mecz w stolicy Dolnego Śląska zakończył się pewną wygraną torunian 58:32. O wysokim zwycięstwie gości zadecydowała jednak postawa żużlowców, których w niedzielnej potyczce zabrakło na torze we Wrocławiu. Emil Sajfutdinow (13 punktów) oraz Tomasz Gollob (8+1) zmienili bowiem pracodawców w polskiej lidze, zaś Darcy Ward (12+1) ciągle pozostawał zawieszony i nie mógł startować w żadnych oficjalnych zawodach. We wrocławskiej drużynie przed rokiem najlepiej wypadł Troy Batchelor (10 pkt), którego w sezonie 2015 nie było już w barwach Sparty. Mimo zeszłorocznej porażki wszyscy przed meczem stawiali na będących w "gazie" wrocławian. Nikogo więc nie zaskoczyło zwycięstwo gospodarzy 51:39, które obok dwóch meczowych punktów, dało też punkt bonusowy za lepszy wynik w dwumeczu. Sparta Wrocław zasłużenie wygrała to spotkanie. W przekroju całego meczu była drużyną lepszą i miała mniej dziur w składzie. Punkt bonusowy do ligowej tabeli również zdobyli podopieczni Piotra Barona bowiem pierwszy pojedynek tych zespołów na MotoArenie zakończył się remisem. Mecz nie był jednak zbyt ciekawym widowiskiem, za sprawą nawierzchni jaką przygotowano we Wrocławiu. Zawodnicy ścigali się tylko na pierwszym łuku, a później już tylko pilnowali swoich pozycji, bo o wyprzedzaniu nie mogło być mowy. Drużyna Sparty po raz kolejny pokazała, że potrafi wykorzystać atut własnego toru i pokonała KS Toruń 51:39. Jednym z liderów gospodarzy był doskonale znany w Toruniu Michael Jepsen Jensen, który od pewnego momentu wyrastał na jeden z filarów Sparty. Duńczyk słabo wypadł jedynie w ostatniej gonitwie, kiedy przyjechał na końcu stawki. Tak jak wspomniano na wstępie, menedżer Piotr Baron zaryzykował i dał szansę Damianowi Dróżdżowi, dla którego był to pierwszy występ w Ekstralidze. Wychowanek opolskiego Kolejarza zastąpił w składzie Adriana Gałę i pokazał się z dobrej strony. Najpierw w biegu młodzieżowców ograł bardziej doświadczonego Oskara Fajfera, a w następnej gonitwie na dystansie wywalczył punkt kosztem Adriana Miedzińskiego.
W drużynie gości zabrakło punktów liderów i w zaistniałych okolicznościach torunianie musieli liczyć na dobrą dyspozycję Adriana Miedzińskiego oraz Kacpra Gomólskiego. Jednak obaj zawodnicy zawiedli oczekiwania działaczy i kibiców - łącznie pojawiali się na torze czterokrotnie i nie zdobyli punktów. Byli wolni ze startu, na dystansie również nie potrafili uporać się z zawodnikami gospodarzy. Dość powiedzieć, że obecnie obaj żużlowcy są jednymi z najsłabszych polskich seniorów w Ekstralidze. Zdecydowanie więcej też można było wymagać od Chrisa Holdera. Australijczyk na początku zawodów był w stanie zdobywać jakieś punkty. Niestety trzy ostatnie biegi w wykonaniu tego zawodnika zakończyły się kompletną klapą. Ostatecznie Australijczyk swój występ zakończył z dorobkiem zaledwie pięciu "oczek", które wywalczył w sześciu startach. Nieco lepsze światło na Anioły rzucała postawa Grigorija Łaguty, który jako jedyny potrafił wygrywać biegi.

Po dwóch przegranych meczach wyjazdowych Anioły wracały na własny tor i w ramach dziesiątej kolejki żużlowej mieli podejmować w rewanżu ekipę Falubazu Zielona Góra.
Spotkanie pomiędzy Aniołami i Myszką Mickey jak zawsze wzbudzało sporo emocji. Z jednej strony drużyny walczyły bezpośrednio o miejsce w pierwszej czwórce na koniec sezonu zasadniczego, z drugiej konfrontacja obu ekip zawsze była długo wyczekiwana przez fanów obu ekip, wiadomym było bowiem, że przed laty oba kluby miały korzenie w strukturach LPŻ (Ligi Przyjaciół Żołnierza), ale w ostatnich latach nie pałały do siebie sympatią. W pierwszym spotkaniu na torze w Zielonej Górze, ekipa z południa województwa lubuskiego triumfowała 47:43. Przy tak nikłej przegranej ekipa z grodu Kopernika myślała realnie o wygranej i punkcie bonusowym. Przyjezdni nie zamierzali jednak składać broni i zapowiadali walkę o zwycięstwo.
A zwycięstwo gości było jak najbardziej realne, bowiem ostatnie występy ekipy Jacka Gajewskiego nie rzucały na kolana. Po porażce w Tarnowie, Anioły musiały uznać także wyższość Sparty Wrocław. Na cenzurowanym znajdowali się szczególnie obcokrajowcy reprezentujący klub z Torunia, gdyż na ich potknięcia czekał Darcy Ward, który miał reprezentować barwy klubu z grodu Kopernika od lipca. Najsłabszym punktem w teamie Aniołów we Wrocławiu był Chris Holder. Australijczyk zakończył spotkanie zaledwie z pięcioma punktami, które uzyskał w sześciu startach i aż trzykrotnie przyjeżdżał na końcu stawki. Dużo lepiej w stolicy województwa Dolnośląskiego spisywał się Grigorij Łaguta, który z kolei jeździ bardzo nierówno i musi z pewnością ustabilizować swoją formę. "Bezpieczny" był z kolei Jason Doyle, który nie zawodził i regularnie dostarczał swojej ekipie ważne punkty. Spośród Polskich zawodników we Wrocławiu nie zawiódł jedynie Paweł Przedpełski, zaś Kacper Gomólski, Adrian Miedziński i Oskar Fajfer zdobyli łącznie jeden punkt i wyglądali bardzo blado na tle drużyny Piotra Barona. O ile w przypadku "Miedziaka" można mówić o wypadku przy pracy, o tyle dwaj pozostali zawodnicy zawodzili już od dłuższego czasu. Szczególnie w przypadku Fajfera, oczekiwania były dużo wyższe. Wśród fanów z Torunia padały nawet głosy, że może czas najwyższy dać szansę występu Dawidowi Krzyżanowskiemu, lecz w awizowanych składach pojawił się ciągle były zawodnik Startu Gniezno.
Ostatecznie po bardzo zaciętym meczu ekipa KS Toruń pokonał osłabioną brakiem Jarosława Hampela i kontuzjowanego już w pierwszym biegu Grzegorza Walaska drużynę Falubazu Zielona Góra 46:43. Prawdziwą bolączką Jacka Gajewskiego był w tym spotkaniu brak lidera, na którego mógłby liczyć zespół w każdym spotkaniu i niemal w każdym biegu. Tydzień wcześniej najskuteczniejszy okazał się Grigorij Łaguta, zaś z zerowym dorobkiem z Wrocławia wyjechał Adrian Miedziński. Na MotoArenie z kolei to "Miedziak" zdobył najwięcej punktów w ekipie Aniołów, a nieco słabiej spisali się Łaguta Wcześniej pierwsze skrzypce w zespole grali Chris Holder oraz Jason Doyle. Nic więc dziwnego, że brak zdecydowanego lidera mógł być jednym z czynników, dla których torunianie roztrwonili dwunastopunktową przewagę i w ostatniej chwili wypuścili z rąk punkt bonusowy.
Niestety dla drużyny spod znaku Myszki Mickey punkt bonusowy po weryfikacji wyniku został zapisany na koncie KS Toruń Przed meczem pobrano próbki do badania antydopingowego od trzech zawodników, a byli to Chris Holder, Adrian Miedziński oraz Aleksandr Łoktajew. O ile badanie dwóch pierwszych zawodników było negatywne o tyle próbki Łoktajewa musiały być przebadane ponownie, bowiem wykryto w nich niedozwolone środki (marihuanę). Niestety był to już drugi przypadek w ekipie z Zielonej Góry, kiedy to w krótkim czasie w organizmie żużlowca wykryto niedozwolone substancje. Przed rokiem na próbie antydopingowej poległ Patryk Dudek, a teraz podobny los spotkał Łoktajewa. Komisja dyscyplinarna ukarała zawodnika, a klub otrzymał karę w postaci weryfikacji wyniku (odebrano drużynie 4 pkt. zdobyte przez Łoktajewa) i Anioły otrzymały niejako w prezencie punkt bonusowy, o który tak zaciekle walczyły do ostatniego biegu. Nie był to jednak punkt który cieszył, bo wynik powinien być ustalany na torze, ale z drugiej strony młody zielonogórski żużlowiec powinien wiedzieć na czym polega profesjonalne uprawianie sportu żużlowego, dlatego na nic zdały się tłumaczenia, że był to "urodzinowy incydent", bo zazwyczaj przyłapani na zażywaniu środków niedozwolonych sportowcy tłumaczą się w podobny sposób.

Kolejny mecz była to potyczka w zaległym spotkaniu ósmej kolejki, a rywalem Aniołów była Stal Gorzów. Dla przyjezdnych mecz w Toruniu był kolejnym, w którym występowali "z nożem na gardle". Po fatalnym początku sezonu, szanse na awans do pierwszej czwórki mocno się zmniejszyły i ekipa Stanisława Chomskiego musiała szukać punktów także w meczach wyjazdowych, nawet na tak trudnych terenach jak toruńska Motoarena, jeśli chcieli  do końca liczyć się w walce o awans do strefy medalowej. W ostatecznym rozrachunku kluczowe mogły być punkty bonusowe.
Toruńczycy z kolei byli jak do tej pory niepokonani przed własną publicznością, ale przed meczem zostali bardzo poważnie osłabieni, bowiem w spotkaniu nie mógł wystąpić Grigori Łaguta, który został zawieszony przez FIM za odmówienie startu w barażu DPŚ w Vojens. Zawieszenie wprawdzie obejmowało tylko jedno spotkanie, ale mogło okazać się ono bardzo kosztowne, zwłaszcza, że zawieszony został również rezerwowy toruńskiego klubu Wiktor Kułakow.
Główna Komisja Sportu Żużlowego o zawieszeniu zawodników Rosyjskich poinformowała w komunikacie, który wynikał z decyzji podjętej przez Jury FIM Podczas zamkniętego posiedzenia:
KOMUNIKAT NR 56/2015
Główna Komisja Sportu Żużlowego
Informujemy, że podczas zamkniętego posiedzenia Jury Race-Off Drużynowego Pucharu Świata w Vojens w dniu 11.06.2015r. zajęło się sprawą nieobecności zawodników Rosji.
Ustalono, że Jury nie może zignorować zaświadczenia lekarskiego , ale też zaakceptować nieobecności Grigori Laguty z powodu problemów z przyjazdem na zawody.
Jury postanowiło, że Grigori Laguta będzie ukarany kwotą 1200 Euro zgodnie z art. 070.14.3 FIM Track Racing Appendices.
Ponadto Jury zawiesiło do dnia 14.06.2015r. do godz. 24.00 wszystkich siedmiu zawodników, którzy zostali zgłoszeni na oficjalnym druku FIM Official Entry Form, oprócz zawodników uczestniczących w zawodach (Renat Gafurov, Vitalii Belousov, Andrei Kudriasov) – zgodnie z art. 078.3.3 2015 FIM Speedway World Cup Regulations.
Menedżer Drużyny Rosji – Andrey Savin został poinformowany o decyzji podczas drugiego posiedzenia Jury.
Lista zawodników zawieszonych do dnia 14.06.2015r. do godz. 24.00:
    1. Victor Kulakov (nr licencji: 5120040 + 5900048)
    2. Vadim Tarasenko (nr licencji: 5120260 + 5900086)
    3. Emil Sayfutdinov (nr licencji: 5120018)
    4. Artem Laguta (nr licencji: 5120159 + 5900056)
    5. Grigori Laguta (nr licencji: 5120240 + 5900062)
    6. Vladimir Borodulin (nr licencji: 5120134 + 5900084)
    7. Ilia Chalov (nr licencji: 5120135 + 5900085)

Grigorij Łaguta był zaskoczony zawieszeniem przez FIM i tłumaczył swoją nieobecność w Vojens faktem, że jego bus zepsuł się w okolicach Wilna. A Jacek Gajewski komentował całe zajście: Zawodnik sam musi to wyjaśnić. My jako klub nic nie możemy w tej sprawie zrobić, bo nie jesteśmy stroną postępowania. Rozmawiałem z Grigorijem i jest decyzją FIM mocno zaskoczony. Ja nie do końca, bo już wczoraj (w czwartek) miałem sygnały, że może dojść do jego zawieszenia. Będzie próbował się bronić i zobaczymy, co z tego wyniknie
Z kolei Wiktor Kułakow wydał stosowne oświadczenie:
Decyzja FIM jest dla mnie niezrozumiała. Jako Rosjanin byłem, jestem i zawsze będę gotowy do reprezentowania mojego kraju w zawodach rangi międzynarodowej. Otrzymałem powołanie do reprezentowania Rosji w Rundzie Kwalifikacyjnej Drużynowego Pucharu Świata w niemieckim Landshut i wystartowałem w tych zawodach, uzyskując wraz z moimi kolegami z zespołu awans do półfinału. Decyzją kierownictwa reprezentacji, na turniej półfinałowy powołani mieli zostać zawodnicy, którzy dysponują większym doświadczeniem. W pierwotnej wersji mój start nie był brany pod uwagę. W związku z rezygnacją Emila ze startu w półfinale z powodu złego stanu zdrowia wynikającego z upadku, otrzymałem telefon od trenera Sawina z pytaniem czy mógłbym wystartować w turnieju półfinałowym w Gnieźnie. Niestety w tamtym momencie byłem już w podróży z zawodów z Olching do Rosji, aby podpisać kontrakt z jednym z rosyjskich klubów. Obecnie kwestia parafowania tej umowy jest finalizowana. Moja absencja w turnieju barażowym Drużynowego Pucharu świata wynikała natomiast z braku powołania mnie na te zawody. Dziwi mnie także fakt, że ja i mój team o decyzji dotyczącej zawieszenia dowiadujemy się z mediów. Nie pozostaje mi nic innego jak dostosować się do decyzji, mimo że jest ona dla mnie całkowicie niezrozumiała. Wyjaśnienia dotyczące zaistniałej sytuacji pozostawiam rodzimej federacji oraz FIM.
Ze sportowym pozdrowieniem
Viktor Kulakov

Rosyjskim żużlowcom jednak się upiekło, bowiem finał DPŚ przesunięto na następny dzień, dlatego cała kolejka Ekstraligi została odwołana i przeniesiona na 19 lipca 2015 roku, a na mocy wspomnianego zawieszenia, wymienieni zawodnicy nie mieli prawa wziąć udziału w oficjalnych zawodach dzień przed, w dniu i dzień po terminie, w którym ma zostać rozegrany finał Drużynowego Pucharu Świata. Oczywiście najbardziej uderzało to w największe gwiazdy rosyjskiego speedwaya i najmocniejsze polskie kluby, które są pracodawcami dla Łagutów, czy Sajfutdinowa.

Dla toruńczyków jednak termin 19 lipca 2015 był bardzo nerwowym dniem, bowiem dwa tygodnie wcześniej w lidze szwedzkiej upadł Paweł Przedpełski i złamał obojczyk i nie wiadomo było czy będzie zdolny do rywalizacji. Młodzieżowiec KS Toruń, został jednak szybko postawiony w stan gotowości i po tygodniu od feralnego zdarzenia, ścigał się już w pierwszej rundzie IMŚJ. Paweł odpuścił sobie co prawda finał MIMP, bowiem odczuwał dyskomfort podczas jazdy, ale jego występ w przełożonym meczu przeciwko Stali Gorzów był niezagrożony. Toruński wychowanek w jednym z wywiadów przyznał, że początkowo nie dowierzał, że tak szybko powróci do rywalizacji na torze: Gdy obudziłem się po operacji, myślałem, że nie ma szans, bym już za chwilę mógł myśleć o ściganiu. Dzięki lekarzom, na czele z ortopedą Damianem Janiszewskim, możliwe stało się jednak to, bym wybrał się na turniej do Lonigo. Mój dorobek punktowy po tych zawodach nie jest może bardzo okazały, ale w żadnym wypadku nie żałuję, że się tam wybrałem. Chciałem podziękować firmie Marwit Macieja Jóźwickiego, bo bardzo mi pomogli w tej podróży. To dzięki niemu mogliśmy polecieć w obie strony prywatnym samolotem. Mam w kości blachy i osiem śrub. W czasie zwykłego chodzenia nie odczuwam dyskomfortu, ale kilkunastogodzinna podróż samochodem do Włoch nie byłaby dla mnie przyjemnym doświadczeniem.

Przed drugim podejściem do spotkania zaległej, ósmej kolejki Ekstraligi, w zespole KS Toruń najwięcej mówiło się jednak o Darcym Wardzie. Wielu kibiców toruńskiej drużyny oczekiwało, że gdy tylko otworzy się okno transferowe to Australijczyk podpisze kontrakt z zespołem z Torunia i być może nawet zadebiutuje w starciu z Stalą Gorzów. Tymczasem żużlowiec w sezonie AD 2015 zlekceważył dane w liście intencyjnym słowo i zmienił barwy klubowe z toruńskich na zielonogórskie. O tym jednak za chwilę!!! Mimo braku Warda, torunianie nadal pozostawali faworytem spotkania na Motoarenie. Samo spotkanie w Toruniu od początku zapowiadało się niezwykle emocjonująco i kibice z zaciekawieniem kalkulowali jak drużyny przepracowały kilkunastodniowa przerwę w rozgrywkach ligowych z uwagi na rozgrywany DPŚ. Jednak ekipa Jacka Gajewskiego, po bardzo długim meczu bez problemów pokonała Stal Gorzów 56:33. Jeśli ktoś na Motoarenie w niedzielny wieczór tęsknił jeszcze za charakterem, nieustępliwością i geniuszem żużlowym Darcy Warda, szybko się z tej tęsknoty mógł wyleczyć. Dynamika, odwaga, luz, fantazja - te cechy KS Toruń musiały oczarować nawet sceptyków. To był prawdziwy pokaz siły klubu żużlowego z Torunia. Ostentacyjny, potężny, niepozostawiający złudzeń, klub z Gorzowa, ubiegłoroczny mistrz ekstraligi, jechał do Torunia z nadzieją na zwycięstwo - najlepiej z bonusem - który przedłużałby jego szanse na awans do play-off, w Toruniu boleśnie zderzył się ze ścianą. Zderzył się, bo na przedziwnym torze nasiąkniętym litrami wody po nawałnicy i prawie dwugodzinnej przerwie, torunianie niespodziewanie czuli się jak ryba w wodzie. Kiedy nad Motoareną przeszła ulewa, spodziewano się, iż to Stal będzie w takich warunkach lepsza. KS Toruń miał na trudnej nawierzchni stracić atut swojego toru, a wymęczone seriami kontuzji ciało Chrisa Holdera ograniczać jakąkolwiek walkę w błocie. Tymczasem to właśnie Holder i Jason Doyle fruwali wręcz po Motoarenie w sposób niedościgniony dla liderów gorzowian. Pierwszy z Australijczyków zadziwiał i choć w sezonie miewał mecze, w których można było mu zarzucić pasywność, brak odwagi, przymykanie gazu w sytuacjach ryzykownych. Ale w niedzielę Holder pędził w Toruniu tak, jak kiedyś - gdy zdobywał mistrzostwo świata, a tysiące ludzi na trybunach Motoareny miało go za żużlowego półboga. Podobnie wyglądał Doyle. Wygrywał starty, mądrze rozgrywał pierwszy łuk, podejmował doskonałe decyzje. Tak dobrego meczu australijska para w Toruniu jeszcze nie zaliczyła. I wyraźnie nie brakowało temu duetowi trzeciego do zabawy Warda. Holder i Doyle w sumie zdobyli 26 z 56 punktów KS Toruń - zaliczyli przy tym po jednym bonusie. Bohaterów KS Toruń miał w niedzielę więcej, bo świetnie jechał ciągle obolały po złamaniu obojczyka Paweł Przedpełski, ale i chociażby Kacper Gomólski, który imponował walecznością i agresywnością na torze.

Wróćmy jednak do długo wyczekiwanego kontraktu z Darcy Wardem.
15 lipca otworzyło się okienko transferowe. Działacze KS Toruń mogli zatem sfinalizować formalności kontraktowe z Darcym Wardem, który podpisał wcześniej z klubem list intencyjny i i wszyscy wierzyli, że nie będzie problemów z szybkim podpisaniem umowy. Wielu liczyło, że zawieszony Australijczyk wesprze zespół w pojedynku ze Stalą Gorzów. Toruńczycy asekurowali się jednak i podpisując list intencyjny z zawodnikiem zastrzegali w nim, że otrzyma on miejsce w "Anielskim" składzie jeśli jego forma będzie na tyle wysoka, aby zespół zyskał na swojej sile uderzeniowej. Kangur jednak już od pierwszych startów potwierdził, że przerwa w ściganiu nie oduczyła go jazdy w lewo. Australijczyk pojechał w dwóch meczach Elite League. Najpierw jego Swindon Robins przegrało z Leicester Lions 42:49, a on sam zdobył 15 punktów. W kolejnym meczu Ward pojechał przeciwko swojej byłej drużynie - Poole Pirates i wywalczył 11 punktów w wygranym spotkaniu (50:42). Dla porównania startujący w barwach Piratów Chris Holder zapisał na swoim koncie zaledwie 5 "oczek". Jednak po tych startach menadżer Jacek Gajewski mimo, komplementował Australijczyka, ale zaczął wypowiadać się ostrożnie na temat jego angażu w Toruniu: - Potwierdza się, że Ward nie będzie mieć od początku problemów ze zdobywaniem punktów. Potrafi jeździć na żużlu i pierwsze sygnały są takie, że ta przerwa nie wpłynęła na niego negatywnie. Jest w dobrej formie mimo wszystkich przeciwności, z którymi się zmagał. Liga angielska nie jest wprawdzie strasznie mocna, ale z drugiej strony jeździł z zawodnikami, którzy obecni są w cyklu Grand Prix i w lidze polskiej. Bardzo dobrze sobie w tym towarzystwie poradził. Nie wiem czy Ward wystartuje z Gorzowem, musimy mieć najpierw kontrakt i załatwione wszystkie formalności wiążące się z jego zgłoszeniem. Wtedy możemy rozmawiać o niedzielnym meczu i jego ewentualnym udziale w tym spotkaniu. Czy jest szansa, że kontrakt będzie w tym tygodniu? Chciałbym, żeby tak było. Nie ma jednak podpisów obu stron. Taki dokument fizycznie nie istnieje, ale mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni.

Podpisanie kontraktu miało nastąpić w czwartek przed meczem z gorzowianami. Tak się jednak nie stało. Mimo, że doszło do spotkania strony nie doszły do porozumienia i kolejną turę rozmów zaplanowano na piątek. Jednak do piątkowego spotkania nie doszło, bowiem zawodnik je odwołał i poinformował działaczy, że wybiera ofertę z Zielonej Góry. O fakcie tym poinformował na profilu społecznościowym prezes Przemysław Termiński: D.Ward odwołał jutrzejsze spotkanie. Klub nie może i nie zamierza spełnić jego oczekiwań. Zapewniam, że nie chodzi o finanse. Nie zamierzamy również dochodzić od D.Warda podpisania kontraktu w oparciu o zawarty list intencyjny. Jako Klub doskonale rozumiemy, ze po rocznej przerwie D.Ward chce mieć głównie gwarancję startów, a tej nie możemy mu zapewnić. Nie możemy mu zapewnić również tego z kim będzie lub nie będzie jechał w drużynie w kolejnych meczach. Skład drużyny na każdy mecz ustala manager Jacek Gajewski a nie zawodnicy. Życzę temu młodemu zawodnikowi dużo sukcesów. Jeśli strony będą miały taką wolę, do rozmów będą mogły wrócić przy okazji kolejnych sezonów. KS Toruń jedzie dalej. Przed nami jeszcze 5 meczów rundy zasadniczej. Mamy mocny skład zbudowany na cały sezon. W niedzielę zmierzymy się z aktualnym Mistrzem Polski. To będzie mecz na wagę play-off. Do zobaczenia na MA. ‪#‎gramyfair‬.‬‬‬‬‬‬‬‬‬‬‬‬‬‬‬

Natomiast Ward odnosząc się do słów toruńskiego prezesa przeprosił kibiców z Torunia za brak porozumienia z klubem i napisał, że "relacje z innymi zawodnikami są więcej warte". I słowa te wywołały najwięcej kontrowersji, a wyjaśnił je Jacek Gajewski, uchylając nieco kuluarowych negocjacji: Darcy Ward nie będzie startować w Toruniu, mimo że wcześniej podpisał z klubem list intencyjny. To jednak pokazuje, że żużel jest obdarty z jakichkolwiek wartości Zawodnik wybrał inną drogę niż ta toruńska. Nie chcę za dużo na ten temat mówić, bo wolałbym, żeby wszyscy ludzie wokół ocenili to, co się wydarzyło. Dla mnie i dla nas w klubie słowo ma dużą wartość, i nie zamierzamy zmieniać zasad postępowania i będziemy do końca grać fair. Bardzo cieszy mnie w związku z tym honorowe zachowanie prezesa Przemysława Termińskiego. Ono jest rzadko spotykane w środowisku żużlowym. Nie będziemy wnosić pretensji i podnosić tematu listu intencyjnego, który został wcześniej podpisany z Wardem. Mam nadzieję, że żużlowiec to doceni. Moje zdanie w pewnych kwestiach się nie zmieniło. Nie jestem zwolennikiem robienia czegokolwiek na siłę. Nadal podtrzymuję, że wartość czyjegoś słowa i podpisu powinna dużo znaczyć. To była twarda, publiczna deklaracja żużlowca. Z takich umów też należy się wywiązywać. Nie rozpatruję jednak tego w kategoriach, że tak powinno być w środowisku żużlowym. Dla mnie to podstawa relacji międzyludzkich.
W negocjacjach nie poszło jednak o pieniądze, ale o to, że Ward chciał ustalać i to był chyba główny punkt, który zaważył na tym, że nie będzie Australijczyka w Toruniu. W pewnym momencie powstał problem, o którym Ward wcześniej w ogóle nie wspominał. Tak nie powinno być, bo on przecież doskonale wiedział, jaki jest skład naszego zespołu, kto znajduje się w kadrze i jak spisują się poszczególni zawodnicy w meczach ligowych. Ward nie tylko chciał negocjować swój kontrakt, ale jednocześnie podnosił temat, kto ma jeździć, a kto nie jego kosztem. To jest nie do przyjęcia. Przyjaźń pomiędzy zawodnikami to z pewnością rzecz cenna. Trzeba jednak patrzeć przez pryzmat całego zespołu, innych żużlowców i kibiców. Zresztą, doskonale wiem, że szybko zapomina się rzeczy, które komuś zawdzięczamy. Nie zamierzam mocno grzebać w przeszłości, ale Darcy naprawdę powinien sobie przypomnieć, kto i jak pomógł mu w 2009 roku, kiedy przyjechał z Australii w podartym kombinezonie i bez sprzętu. To była grupa ludzi, od której on się trochę odwrócił. Jeśli chciał zachować się honorowo wobec swojego przyjaciela, to miał takie prawo, ale należało o tym powiedzieć nam wcześniej. Tego jednak nie zrobił. Nie podważam jednak przyjaźni i myślę, że w tym profesjonalnym sporcie też jest miejsce na przyjaźń. Ja jednak odbieram to różnie. Niech mi pan wierzy - ludzie w środowisku żużlowym bardzo szybko o niektórych rzeczach zapominają. Dotyczy to także kwestii, w których sporo komuś zawdzięczają. W sporcie zresztą zdarza się, że zawodnicy negocjują kontrakty w pakiecie. Tak jest między innymi w kolarstwie. Jak jeden zmienia grupę, to drugi idzie za nim. To można przyjąć, ale Darcy nie negocjował swojej umowy w pakiecie z innym żużlowcem.
Nie wiem, jaka będzie przyszłość Holdera w Toruniu, bo nawet nie potrafię powiedzieć, czy ja tę kwestię będę rozstrzygać. Jest za wcześnie, żeby podnosić takie tematy. Mam swoje przemyślenia, ale niech pan pozwoli, że zachowam to na razie dla siebie. Teraz liczy się drużyna i jej wynik, bo żużel jest od pewnego czasu obdarty z jakichkolwiek wartości. W Toruniu naszym działaniom przyświeca hasło "gramy fair". Staramy się go trzymać. Proszę pamiętać, że ja chciałem Warda w Toruniu i doskonale rozumiem, że większość kibiców myślała podobnie, mimo jego różnych wpadek. Czasami zostawiał drużynę w trudnej sytuacji, bo był lekkomyślny, ale wszyscy w niego wierzyliśmy. Nic nie poradzimy jednak na to, że zawodnik zachował się tak, a nie inaczej. Wiedział, jaka jest sytuacja, do pewnych rzeczy się zobowiązał, a później zmienił zdanie. Czekaliśmy na niego zimą, kiedy był zawieszony, wiele rzeczy robiliśmy w porozumieniu z nim. Doskonale wiedział, że budujemy zespół, który ma walczyć o play-off. Ciągle jesteśmy w grze o ten cel, bo wielu zawodników wykonało olbrzymią pracę. Teraz miałem odsunąć kogoś, kto się do tego mocno przyczynił, żeby zrobić miejsce nie tylko dla Darcy'ego ale kogoś jeszcze? I zrobić to kosztem lepszego żużlowca? To byłoby nie fair, a tak jak powiedziałem, my chcemy grać fair. Do końca.

Całą sprawę komentowało też środowisko żużlowe, które komplementowało działaczy toruńskich, za to że nie ugięli się pod presją zawodnika.
Najtrafniej całą sytuacją zdiagnozował były wielokrotny żużlowy medalista mistrzostw świata Zenon Plech:
 Ciężko w takim klubie jak Toruń dyktować warunki, zwłaszcza, gdy jest się tylko najemnikiem. To pracodawca daje pracę, płaci i wymaga. Nie może być na odwrót. Nie powinno być tak, że przychodząca do klubu gwiazda zaczyna się rządzić. Torunianie dobrze zrobili, nie zgadzając się na oczekiwania Australijczyka. Darcy Ward wzmocnił ostatecznie Falubaz Zielona Góra. Początkowo walczyły o niego także inne kluby, ale zniechęciły się oczekiwaniami finansowymi samego zawodnika. Wynika to z tego, że cały bałagan w naszym żużlu wziął się z ambicji prezesów, którzy zaczęli się licytować i przepłacać za zawodników. Takie są tego efekty. Dopóki będzie wolna amerykanka i różne stawki za punkt, do niczego dobrego nie dojdziemy. Niejasna jest też sprawa, jaką są pieniądze za kontrakt. Na co teraz w trakcie sezonu Ward je przeznaczy? Chyba nie na przygotowania sprzętowe. Nie podoba mi się pomysł płacenia za podpis. O wysokie wynagrodzenie powinno się walczyć na torze.
Plechowi wtórował były prezes klubu z Częstochowy Marian Maślanka:
Bez wątpienia jak na razie wydarzeniem tego tygodnia jest sprawa Darcy'ego Warda, który zdecydował się na starty w Falubazie Zielona Góra. Z całą pewnością to wzmocnienie tego zespołu, ale ten transfer niestety nie przynosi splendoru dyscyplinie. To raczej potwierdza tendencję, która ma miejsce w polskim żużlu i w całym sporcie - wartości tracą sens. Najważniejszy jest pieniądz, który determinuje wszystko. Listy intencyjne, danie sobie słowa czy pomaganie w karierze we wcześniejszych etapach - to już do niczego nie zobowiązuje. Niestety. Ten system wartości jest bardzo przykry i mam wrażenie, że najtrudniej pogodzić się z nim kibicom naszej dyscypliny. Oni jednak wkładają w to wszystko duże emocje, często całe swoje serce. Zawodnicy tego w ogóle nie doceniają. Są firmami, które mają zarabiać pieniądze. Cała otoczka interesuje ich coraz mniej. To nie wróży najlepiej.
Kilka lat temu cała żużlowa Polska była przeciwko Toruniowi, kiedy ten uciekał z finału Ekstraligi w Zielonej Górze. Mam wrażenie, że teraz działania tego klubu w sprawie Warda sprawiły, że zyskał on poparcie nie tylko swoich fanów, ale także wielu sympatyków dyscypliny z całej Polski. Ja sam również w popełni popieram to, co obecnie robi zarząd klubu i jego menedżer. To jest właściwy kierunek, który może zapewnić żużlowi lepszą przyszłość. Klub toruński jawi się w tej chwili jako taki ostatni Mohikanin, choć to może za duże słowo. Na pewno są jednak jednymi z nielicznych, którzy potrafią postępować w racjonalny sposób i trzymają się zasady fair. Widać, że starają się realizować to, co zostało obiecane.
Kulisy całej sprawy nie są mi znane, ale wygląda to wszystko dziwnie. Darcy Ward podpisał przecież list intencyjny i doskonale wiedział, jaka jest sytuacja w drużynie. Musiał zdawać sobie sprawę, że są trzy miejsca dla obcokrajowców, on jest czwarty i ktoś będzie musiał usiąść na ławce rezerwowych. Nie wiem, jak wyglądały rozmowy z klubem, czy on poruszał ten temat od razu, czy zrobił to dopiero na końcowym etapie, kiedy otrzymał więcej ofert. Jego zachowanie wydaje mi się jednak niezrozumiałe.
Ward i Holder podkreślają teraz swoją przyjaźń. Ten drugi dziękuje temu pierwszemu. To cenne, ale uważam, że taka zażyłość nie powinna się objawiać w taki sposób. Postawa tej dwójki jest dla mnie nieprofesjonalna. Oni mogą się lubić, ale na żużlu są w pracy, a tam na takie gesty nie ma miejsca. A może i jest, ale nie można tego robić w taki sposób. Ward miał prawo być lojalny, ale należało o tym wcześniej poinformować działaczy. Śmiało mógł wyjaśnić klubowi już dawno, że nie zamierza pozbawiać startów swojego serdecznego przyjaciela. Oni pchali ten wózek razem aż do końca i stanowisko zmieniło się dopiero na ostatniej prostej, co zaowocowało zerwaniem rozmów. To było mało poważne.
Nie wiem też, jak to, co się stało wpłynie na przyszłość Chrisa Holdera w Toruniu. Pewne jest dla mnie to, że on teraz pojedzie pod dodatkową presją, która będzie ogromna. Kibice będą oczekiwać od niego, by udowodnił, że jest wart miejsca w tej drużynie. Moim zdaniem to nieuniknione. A toruńscy działacze zimą z pewnością będą mieli o czym myśleć.
Ten transfer budzi wiele emocji w Zielonej Górze. Nastąpił zgrzyt, kontrowersji jest wiele. Czy kibice Falubazu pokochają Warda? Nie mam pojęcia, ale to wszystko nie wydaje mi się łatwe. Dla nich to jest trudna sytuacja, bo oni bardzo mocno szanują swoje barwy klubowe. To dobro najwyższe. Magia Falubazu teraz może nieco przyblakła, ale nie mam wątpliwości, że kibice nadal stoją murem za swoim klubem. Nie będzie im łatwo przyjąć Warda.

A sam Darcy Ward tak wypowiadał się o sobie samym: "Jestem najlepszy na świecie". Byle gdzie jeździł nie będę, a klub chciał podpisać ze mną umowę i decydować do jakiego klubu będę wypożyczony.

Cała akcja z Wardem pokazuje ile warte są słowa prezesów o oszczędnym życiu i wyrzuceniu licytacji i podbijania stawek z żużlowego cennika. Nawet ci, którzy zwykle mają usta pełen frazesów licytowali ostro i do samego końca. Najwyższy czas skończyć z hipokryzją. Najwyższy czas skończyć z pisaniem tekstów opartych o wypowiedzi prezesów lamentujących, że mają mało kasy, że na nic im nie starcza, że jest po prostu źle. To jest zwykłe bałamucenie opinii publicznej i robienie ludziom wody z mózgu.

Decyzja Warda niosła za sobą dodatkowe konsekwencje dla Aniołów, bowiem torunianie przed sezonem wypożyczyli do Rybnika Maxa Fricke. W trakcie rozgrywek zdecydowali się na wypożyczenie do Tarnowa Wiktora Kułakowa, bo byli przekonani, że Darcy Ward wywiąże się z listu intencyjnego. KS Toruń został tym samym bez ławki rezerwowych. W głębokiej rezerwie pozostawał co prawda polecony przez Grigorija Łagutę, Rosjanin Siergiej Łogaczew, ale nie zyskał on uznania w oczach toruńskich działaczy. Zaczęto zatem poszukiwanie młodych wartościowych jeźdźców, żeby uzupełnić skład w przypadku kontuzji. W spekulacjach nie padały konkretne nazwiska. Wiadomo jednak było, że wybór zawodników nie był wielki. Jacek Gajewski miał jednak doskonałe rozeznanie na rynku straniero i w ostatnim dniu lipca zaserwował drużynie i kibicom nowe wschodzące nazwisko, a był to Australijczyk - Brady Kurtz. Nie było jednak tajemnicą, że toruński klub zawierając kontrakt z młodym Kangurem bardziej inwestował w przyszłość niż w realne szanse na starty Brady’a w sezonie 2015.

Starcie Stali Rzeszów z KS Toruń zapowiadało się niezwykle pasjonująco. Po remisie Żurawi w spotkaniu z Falubazem Zielona Góa, rzeszowianie byli głodni zwycięstwa i odbicia się od dna tabeli Ekstraligi. Jednak goście w poprzedniej kolejce odnieśli przekonujące zwycięstwo nad aktualnymi Mistrzami Polski z Gorzowa i w niedzielę będą chcieli pójść za ciosem. Ewentualny sukces Aniołów niemalże zapewniał im miejsce w fazie play-off. Nic więc dziwnego, że mecz dla obu ekip miał on ogromne znaczenie w kontekście walki o miejsca w Ekstralidze. Spotkanie obu ekip zaplanowano na godzinę 17:00, jednak rywalizacja za sprawą opadów deszczu, które wpłynęły na stan toru przy ul. Hetmańskiej, musiała zacząć się później, niż pierwotnie planowano. W Rzeszowie rozpadało się w sobotni wieczór i opady trwały, aż do niedzielnego południa. Po ich ustaniu organizatorzy pod nadzorem Komisarza Toru, zabrali się za przygotowywanie owalu. Ekipy gości wnosiła sporo protestów do tego jak tor był przegotowywany, ale ostatecznie udało się doprowadzić tor do stanu używalności, na którym zawody mogły bezpiecznie wystartować. Mimo, że pracom torowym sprzyja korzystna aura, spotkanie i tak opóźniło się niemal o godzinę i kwadrans przed osiemnastą sędzia puścił pierwszy bieg. I niestety to sędzia, Piotr Lis z Lublina, który miał najwyraźniej słabszy dzień, przez całe spotkanie grał główną rolę. Warto w tym miejscu przypomnieć, że sędzia Piotr Lis w 2012 roku został zawieszony przez GKSŻ na 15 miesięcy. Powodem tak długiej kary było orzeczenie niesłusznego walkowera w meczu Unibax Toruń - Unia Tarnów, bowiem przed rozpoczęciem spotkania sędzia Lis niewłaściwie policzył Kalkulowaną Średnią Meczową drużyny gości. Niestety ten sam sędzia już w pierwszym biegu ponownie dał pokaz swoich "umiejętności w ocenie sytuacji" i ukarał czerwoną kartką Mirosława Jabłońskiego, który w momencie gdy bieg układał się na 5:1 dla KS Toruń upadł w drugim łuku podczas trzeciego okrążenia. Natychmiast jednak wstał i starał się zabrać motocykl z toru, jednak nie zdążył tego uczynić. Arbiter przerwał wyścig i wykluczył Jabłońskiego z powtórki. Ponadto arbiter uznał, że był to upadek taktyczny i wykluczył zawodnika do końca meczu, co wywołało ogromne emocje. Czerwona kartka dla Jabłońskiego oznacza, że do końca spotkania nie mógł on wyjechać na tor, a dodatkowo nie mógł wystąpić w kolejnym meczu Stali Rzeszów. Trudno ocenić, czy był to upadek taktyczny, bo każdy z łuków w początkowej fazie zawodów sprawiał zawodnikom trudności. Powtórki wykazały jednak, że Jabłoński mógł zaraz po upadku opuścić tor, gdyż sprawnie wydostał się spod bandy. O tym przekonany był również menedżer Stali Janusz Ślączka, który w rozmowie z redaktorem NC+ przyznał, że ocenił tę sytuację tak samo. Tę decyzję sędziego należy uznać zatem za prawidłową pod warunkiem, że upadek Jabłońskiego był celowy.
Podobna sytuacja przytrafiła się w biegu numer cztery. Tym razem ze startu najlepiej wyszli Peter Kildemand i Krystian Rempała. Na trzecim okrążeniu "pod łokieć" jadącego na trzeciej pozycji Oskara Fajfera wszedł Jason Doyle. Junior Aniołów po tym ataku nie opanował maszyny na wejściu w wiraż i wjechał w bandę. Fajfer długo nie podnosił się z toru i musiał skorzystać z pomocy medycznej, a na tor wyjechał nawet ambulans. Zawodnik wyjaśnił, że nie mógł się pozbierać, gdyż w momencie upadku wypadł mu bark. Arbiter pozostał jednak nieugięty i nie tylko wykluczył toruńskiego młodzieżowca z powtórki odsłony czwartej, ale też do końca zawodów, pokazując mu czerwoną kartkę. To oznaczało, że Fajfer podobnie jak Jabłoński nie mógł wystąpić w tym i kolejnym meczu swojej drużyny.
Obie sytuacje zdecydowanie różniły się od siebie, sędzia jednak chciał wykazać się konsekwencją, zorientował się, że niesłusznie wykluczył Jabłońskiego i za chwilę, dla równowagi, wyrzucił Fajfera, ale każdy kto widział oba upadki twierdził, że w drugim przypadku wykluczenie do końca zawodów było zbyt drastyczną karą dla zawodnika. Podobnego zdania były władze Speedway Ekstraligi, a Prezes Wojciech Stępniewski uznał, że sytuacje były na tyle dyskusyjne i zapowiedział skierowanie sprawy do GKSŻ.
Mecz toczył się jednak dalej, a sędzia grał pierwsze skrzypce, bo biorąc pod uwagę "straty" jakie w wyniku obu decyzji poniosły zespoły, można uznać, że żaden z nich nie został skrzywdzony. O wiele bardziej niż decyzje odnośnie kartek raziła niekonsekwencja arbitra w ocenie pracy maszyny startowej. Po interwencji toruńskiej ekipy sędzia Lis obejrzał powtórki biegu czwartego z udziałem Doyle'a i Petera Kildemanda. Uznał, że choć maszyna poszła w górę nierówno, to nie miało to wpływu na wynik biegu. Innego zdania był jednak w biegu dziesiątym, bo po kolejnej interwencji toruńskiej ekipy zarządził powtórkę biegu (podwójne zwycięstwo odnieśli rzeszowianie Kenni Larsen i Dawid Lampart, którzy bez problemów rozprawili się z Jasonem Doylem). Decyzja ta  była bardzo niekonsekwentna, bo skoro pan Lis uznał, że wcześniej nie miało to wpływu na wynik biegu, to dlaczego miało to w biegu dziesiątym? A powtórkę tego biegu ponownie wygrali gospodarze, ale Australijczyk poradził sobie z Lampartem, dzięki czemu rzeszowianie wygrali "tylko" 4:2. Kibice zgromadzeni na Stadionie Miejskim w Rzeszowie nie kryli oburzenia werdyktami Piotra Lisa, który przez całe zawody nasłuchał się wielu wulgarnych okrzyków pod swoim adresem.
Przez większą część spotkania przy Hetmańskiej wynik oscylował w granicach remisu. Bohaterem rzeszowian był bez wątpienia Kenni Larsen. Gdy w biegu trzynastym Larsen i Greg Hancock pokonali podwójnie Kacpra Gomólskiego i Doyle'a, wiwatom nie było końca. Rzeszowianie byli krok od zdobycia punktu bonusowego. To co nie udało się gościom w biegu czternastym, udało się w ostatniej gonitwie dnia, w której pojechali rewelacyjni Duńczycy reprezentujący barwy Żurawi. Pokonali oni osamotnionego Adriana Miedzińskiego, gdyż w pierwszym podejściu wykluczony został Grigorij Łaguta za spowodowanie upadku Larsena. Po minięciu linii mety na dwóch pierwszych miejscach przez rzeszowian, z trybun poleciały tysiące serpentyn, a świętowaniu nie było końca. Dla drużyny z Podkarpacia wygrywając 49:40 zainkasowała trzy punkty, które były bezcenne w walce o utrzymanie w Ekstralidze, natomiast torunianie wciąż musieli powalczyć, by zapewnić sobie udział w fazie play-off.
Działacze toruńscy tak jak zapowiadali po spotkaniu w Rzeszowie złożyli odwołanie od decyzji sędziego w sprawie czerwonej kartki dla Oskara Fajfera. Jednak Zarząd Ekstraligi Żużlowej uznał, że - zgodnie z art. 79 ust. 4 RSŻ - jeżeli sędzia zawodów stwierdzi jakiś fakt, to przyjmuje się, że fakt ten miał miejsce, a wydana przez niego w czasie zawodów decyzja jest ostateczna i nie podlega protestom w związku z tym odwołanie zostało oddalone, a toruńczycy w kolejnym meczu z Unią Leszno na własnym torze musieli walczyć bez swojego drugiego juniora i zapewne taki stan rzeczy miał wpływ na końcowy wynik toruńsko-leszczyńskiej potyczki.
Jednak kibice, którzy pofatygowali się w niedzielny wieczór na Motoarenę obejrzeli widowisko pełne zwrotów akcji oraz niestety negatywnych emocji. Genialne wyścigi, mijanki ustąpiły miejsca upadkom oraz niezdrowej atmosferze w parku maszyn. Ostatecznie lepsza okazała się drużyna z Leszna wygrywając 46:44, która tym samym wywalczyła dwa punkty meczowe i awansowała do fazy play-off. Bonus tym razem nie przypadł żadnej z ekip. Niestety mimo ciekawego widowiska w atmosferę spotkania nie wpasował się Nicki Pedersen i toruński menadżer Jacek Gajewski. Obu gentelmanom puściły nerwy i w parku maszyn doszło do niepotrzebnych gestów i przepychanek. W trakcie meczu wszystko to jednak zeszło na dalszy plan, bowiem najważniejsze było zdrowie Dawida Krzyżanowskiego, który w meczu zastąpił Oskara Fajfera i w drugim swoim starcie z całym impetem wjechał w bandę. Wypadek wyglądał przerażająco, a nieprzytomnego toruńskiego juniora pogotowie zabrało z toru do szpitala z podejrzeniem poważnego urazu głowy. Na szczęście uraz okazał się nie, aż rak poważny, ale skutecznie wykluczył Dawida z żużlowej rywalizacji do końca sezonu.
Po spotkaniu nie milkły jednak echa na temat zajść w parkingu. Zarówno Pedersen jak i Gajewski tak komentowali całe zajćie:
Nicki Pedersen - Po incydencie, który miał miejsce na torze, gdzie zostałem wykluczony z biegu i otrzymałem czerwoną kartkę mój poziom adrenaliny był bardzo wysoki. Kiedy wróciłem do mojego boksu w parku maszyn, czułem się bardzo prowokowany przez menedżera z Torunia Pana Gajewskiego. W bezpośredniej konfrontacji do jakiej doszło krzyczał do mnie i zwracał się do mnie w złych słowach, ponadto wyraźnie znajdował się w strefie mojego boksu i obszarze parku maszyn przeznaczonym dla drużyny przeciwnej. Byłem bardzo sfrustrowany tym faktem i kopnąłem Pana Gajewskiego. Wiem, że postąpiłem źle i chciałbym za to przeprosić Pana Gajewskiego oraz moich fanów.
Jacek Gajewski - Nauczyłem się nie komentować decyzji sędziowskich. Ostatnio dość dużo mówiłem. Wydawało mi się, że wyrażam to, co wszyscy czują i myślą, ale boją się to powiedzieć. Teraz pewnie zostanę ukarany przez Ekstraligę, ale nie wiem jeszcze, w jaki sposób. Wolę na ten temat nic nie mówić. Mogę jednak powiedzieć, że nie wszedłem w strefę Nickiego. On próbował uderzyć mnie kaskiem, który mu wypadł. Później stanęli pomiędzy nami ludzie. Wtedy Nicki wykazał się bardzo dużą odwagą. Kopnął mnie w prawą nogę. Dobrze, że nie w lewą, bo tam miałem telefon i mógł mi go uszkodzić. To byłaby największa szkoda z tego całego zajścia.
Pewne zachowanie poza torem względem Pedersena wynikają z tego, co on robi na torze. Wyprowadził już z równowagi Grega Hancocka, który jest bardzo opanowanym człowiekiem. To wszystko, co dzieje się z Nickim, budzi ogromne emocje u ludzi. Później dochodzi do niepotrzebnych napięć. Całe szczęście, że nic poważnego nie stało się Doylowi i Przedpełskiemu, bo mógł im zakończyć sezon. Gdy ktoś jest z przodu i wjeżdża się w niego prostym motocyklem, to nie ma mowy o sportowym zachowaniu. Konsekwencje mogą być tragiczne.
Mimo złożonych wyjaśnień, jak nie trudno się domyśleć obaj adwersarze zostali ukarani, decyzją Komisji Orzekającej Ligi, która wydała komunikat w sprawie:
Nicki Pedersen za kopnięcie w nogę menadżera drużyny KS Toruń Jacka Gajewskiego podczas meczu 12. Rundy DMP KS Toruń - Unia Leszno otrzymał karę pieniężną w wysokości 30.000 zł.
Jacek Gajewski w związku z meczem KS Toruń – Unia Leszno za prowokowanie Nickiego Pedersena, złamanie regulaminu organizacyjnego DMP oraz wypowiedzi prasowe został ukarany łącznie kwotą 8.000 zł w zawieszeniu na pół roku. Ponadto ma zakaz przebywania w parku maszyn i wykonywania swej funkcji w trakcie meczu z MRGARDEN GKM Grudziądz 16 sierpnia.
W sprawie meczu 12. Rundy DMP rozgrywanego pomiędzy drużynami KS Toruń a Unia Leszno, nałożono na KS Toruń łączne kary w wysokości 8.000 zł w zawieszeniu na pół roku za rzucanie przedmiotów do parku maszyn oraz za zamieszki pomiędzy kibicami obu drużyn.
Unia Leszno S.S.A. otrzymała łączną karę w wysokości 9.000 zł (w zawieszeniu na pół roku) za dopuszczenie do wniesienia i odpalenia rac w trakcie meczu z MRGARDEN GKM Grudziądz i za wystąpienie zamieszek pomiędzy kibicami obu drużyn po wyścigu 8 meczu KS Toruń - Unia Leszno.

W zaistniałej sytuacji toruńczycy niestety musieli sobie radzić w czasie meczu z lokalnym rywalem z Grudziądza bez menadżera Jacka Gajewskiego, który mecz obejrzał z trybun, a jego obowiązki w trakcie zawodów przejął trener Jacek Krzyżaniak. Mecz w Grudziądzu nie miał jednak większego znaczenia dla toruńczyków, ale miał kolosalne znacznie dla drużyny z gołębiem na plastronie, aby zachować status ekstraligowca. W kuluarach mówiło się, że torunianie mogą pomóc lokalnemu rywalowi i zadowolą się punktem bonusowym, jednak było to ryzykowne, bowiem żużlowcy z miasta Kopernika walczyli o awans do play-off, ale tylko kataklizm mógł odebrać im finałową batalię, bowiem musieliby przegrać w Grudziądzu oraz na własnym torze z Tarnowem, a przyłapany na zażywaniu środków niedozwolonych Aleksander Łoktajew z Zielonej Góry uniewinniony, co oznaczałoby, że punkt bonusowy powędrowałby do grodu Bachusa. Zatem tak naprawdę nikt nie kalkulował i po pasjonującym spotkaniu drużyna GKM Grudziądz pokonała KS Toruń 49:41, a było to zwycięstwo jak najbardziej zadłużone, bowiem w zespole gości na słowa pochwały zasługiwał tylko Paweł Przedpełski, który miał za sobą bardzo udany weekend. Torunianin wygrał w dzień wcześniej na lubelskim torze rundę IMŚJ, a w niedzielę okazał się najskuteczniejszym zawodnikiem KS Toruń, zdobywając dziesięć "oczek" z bonusem. Torunianie spodziewali się z pewnością zdecydowanie więcej po Australijczyku - Jasonie Doylu, który jeszcze rok temu w barwach Orła Łódź rządził na grudziądzkim torze. Tym razem uczestnik cyklu Grand Prix nie mógł odnaleźć się na twardej nawierzchni. Również Adrian Miedziński od jakiegoś czasu w spotkaniach Ekstraligi nie potrafił odnaleźć choćby odrobiny formy sprzed lat. Toruński wychowanek liczył na przełamanie właśnie w Grudziądzu, ale po raz kolejny nie mógł być zadowolony ze swojego występu. Jedynie w drugim swoim starcie przywiózł po walce na dystansie wespół z Chrisem Holderem podwójny triumf dla gości.

Przed ostatnią kolejką rundy zasadniczej władze żużlowe zweryfikowały wynik meczu pomiędzy KS Toruń, a Falubazem Zielona Góra. Unieważnione zostały punkty zdobyte przez Aleksandra Łoktajewa. W spotkaniu na Motoarenie Anioły pokonały ekipę spod znaku Myszki Mickey 46:43 i na konto zespołu z Winnego Grodu trafił punkt bonusowy za lepszy bilans w dwumeczu. Po weryfikacji wygrali torunianie 46:39 to oni mogli cieszyć się z punktu bonusowego, co oznaczało, że drużyna z Torunia zapisała na swoim koncie 16 oczek, a zespół z Zielonej Góry 13 i bez względu na wynik konfrontacji z Tarnowem to Anioły wchodziły do rundy play-off.
W obozie toruńskim radość zagościła jednak z innego powodu
, oto bowiem poprawiał się stan zdrowia Dawida Krzyżanowskiego, który podczas meczu z Unią Leszno zanotował groźny upadek. Junior KS Toruń trafił natychmiast do szpitala, bowiem jego stan był bardzo poważny, ale na szczęście młody żużlowiec szybko wracał do zdrowia, ale z powrotem na tor lekarze wypowiadali się niezwykle ostrożnie. Najważniejsze było jednak, że zawodnik dochodził do zdrowia, o czym poinformował prezes toruńskiego klubu>
Jednak niemniej ważne od zdrowa Dawida dla Aniołów było ostatnie spotkanie rundy zasadniczej w rozgrywkach ekstraligowych. Z uwagi na sprezentowany bonus, obie ekipy miały zapewniony awans do fazy play-off jednak mecz miał znaczenie dla układu tabeli przez finałową rozgrywką. Zarówno Anioły jak i Jaskółki nie chciały trafić na rozpędzoną Unię z Leszna. Dlatego Torunianie musieli pokonać tarnowian za trzy punkty, z kolei goście musieli wywieźć z grodu Kopernika co najmniej jeden punkt meczowy.
Niestety nie na taką końcówkę rundy zasadniczej liczyli kibice żużla w Toruniu. Anioły zremisowały mecz z Jaskółkami i kończyły rundę zasadniczą w kiepskim stylu. W czterech ostatnich spotkaniach zespół przegrał trzy potyczki i jedną zremisował. Fatalnie, po raz kolejny, spisali się seniorzy KS-u. Gdyby nie świetna postawa Pawła Przedpełskiego i w miarę dobra Oskara Fajfera, gospodarze dostaliby srogie lanie, bowiem po raz kolejny okazało się, że "żużlowe armaty" zakontraktowane przed sezonem, nie potrafią odpalić na Motoarenie, która nie była dla żadnym handicapem dla miejscowych.

Co prawda KS Toruń wykonał przedsezonowe założenia i awansował do play-off, to w finałowej rywalizacji mógł mieć spory problem, bowiem był jedyną drużyną w ekstralidze, w której nie było wyraźnego lidera. Takiego kłopotu nie było w Lesznie, we Wrocławiu i w Tarnowie. Stan ten oddawały najlepiej statystyki. W pierwszej dziesiątce najskuteczniejszych zawodników Ekstraligi nie było żadnego żużlowca z Torunia, a w pierwszej dwudziestce był jeden. Torunianie z pewnością więcej spodziewali się po dwójce Łaguta - Holder. Ponadto w końcówce rundy zasadniczej, niemal do tyłu zaczął jechać Doyle i Fajfer. W Toruniu nie załamywano jednak rąk, bowiem finałowa potyczka zaczynała niemal od początku całą rywalizację, dlatego w toruńskich szeregach mocno zabrano się do pracy i treningów.

Dla całego środowiska żużlowego dzień 23 sierpnia 2015 roku, wskazał nowy wymiar speedwaya. Oto bowiem, Darcy Ward, który przed sezonem zamienił Anioła na Myszkę Mickey, w nowym zespole spisywał się znakomicie. Wystarczy wspomnieć, że w rundzie zasadniczej w siedmiu meczach polskiej ekstralgi zdobywał średnio 12,86 punktu. Ponadto patrząc przez pryzmat kreowanego na toruńskiego lidera Grigorija Łaguty, wywalczył tylko 45 punktów meczowych mniej od Rosjanina mimo, że Grisza pojechał w dwukrotnie większej liczbie spotkań. Niestety wspominany dzień 23 sierpnia 2015 roku zmienił na zawsze życie Darcy Warda. Tego dnia rozgrywano ostatnią kolejkę ligową rundy zasadniczej na polskich torach, a Falubaz Zielona Góra podejmował na własnym torze GKM Grudziądz w meczu, który nie miał żadnego znaczenia dla obu drużyn. Kangur jako najlepszy zawodnik swojej nowej drużyny wystartował w ostatnim bieg. Po nico gorszym starcie Kangur gonił jadącego na prowadzeniu Artioma Łagutę. Pod koniec drugiego okrążenia Australijczyk chciał zaatakować Rosjanina przy krawężniku, lecz zabrakło dla niego miejsca i dwudziestotrzylatek zahaczył o tylne koło rywala, przekoziołkował i upadł uderzając głową w tor i przekoziołkował i zatrzymał się na bandzie tuż za dmuchanymi materacami. Całe szczęście, dwukrotnego IMŚJ ominął jadący za jego plecami Patryk Dudek, ale do Warda wyjechała karetka, w której zawodnik został odwieziony do zielonogórskiego szpitala. Australijczyk był przytomny, lecz uskarżał się na bardzo mocne bóle w kręgosłupie i szyi. Dodatkowo u żużlowca podejrzewano uraz nadgarstka i kolana. Niestety urazy potwierdziły się, a pierwsze szczegółowe badania tomografem były wręcz tragiczne, bowiem u Australijczyka zdiagnozowano przerwanie rdzenia kręgowego, który odpowiadał za dolne partie ciała. Zawodnika natychmiast skierowano na dwie operacje. Pierwsza znich dotyczyła uszkodzonych kręgów, druga nadgarstka.
Przy zawodniku niemal natychmiast pojawili się przyjaciele, mechanicy Chris Holder, menedżer Poole Pirates Neil Middleditch, Davey Watt oraz Ojciec. Kibice z Zielonej Góry w sporej liczbie udali się pod szpital, by dodać otuchy swojemu ulubieńcowi, w Toruniu została odprawiona msza święta w intencji zdrowia żużlowca (kościół Michalitów był pełen), niemal wszyscy zawodnicy na swoich profilach zapowiedzieli modlitwy o zdrowie kolegi. Po kliku dniach rodzina i lekarze zdecydowali się przetransportować zoperowanego zawodnika z Zielonej Góry do Anglii, gdzie miała zniknąć bariera językowa, a zawodnik miał być bliżej rodziny oraz znajomych co miało pozytywnie wpłynąć na jego formę psychiczną.
Tragedia dwudziestotrzyletniego Kangura ponownie zjednoczyła środowisko żużlowe, które łączyło się w bólu i nieszczęściu ze swoim "żużlowym bratem". Znów ponownie podnosić kwestie bezpieczeństwa. Ale najważniejsze były spontaniczne wyrazy współczucia dla Australijczyka niemal wszystkich zawodników, ale także podczas Grand Prix Polski w Gorzowie. Trzykrotny mistrz świata - Amerykanin Greg Hancock wyszedł ze specjalną inicjatywą i wystartował w takim samym kombinezonie, w jakim na żużlowych torach rywalizował Darcy Ward. Czterdziestopięciolatek zaproponował również innym żużlowcom, by podczas zaplanowanego na 3 października Grand Prix Polski w Toruniu wszyscy zawodnicy wystartowali w kevlarach Warda, które po zawodach miałyby zostać wystawione na aukcje, a dochód z ich sprzedaży wsparłby leczenie Australijczyka. Propozycja Amerykanina spotkała się z uznaniem zawodników i w ostatniej Europejskiej rundzie Grand Prix "wszyscy zawodnicy byli Darcy Wardem".
Warda wspierali również sportowcy rywalizujący w innych dyscyplinach. Specjalne zdjęcia z kartkami z hasłami: #DW43, #getwelldarcy, zamieszczali na społecznościowych portalach szczypiorniści Vive Tauron Kielce, piłkarki ręczne MKS Lublin czy piłkarska reprezentacja Polski, koszykarz Marcin Gortat, piłkarz Robert Lewandowski, były zawodnik F1 Mark Weber, Jason Crump i wielu innych. Ponadto najbliżsi Australijczyka założyli Darcy Ward Fundation i na specjalnie zainicjowanej stronie utworzyli konto na które można było wpłacać datki na leczenie młodego Kangura.

Również przedstawiciele toruńskiego klubu, w którym przez wiele lat swojej kariery startował Darcy Ward, byli bardzo przejęci losem Australijczyka. Przemysław Termiński, szef KST zapewnił, że pomoc dla Darcy Warda będzie długofalowa. Również wtedy, kiedy "opadną emocje" związane z wypadkiem Australijczyka. Dlatego w Toruniu miał odbyć się piknik, podczas którego oprócz koncertów czy innych atrakcji, kibice mieliby okazję na spotkanie z zawodnikami KS Toruń. Po feralnym wypadku Darcy'ego przedstawiciele toruńskiego klubu uznali jednak, że pieniądze, które miały zostać wydane na organizację pikniku, trafią do kontuzjowanego Australijczyka. - Przyjdzie czas, gdy spotkamy się z kibicami w innym terminie, obecnie są ważniejsze sprawy. Postanowiliśmy wspólnie jako Zarząd KS Toruń, że pieniądze, które klub miał przeznaczyć na organizację pikniku przeznaczymy dla Darcy’ego. Mamy nadzieję, że Państwo zrozumiecie naszą decyzję. To nie jest dobry czas na zabawę - wytłumaczyli przedstawiciele KS Toruń.
To nie był jednak koniec wsparcia Aniołów dla Darcy'ego Warda. W połowie października na Motoarenie zaplanowano rozegranie memoriału Mariana Rosego. Dochód z imprezy miał zostać przekazany właśnie na leczenie Australijczyka. Ostatecznie terminarz nie pozwolił na rozegranie tych zawodów i turniej przeniesiono na kolejny wiosnę roku 2016.
Warto również dodać, że toruńska drużyna po kontuzji Australijczyka, do końca sezonu 2015 startowała w specjalnie zaprojektowanych plastronach, które zastąpiły oficjalne logo sezonu 2015 z którym zawodnicy rywalizowali przez 14 ligowych kolejek. A ponadto w Toruniu zorganizowano koncerty i spotkania zawodników z kibicami, podczas których zbierano datki na leczenie zawodnika. Podczas jednego z takich spotkań toruńscy fani podpisywali ogromną flagę #DW43, która miała zostać przekazana Australijczykowi.

W pomoc zaangażowali się również kibice, którzy kupowali specjalne fioletowe koszulki, których celem było wsparcie Australijczyka. Cena koszuli była skalkulowana na minimalnym poziomie 13 złotych, ale każdy kibic mógł dokonać dowolnej wpłaty, aby wspomóc leczenie zawodnika. Akcja przeszła najśmielsze oczekiwania, bowiem w pewnym momencie zaczęło brakować koszulek, które były sprzedawane wszędzie tam gdzie miały miejsce ważne wydarzenia żużlowe oraz przez internet.

Sam zawodnik doceniał wsparcie i był niezwykle wzruszony wieloma spontanicznymi akcjami, jednak jego stan był nadal bardzo ciężki. Pojawiły się co prawda niewielkie pozytywne zmiany i Darcy zaczął ruszać ramionami, ale ciągle czekała do bardzo długa i ciężka droga. Australijczyk był otoczony jednak świetną opieką i rozpoczął rehabilitację w której wykazywał wiele entuzjazmu i zapału, a to było niezwykle ważne w procesie leczenia. Jak wielki hart ducha i chęć powrotu do normalności przemawiała przez Warda można było przekonać się 7 października 2015, kiedy to na torze w Poole odbył się specjalny mecz, z którego dochód przeznaczony został na leczenie zawodnika, który zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, pojawił się na trybunach stadionu przy Wimborne Road. Była to pierwsza okazja, aby przemówić publicznie po fatalnym wypadku: Szczerze powiedziawszy, to jestem przytłoczony rozmiarami tego przedsięwzięcia. Jestem zszokowany, że ludzie okazują mi tak duże wsparcie po wypadku. Chciałbym też podziękować mojej rodzinie, bo jej pomoc była do tej pory najważniejsza. Widziałem też wszystkie filmiki na Twitterze, gdzie kibice śpiewają moje imię. To jest coś wielkiego, naprawdę dzięki Wsparcie kibiców pomaga mi przebrnąć przez to. Jest mała poprawa, ale od wypadku minęło dopiero sześć tygodni, więc to tak naprawdę dopiero początek. Wciąż jest za wcześnie, by cokolwiek mówić. Urazy kręgosłupa to poważna sprawa, ale nie zamierzam odpuszczać. Będę ciężko pracować i zobaczymy co się stanie.

W cieniu tragedii Darcy Warda zespoły musiały przystąpić do rywalizacji w rundzie play-off.
W półfinale Ekstraligi Tarnów mierzył się z Wrocławiem, a KS Toruń trafił na możliwie najtrudniejszego rywala - Unię Leszno. Jednak zawodnicy sami, swoimi ostatnimi wynikami, zgotowali sobie ten los. Pojawiały się jednak opinie, że pojedynek torunian z lesznianami to przedwczesny finał Ekstraligi. W rundzie zasadniczej dwumecz tych drużyn zakończył się remisem. Faworytem półfinału byli jednak Uniści, którzy wygrali z wyraźną przewagą zasadniczą rundę rozgrywek.
Choć torunianie awansowali do play-off w kiepskim stylu, to dla całej Ekstraligi runda zasadnicza, sportowo była to jedna z najbardziej udanych rund ostatnich lat. Do ostatnich meczów ważyły się losy awansu do rundy finałowej, a także pozycje w drugiej części ligowej tabeli. Kibice mieli więc to, czego oczekują od sportu. Nikt nie był w niej outsiderem, a mecze rozgrywane w Grudziądzu i Rzeszowie, na torach beniaminków, trzymały w napięciu. Były też niespodzianki, a główną z nich była pozycja Stali Gorzów. Mistrz Polski zakończył przedwcześnie sezon i chyba nikt się tego nie spodziewał. Zadowalająca była też frekwencja na stadionach, która przekroczyła pół miliona. Zdecydowanie poprawiła się oglądalność telewizyjna, która rok do roku wzrosła o ponad 30 procent. Dlatego żużlowe władze przed finałowym rozdaniem nie chciały zepsuć tego zapowiedziały sielankowego obrazu Ekstraligi i zapowiedziały twarde sędziowanie i bezwzględne karanie zawodników za niebezpieczną jazdę.  Nikt w Toruniu nie przypuszczał, że owa deklaracja stanie się faktem już w pierwszym półfinale i ustawi drużyny w walce o finał. Oto bowiem Anioły wygrały mecz półfinałowy z niezwykle mocnym rywalem różnicą ośmiu punktów, a kibice obejrzeli kilka wyścigów, podczas których zawodnicy tasowali się właściwie co łuk. Były też biegi, gdzie żużlowcy dopiero na ostatnich metrach mijali swoich rywali. Brak zdecydowanego lidera tym razem nie był w drużynie Jacka Gajewskiego problemem, bo na takim samym, wysokim poziomie punktowali właściwie wszyscy, z wyjątkiem Jasona Doyle'a i Adriana Miedzińskiego oraz, ukaranego czerwoną kartką Kacpra Gomólskiego za faul na Piotrze Pawlickim w dziewiątym wyścigu zawodów. Wina zawodnika gospodarzy nie budziła dyskusji, ale jego wykluczenie z dalszej rywalizacji rodziło już sporo kontrowersji. Były menadżer Leszna i Torunia Sławomir Kryjom tak komentował całe zajście - Powiem szczerze, że mam wątpliwości co do słuszności tej kartki. Widziałem winę Kacpra, ale nie potrafię doszukać się żadnej premedytacji w jego zachowaniu. Być może należało pokazać mu żółtą kartkę. Sędzia podjął jednak inną decyzję. Faul był, ale złośliwości nie widziałem. Wiele mówi też reakcja żużlowca, który od razu podbiegł do rywala. Inna sprawa, że Kacper i Piotrek to akurat bliscy koledzy. Poza tym mecz jest meczem i nie powinno mieć znaczenia, czy mówimy o spotkaniu w rundzie zasadniczej czy finałowej. Podobnie stanowi zresztą regulamin. Nie mamy osobnych regulacji dla rundy play-off. Być może Ekstraliga podjęła działania prewencyjne po tym, co stało się z Darcym Wardem. Pamiętajmy też o tym, że Australijczyk nie doznał kontuzji po ataku innego zawodnika. To był nieszczęśliwy wypadek.
Kacper Gomólski do władz Speedway Ekstraligi złożył odwołanie, ale zostało ono oddalone. Niestety całe zajście stawiało toruńczyków w trudniej sytuacji, bowiem zespół nie dysponował kolejnym krajowym zawodnikiem na poziomie Kacpra. Zatem Jacek Gajewski musiał skorzystać z trzeciego juniora w składzie i ograniczyć jego starty do zera. Nic więc dziwnego, mało kto wierzy w tryumf w Lesznie, no biorąc pod uwagę kiepską postawę Aniołów w ostatnich tygodniach rundy zasadniczej, na zdecydowanego faworyta toruńsko-leszczyńskiego dwumeczu wskazywano Unię. Torunianie nie stali jednak na straconej pozycji, bo 49 punktów to wcale nie była mała zaliczka przed rewanżem zwłaszcza, że KS Toruń jako jedyna drużyna potrafiła pokonać w Byki na "Smoku". Anioły jechały zatem do Leszna zdeterminowane i zapowiadały walkę o awans do finału Ekstraligi do ostatnich wyścigów.

Niestety dla Aniołów, w przekroju dwumeczu Unia Leszno pod wodzą Adama Skórnickiego potwierdziła, że zasłużyła na miejsce w finale Ekstraligi. Lesznianie z nawiązką odrobili straty z MotoAreny, pokonując KS Toruń 53:37 (94:86). Mimo że wagą spotkania w Lesznie był finał Ekstraligi, na torze nie było niebezpiecznych akcji, a zawodnicy - co sami podkreślali - szanowali swoje kości. Godne podkreślenia było to, że w zawodach nie zanotowano ani jednego upadku. W trakcie spotkania smutne jednak było to, że do doskonałego widowiska nie potrafili dopasować się kibice, którzy przed startem dziesiątego wyścigu wszczęli zamieszki na trybunach. Najpierw z sektora gości zaczęto rzucać przedmioty w kierunku fanów gospodarzy. Sytuacja zaogniła się tym bardziej, że do płotu ogradzającego sektory ruszyło kilkudziesięciu kibiców z Leszna. Stadionowa ochrona początkowo nie radziła sobie z rozwścieczonymi fanami. W obu kierunkach rzucano powyrywane fragmenty krzesełek, a także butelki i inne przedmioty. Po pięciu minutach zamieszania apel w kierunku kibiców gospodarzy skierował za pośrednictwem spikera sam Józef Dworakowski. Ostatecznie kibiców obu stron powstrzymywano przy pomocy gazu łzawiącego. Całe zdarzenie zakończyła jednak dopiero stanowcza postawa policji, która po dziesięciu minutach od początku zamieszek utworzyła kordon na trybunach. Po spotkaniu zatrzymano dwóch kibiców z Torunia i jednego z Leszna, którym postawiono zarzuty związane m.in z naruszeniem nietykalności cielesnej pracownika ochrony, prowokowanie kibiców do działań zagrażających bezpieczeństwu imprezy masowej oraz za przebywanie w miejscu nieprzeznaczonym dla publiczności w trakcie zawodów.
Niestety swoją postawą wśród gości rozczarowali: Adrian Miedziński i Jason Doyle. Większych zdobyczy punktowych można również wymagać od Chrisa Holdera. Grigorij Łaguta też nie zachwycił swoją jazdą. Rosjanin przeplatał lepsze biegi z gorszymi. Na słowa pochwały zasługują za to zawodnicy młodzieżowi. Paweł Przedpełski już nieraz udowadniał na torze, że potrafi wygrywać z najlepszymi. Jednak niewiele osób spodziewało się tak dobrego występu w Lesznie Oskara Fajfera, który na swoim koncie zgromadził w pięciu wyścigach sześć punktów. Na dodatek wychowanek Startu Gniezno zdobył również trzy "oczka" bonusowe. Juniorzy z KS Toruń, byli postawieni w bardzo trudnym położeniu, gdyż zawieszony za czerwoną kartkę Kacper Gomólski nie mógł pojawić się w składzie i jego miejsce zajął Marcin Turowski, który z przedmeczowych założeń nie miał jednak ani razu stawać pod taśmą. W tym wypadku młodzieżowcy Aniołów od początku startowali z rezerwy zwykłej i mieli pełne ręce roboty.

Przegrana w półfinale z lesznianami nie była dla żużlowców z grodu Kopernika wielką tragedią, bowiem pozostała jeszcze walka o brązowy medal z Unią Tarnów. Sztab szkoleniowy nie miał wątpliwości, że zawodnicy znajdą w sobie motywację, by zawalczyć o podium ligowych rozgrywek. Torunianie duże nadzieje pokładali zwłaszcza w pierwszym spotkaniu, które rozegrane zostało na MotoArenie. Półfinałowy mecz z "Bykami", wygrany 49:41, świadczył o tym, że Anioły potrafiły wykorzystać atut własnego toru. Niestety rzeczywistość okazała się brutalna i po porażce z "Jaskółkami" w pierwszym meczu o brąz nawet menedżer KST nie miał złudzeń, że torunianie w sezonie 2015 nie zdołają znaleźć się na podium ekstraligi. Anioły bowiem poległy na własnym torze 50:40, a styl jaki zaprezentowały nie wróżył nic dobrego przed rewanżem. W ekipie gospodarzy zawiedli przede wszystkim obcokrajowcy - Grigorij Łaguta (zero punktów!), Jason Doyle i Chris Holder. Po spotkaniu niemal wszyscy twierdzili, że tym razem nie wypaliła koncepcja przygotowania twardego toru. W meczu z lesznianami zdało to egzamin, z tarnowianami już nie.

Nic więc dziwnego, że przed rewanżowym meczem w Tarnowie, o brązowy medal toruńska drużyna stała niemal na straconej pozycji. Dziesięciopunktowa przegrana na MotoArenie, praktycznie ustawiła wynik dwumeczu. Dodatkowo zespół został osłabiony, bowiem kreowany przed sezonem na lidera Grigorij Łaguta wystawił swój polski klub do wiatru, wybierając start w MEP w Debreczynie. Niestety europejski finał par z uwagi na aurę został przełożony na dzień w którym rozgrywano ostatnią kolejkę ligową w Polsce i Rosjanin nie pojawił się w składzie KS Toruń. Wprawdzie zawodnik deklarował, że w przypadku przełożenia meczu, zastąpi go brat Artiom, ale fakty okazały się zgoła odmienne. KS Toruń nie miał wprawdzie już większych szans na brązowy medal, ale postawa Grigorija Łaguty zdenerwowała działaczy, bowiem podobna sytuacja miała już miejsce przy okazji Pucharu Świata. Jednak złość działaczy była w tej sytuacji mało istotna, bo to zawodnik wystawił sobie opinię i pokazał jak mało poważnie traktuje kluby w których startuje i drużynę z którą zdobywa punkty.
W zaistniałej sytuacji Jacek Gajewski musiał po raz trzeci niejako z przymusu skorzystać nieopierzonego w ligowych bojach toruńskiego juniora. Torunianie rozważali również zaproszenie na mecz w Tarnowie Brady'ego Kurtza, ale Australijczyk nie był przygotowany do tego aby zadebiutować z dnia na dzień w lidze polskiej, bowiem miał swoje zobowiązania w innych klubach.
W tej sytuacji nikogo nie dziwił trzeci z rzędu brązowy medal DMP zdobyty przez Unię Tarnów,
któa wygrała wyraźnie w dwumeczu z KS Toruń - 103:77. Trzeba jednak przyznać, że mimo iż losy walki o brązowy medal rozstrzygnęły się w zasadzie tydzień wcześniej na MotoArenie, to drużyna KS Toruń nie zamierzała odpuszczać i z dużą ambicją podeszła do rewanżowego starcia. Goście przez dłuższy czas utrzymywali kontakt z miejscowymi, a momentami udało im się wyjść nawet na prowadzenie. Niestety ostateczny wynik był na korzyść "Jaskółek", a "Anioły" znalazły się tuż za podium DMP.

Oto jak zakończony sezon podsumował w jednym z wywiadów Prezes KS Toruń - Przemysław Termiński.
To był stresujący rok. Jak jeździliśmy w Lesznie, o mało zawału nie dostałem. Nawet nie oglądałem tego spotkania, nie wytrzymałem. Walczyliśmy dzielnie, ale ostatnie trzy biegi pokazały, że Leszno było drużyną, która zdominowała rozgrywki w tym roku.
Przed sezonem miałem pewną wizję przedsięwzięcia, którego się podjąłem. Była we mnie potrzeba działania na rzecz społeczności. Od dwudziestu pięciu lat prowadzę firmę i to co miałem zrobić dla siebie, już zrobiłem. Mam dom, dzieci, samochód. Wszystko, czego potrzebuję mieć dla siebie. Dlatego narodził się pomysł działania w ramach Klubu żużlowego. Żużel jest najbardziej znaną dyscypliną w naszym mieście i regionie. Na żużel chodziłem jeszcze jako dzieciak razem ze śp. wujkiem, który mnie zaraził tym sportem. Niestety nie doczekał mojego przejęcia Klubu, zmarł w zeszłym roku. Przez pewien czas nie miałem kontaktu z żużlem. Pracowałem. Temat żużla wrócił jakieś siedem lat temu, weszliśmy jako sponsor Klubu. Zaczęło się od małych wkładów, pewnie nie były one jakieś istotne, ale zawsze istnieliśmy, chodziliśmy na mecze, kibicowaliśmy. W pewnym momencie Roman Karkosik wspomniał, że chce sprzedać Klub, że ma inne pomysły. Stwierdziłem, że spróbuję. Podstawą do tej decyzji była analiza finansowa. Zawsze mierzę siły na zamiary, musiałem być pewien, że stać mnie na to. Jestem prezesem zarządu, ale pracuję społecznie, nie pobieram żadnego wynagrodzenia, wręcz dokładam do tego biznesu kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Ale nie narzekam, bo wiem na co się zdecydowałem.
Trzeba jednak pamiętać, że żużel to nie tylko sport, ale także organizacja, no i pieniądze. Sport jednak jest kluczowy. Na początku sezonu mówiłem, że to jakich zawodników się zakontraktuje jest ważne, ale nie najważniejsze. Podczas sezonu, o rozgrywkach w dużym stopniu decydują kontuzje. Ta drużyna, która ma ich najmniej, wygrywa. Przykład Zielonej Góry - trafili na gorszy okres. My również mieliśmy nienajlepszy, poprzez kontuzję Adrian Miedzińskiego, czy Pawła Przedpełskiego. Efekt był taki, że początek sezonu był trochę słabszy, środek lepszy, a pod koniec nastąpiło chyba zmęczenie materiału. Jeżeli chodzi o kwestie organizacyjne, to nie mam tutaj zastrzeżeń, czy wątpliwości. Wszystko jest tak jak sobie wyobrażałem. Zbudowaliśmy parę nowych obszarów. Próbowaliśmy stworzyć strefę kibica w części niebieskiej, ale to się nie sprawdziło, Kibice nie byli zainteresowani. Zrezygnowaliśmy, ponieważ generowało to gigantyczne koszty dla Klubu. Bardzo dobrze natomiast rozwija strefa zielona, dziecięca, czyli tzw. strefa rodzinna. Doskonale funkcjonuje, więc będziemy ją kontynuować. Jeżeli mamy mówić o pieniądzach - koszty były trochę wyższe niż przewidywałem. Traktuję to jednak jako inwestycję na przyszłość, a nie tylko jako koszty. Ale w bieżącej płynności ma to swoje odbicie. Najważniejsze, że wszystko się bilansuje, a strata zostanie pokryta przeze mnie jako sponsora. Założenia, dotyczące sponsorów praktycznie zostały zrealizowane. Sprzedaż biletów mogłaby być lepsza, ale są to różnice rzędu 5-10% w jedną czy druga stronę i nie mają one najważniejszego wpływu na budżet. Reasumując - trzeba będzie dołożyć ciut więcej niż założyłem, ale bankructwo Klubowi nie grozi.

Podsumowując w kilku zdaniach czterdziestolecie KS Toruń w najwyższej lidze, można powiedzieć, że toruńczycy wykonali przedsezonowy plan minimum, ale styl, w jakim zespół zakończył sezon pozostawił duży niedosyt. Kibice i działacze liczyli na to, że zespół po awansie do rundy finałowej powalczy o jeden medali. Co prawda z Unią Leszno zespół stanął na wysokości zadania, to niestety w meczu o brąz praktycznie już po pierwszym pojedynku sprawa była przesądzona. Do tego na mecz rewanżowy nie dojechał Grigorij Łaguta, a w połowie zawodów ze składu wypadł Paweł Przedpełski. W tej trudnej sytuacji nie było szans na wyrównaną walkę z mocno zmotywowaną Unią z Tarnowa.
Na taki stan rzeczy złożył się brak wyraźnych liderów, ale też ciągłe poszukiwanie właściwego przygotowania toru. Wielu zastanawiało się dlaczego Motoarena nie była handicapem dla zawodników miejscowych, jak własne tory dla rywali Aniołów. Zespół niemał w każdym meczu u siebie mocno się męczył. Zawodnicy nie mogli jednak narzekać na brak startów na MotoArenie, bowiem w Toruniu rozegrano Speedway Best Pairs, SEC, Challenge SEC, jubileusz Adriana Miedzińskiego. Niestety to co było przewagą miejscowych jeźdźców, budowało też rywali, którzy wspólnie z toruńczykami rywalizowali w tych imprezach.
Po sezonie ewidentnie widać było, że w zespole Aniołów potrzebne były zmiany. Nikt jednak nie spodziewał się rewolucji, bo sytuacja na rynku zawodniczym nie była zbyt ciekawa. Największą bolączką KS Toruń, był brak wspomnianego lidera i takiego zawodnika, który był  w stanie regularnie zdobywać powyżej 10 punktów i brać na siebie ciężar walki o zwycięstwo w końcówce meczu. Potrzebny był także solidny zawodnik krajowy, bowiem kontuzja Miedziaka czy czerwona kartka Gingera pokazały, że budowanie składu w oparciu o dwóch krajowych seniorów znacznie skraca ławkę zawodników, gdy ci wypadną ze składu.
Klub musiał też pozyskać sponsora, który sfinansowałby wielkie nazwiska. Wiele mówiło się o mariażu MotoAreny lub zespołu z firmą Monster, a  co za tym idzie w Toruniu miały pojawić się uznane nazwiska wspierane finansowo przez tego właśnie sponsora. Jednak kibice na ostateczne rozstrzygnięcia musieli poczekać przynajmniej do zakończenia AD 2015, a w przerwie zimowej mogli emocjonować się róznego rodzaju plebiscytami.

Pierwszym plebiscytem była zorganizowana po raz pierwszy w historii gala PGE Ekstraligi zorganizowana w warszawskim Hilton Warsaw Hotel and Convention Centre. W stolicy, co warte podkreślenia, stawili się wszyscy żużlowcy PGE Ekstraligi. Najlepszym debiutantem sezonu wybrano Maksyma Drabika z Wrocławia, a najlepszym juniorem został aktualny indywidualny mistrz świata w tej kategorii wiekowej, Bartosz Zmarzlik z Gorzowa. W kategorii trener/menedżer wygrał Piotr Baron, którego Sparta sięgnęła po srebrny medal Drużynowych Mistrzostw Polski.
W jednej z kategorii decyzja była w rękach kibiców. Rajderem Sezonu 2015 fani, podczas głosowania w Internecie, które zakończyło się w trakcie Gali, wybrali Janusza Kołodzieja. Z kolei redakcja sportowa nc+ przyznała nagrodę za wyścig sezonu 2015, którą zainkasował Tomasz Gollob (bieg z meczu GKM Grudziądz – Stal Gorzów).

Oto pełna lista osób uhonorowanych tzw. "Szczakielami":

        Najlepszy polski zawodnik
                         
1. Maciej Janowski (Wrocław)
                         2. Bartosz Zmarzlik (MOGorzów)
                         3. Piotr Pawlicki (Leszno)

        Najlepszy zawodnik zagraniczny
                         
1. Tai Woffinden (Wrocław)
                         2. Darcy Ward (Zielona Góra)
                         3. Emil Sajfutdinow (Leszno)

        Debiut sezonu 2015
                         
1. Maksym Drabik (Wrocław)
                         2. Jason Doyle (Toruń)
                         3. Kenni Larsen (Rzeszów)

        Najlepszy junior sezonu 2015
                         
1. Bartosz Zmarzlik (Gorzów)
                         2. Piotr Pawlicki (Leszno)
                         3. Maksym Drabik (Wrocław)

        Najlepszy trener/menedżer 2015
                         
1. Piotr Baron (Wrocław)
                         2. Paweł Baran (Tarnów)
                         3. Adam Skórnicki (Leszno)

        Wyścig sezonu 2015
                         
Tomasz Gollob (Grudziądz)

        Rajder Sezonu 2015 (nagroda kibiców)
                         
Janusz Kołodziej (Tarnów)

        Nagroda Specjalna (Złoty Szczakiel)
                         
Jerzy Szczakiel (IMŚ 1973)

Rozgrywki ligowe juniorówgóra strony


    
      TABELA LIGI JUNIORÓW
      ZESPÓŁ PUNKTY
DUŻE
PUNKTY
MAŁE
I runda 2015-07-08 Częstochowa Sparta Wrocław 41 170
II runda 2015-07-09 Leszno Stal Gorzów 27 137
III runda 2015-07-15 Tarnów Stal Rzeszów 21 123
IV runda 2015-07-16 Rzeszów Unia Leszno 21 122
V runda 2015-08-03 Toruń KS Toruń 19 113
VI runda 2015-08-04 Grudziądz Unia Tarnów 17 121
VII runda 2015-08-12 Zielona Góra GTŻ Grudziądz 13 104
VIII runda 2015-08-13 Gorzów Falubaz Zielona Góra 9 94
 

Finał indywidualny Ligi Juniorów

  2015-08-31 Częstochowa (Fajfer)

Rozgrywki pozaligowe góra strony


    
Indywidualne Mistrzostwa Świata - Grand Prix
Indywidualne Mistrzostwa Europy
Drużynowy Puchar Świata
(toruńczycy nie startowali w finale)
Indywidualne Mistrzostwa Świata Juniorów
Speedway Best Pairs
Mistrzostwa Pomorza
Nice Cup

2015-01-25 ice speedway - Toruń
2015-03-20 XV-lecie startów Adriana Miedzińskiego - Toruń
2015-07-18 Puchar św. Dominika - Gdańsk
(Miedziński, Gomólski)
2015-09-05 MIM NICE PLŻ o Koronę Bolesława Chrobrego - Gniezno
(Fajfer)
2015-10-04 Turniej indywidualny i puchar prezydenta Częstochowy
(Miedziński, Gomólski)

2015-10-31 DMŚJ (Przedpełski)
2015-08-29 IMEJ
(toruńczycy nie startowali w finale)
2015-09-15 DMEJ
(toruńczycy nie startowali w finale)
2015-09-27 MEP
(toruńczycy nie startowali w finale)
2015 - cykl
  MACEC (toruńczycy nie startowali w turniejach)
2015-04-25 WSL
(toruńczycy nie startowali w finale)

2015-03-29 MPPK przełożony 2015-07-12 (toruńczycy nie startowali w finale)
2015-07-05 IMP
(toruńczycy nie startowali w finale)
2015-07-12 MIMP
(Fajfer)
2015-08-02 IMME (Łaguta, Przedpełski)
2015-09-26 MMPPK
2015-07-21 MDMP
runda III w Toruniu

2015-04-14 ZK (toruńczycy nie startowali w finale)
2015-08-30 SK
(Fajfer)
2015-07-04 BK
(Krzyżanowski)

WYNIKI MECZÓW LIGOWYCH ROZEGRANYCH Z UDZIAŁEM TORUŃSKIEJ DRUŻYNY W SEZONIE 2015góra strony


          
Kolejka Data Przeciwnik Wynik
Runda Zasadnicza
I 5/6 kwietnia 2015
cała kolejka przełożona
17.05.2015

Gorzów - Toruń
42 : 48
II 12 kwietnia 2015
Toruń - Wrocław
45 : 45
III 26 kwietnia 2015
Zielona Góra - Toruń
47 : 43
IV  10 maja 2015
Toruń - Rzeszów
48 : 42
V  24 maja 2015
Leszno - Toruń
44 : 46
VI  31 maja 2015
Toruń - Grudziądz
59 : 31
VII  4 czerwca 2015
Tarnów - Toruń
50 : 40
VIII 14 czerwca 2015
cała kolejka przełożona
19.07.2015

Toruń - Gorzów
56 : 33
IX 21 czerwca 2015
Wrocław - Toruń
51 : 39
X 28 czerwca 2015
Toruń
- Zielona Góra
46 : 43
weryfikacja

46 : 39
XI 26 lipca 2015
Rzeszów - Toruń
49 : 40
XII 9 sierpnia 2015
Toruń - Leszno
44 : 46
XIII

16 sierpnia 2015


Grudziądz - Toruń
49 : 41
XIV 23 sierpnia 2015
Toruń - Tarnów
45 : 45
Runda play-off
XV 6 września 2015
Toruń - Leszno
49 : 41
XVI 13 września 2015
Leszno - Toruń
53 : 37
XVII 20 września 2015
Toruń - Tarnów
40 : 50
XVIII 27 września 2015
Tarnów - Toruń
53 : 37

KADRA TORUŃSKICH ANIOŁÓW W SEZONIE 2015 góra strony


       
Ciekawostki związane z toruńskimi zawodnikami po sezonie 2015

Adrian MIEDZIŃSKI
Mimo odniesionej kontuzji tegoroczny "piętnastolatek" zdobywał kolejne punkty w statystyce wszechczasów i obecnie zajmuje. 
- 2 miejsce pod względem ilości sezonów w toruńskim klubie (dorównał w tym elemencie Wojtkowi Żabiałowiczowi)
- 2 miejsce pod względem ilości odjechanych meczów (wyprzedził o zaledwie o jeden mecz Mikra Kowalika)
- 3 miejsce pod względem ilości odjechanych biegów (przekroczył granicę 1100 pkt i dziś ma dokładnie 1182 biegi z Aniołem na piersi)
- 5 miejsce pod względem ilości wywalczonych punktów (choć już wyprzedził swojego tatę Stanisława, w przyszłym sezonie ma szansę zdobyć o 1000 pkt więcej od swojego Ojca.

Paweł PRZEDPEŁSKI - jako jedyny wywalczył medal i był to medal złoty w DMŚJ.
Pawełek ponadto w czwartym ligowym sezonie w klasyfikacji wszechczasów awansował na 29 miejsce pod względem liczby zdobytych punktów i wyprzedził w tej rywalizacji byłych mistrzów świata - Tomasza Golloba, Marka Lorama, Pera Jonssona oraz mistrza świata juniorów Darcy Warda.

Oskar FAJFER
Zaliczył najwięcej finałów w polskiej lidze (MIMP, MMPPK, SK, IMLJ)

Jason DOYLE
W GP był zawodnikiem któremu w protokole zawodów zapisano najmniej "zer" - raptem 4

Kacper GOMÓLSKI
Jest pierwszym zawodnikiem który trafił do Torunia z klubu Tarnowskiego. W przeszłości żaden zawodnik z Tarnowa nie zasilił toruńskiej drużyny. W archiwach doszukano się, że jedynym transferem tarnowsko-toruńskim, był Albin Tomczyszyn, który w 1972 podjął się funkcji trenera.

Warto też wspomnieć o zawodnikach którzy reprezentowali klub z Torunia w przeszłości. I tak:

Piotr PROTASIEWICZ
W 24 roku startów na żużlowych torach po raz pierwszy walczył o tytuł IME

Niels Kristian IVERSEN
Spośród wszystkich obecnych lub byłych zawodników reprezentujących toruński klub, wystartował w największej liczbie finałów międzynarodowych. Były to turnieje IMŚ-GP, DPŚ, WSL
    

Zawodnik - Działacz mecze biegi punkty bonusy średnia
biegowa
miejsce w
ligowym rankingu
komentarz/ocena po sezonie
seniorzy

Grigorij ŁAGUTA
Rosja
17 83 142 13 1,867 21     
Postawę Grigorija Łaguty w sezonie 2015 opisał na zdjęciu obok fotoreporter Sławek Kowalski. Niezwykle sympatyczny Grisza, zawsze uśmiechnięty, bezradnie rozkładający ręce, bowiem nie potrafił wziąć na swoje barki roli lidera, do której przed sezonem był przymierzamy. Rosjanin miał na tej pozycji zastąpić swojego krajana Emila Sajfutdinowa, jednak średnia poniżej 2,000, pkt na bieg i tylko 3 wygrane biegi z 14 możliwych w rundzie finałowej oddają sprzętowe i sportowe przygotowanie Łaguty do sezonu. Zawodnik wielokrotnie deklarował, że dobrze czuje się w toruńskiej drużynie, jednak kibice oczekiwali od niego znacznie więcej zwłaszcza w sferze podejścia do swoich obowiązków i w aspekcie utożsamiania się z drużyną.
Wiele niepotrzebnych rzeczy działo się wokół tego zawodnika. Już w czerwcu tylko dzięki deszczowi i przełożeniu półfinału DPŚ ostatecznie mógł pojechać w bardzo ważnym meczu z Gorzowem, bo zachował się niefrasobliwie i mógł dostać karę zawieszenia przez macierzystą federację. Z kolei przed ostatnim meczem sezonu pojechał do Debreczyna na finał ME par, choć wcześniej deklarował, że zastąpi go brat Artiom. W trakcie meczów też bywało różnie i Grisza tracił w głupi sposób punkty - wykluczenia za dwie minuty, lub taśmy po próbie przechytrzenia sędziego na starcie. Generalnie każdy oczekiwał od niego więcej i można powiedzieć, że Rosjanin był największym rozczarowaniem w KS Toruń.
    
 
Chris HOLDER
Australia
18 90 153 12 1,833 23
Mistrz Świata w 2012 roku z powodu ciężkich kontuzji zatracił całą swoją finezję w żużlowej jeździe na motocyklu. W jego jeździe było widać wielką zachowawczość, a w sezonie 2015, Chris bał się wjechać motocyklem, tam gdzie wcześniej wsadzał nogę. O ile na Motoarenie miał dobre mecze, większość z nich kończył z dwucyfrowym dorobkiem, to słabiej wypadał na wyjazdach. Dlatego zawodnik dostał spory kredyt zaufania i miał za zadanie przejechać w miarę zdrowo cały sezon, by móc się odbudować w kolejnych latach.
W końcówce wielu miało obawy o jego dyspozycję po wypadku Darcy’ego Warda, ale Chispy, wszystko przemyślał i choć w świadomości pozostawała tragedia przyjaciela postanowił kontynuować karierę, a to dobry prognostyk na przyszłe lata, bo Australijczyk należy do zawodników światowej czołówki, w którym drzemie ogromny potencjał.
Chris w kolejnym sezonie ma szansę zostać liderem każdego teamu, którego plastron będzie przywdziewał, jednak powinien nabrać większej pewności w sferze psychicznej, by nie bać się odniesienia kolejnego urazu, a to zadanie znacznie trudniejsze, niż wyleczenie złamanej nogi.
      

Jason DOYLE
Australia
18 86 140 15 1,802 24
Zawodnik, który zadebiutował w ekstralidze i w cyklu Grand Prix. Po sezonie można powiedzieć, że Jason jest gotowy do tego aby ścigać się z najlepszymi zawodnikami na świecie. Pierwsza połowa ligowego sezonu była w wykonaniu Kangura rewelacyjna. Jego dorobek meczowy zazwyczaj oscylował w okolicy 10 pkt., a niejednokrotnie go przewyższał. Niestety w przekroju całego sezonu można powiedzieć że Doyle przesadził z ilością startów. W pewnym momencie zabrakło mu sił, koncentracji i świeżości. Miał bezsensowne mecze w Danii i niektóre w Anglii, gdzie zamiast skupić się na jeździe w podstawowym klubie Leicester Lions, ścigał się również jako jako gość w innych zespołach. W decydujących momentach w Polsce sobie nie poradził, ale w Grand Prix, zapewnił sobie miejsce w pierwszej ósemce.
W drugiej połowie sezonu zaczął współpracować z psychologiem i na pewno jest to nieoceniona pomoc, ale w przyszłości powinien większą wagę przykładać do planowania kalendarza startów, bowiem nie da się jeździć na wysokim poziomie z taką częstotliwością. Poza tym jeśli zawodnik myśli o poważnym ściganiu w Polsce powinien znaleźć w Anglii klub, który nie startuje w soboty, aby miał więcej możliwości by by trenować na polskich torach w przeddzień meczu.
Niestety sezon dla Jasona zakończył się pechowo. W finale Grand Prix Australii, na pierwszym łuku było niezwykle ciasno i jadący po wewnętrznej Greg Hancock zderzył się z Australijczykiem, który upadł wprost pod koła Macieja Janowskiego i obaj żużlowcy wylądowali na bandzie. Wypadek wyglądał bardzo groźnie, a nieprzytomny Doyle trafił do szpitala w Melbourne, gdzie przeszedł szczegółowe badania, które potwierdziły uraz szyi i klatki piersiowej, ale stan ogólny zawodnika był dobry. Musiał jednak sezon zakończyć pod opieką lekarzy.
  
 
Adrian MIEDZIŃSKI
wychowanek
15 62 83

12

1,532

32
Dla "Miedziaka" sezon był pasmem bólu i cierpienia. Przed sezonem zawodnik miał wielkie plany sportowe. Miał być liderem polskiej formacji, jednak kontuzja jakiej nabawił się w lidze angielskiej niemal nie zakończyła jego kariery. Brak regularnych startów u progu sezonu, wybił zawodnika z płynnego wejścia w sezon i "Adik" w piętnastym roku startów na żużlowych torach męczył się niesamowicie. Cierpiał na brak startów i choć podpisał kontrakt w Szwecji, to pojechał tylko w dwóch meczach i gdy akurat potrzebował jazdy po powrocie do zdrowia, zarówno Anglicy jak i Szwedzi nie byli zainteresowani jego usługami. Kilka razy udało mu się wystartować w Czechach, ale to wszystko było za mało, aby złapać właściwą formę. Adrian w kolejnym sezonie na pewno będzie musiał nabrać większej wiary w siebie i wrócić do pełnej sprawności, bowiem w zimowej przerwie czekała go jeszcze operacja kontuzjowanej dłoni.
   

Kacper GOMÓLSKI
pozyskany z Tarnowa
17

70

72

17

1,271

41    
Ginger przed sezonem zmienił klub i wszedł w wiek seniora i jak się okazało, również dla niego, jak dla wielu jeźdźców pierwszy rok w gronie seniorów był trudny. Miał kilka niezłych meczów, ale w niektórych meczach (zwłaszcza w Tarnowie) oczekiwano od niego znacznie więcej. Ze swoimi drużynami przeżywał istną huśtawkę nastrojów bowiem w Anglii wywalczył z Pool  mistrzostwo, a w Szwecji z Lejonen zajął ostatnie miejsce w lidze.
Zawodnik miał jednak już za sobą trudy przejścia na pozycję seniorską i w kolejnych sezonach na pewno jest w stanie jechać lepiej. Musi jednak pomyśleć o przygotowaniu fizycznym i popracować nad swoją wagą, bowiem tendencja wśród najlepszych zawodników jest taka, że ten element przygotowania wpływa nie tylko na formę fizyczną, ale też psychiczną. Nie oznacza to, że Kacper jest "grubasem", ale ma jak na żużlowca jego sylwetka, jest nieco atletyczna. IMŚ AD 2015 Tai Woffinden stwierdził, że znacznie lepsze rezultaty zaczął osiągać w momencie, gdy zgubił kilka kilogramów. Dlatego również Kacper powinien zadbać o swoją masę, bowiem sylwetką przypomina gladiatora, a nie filigranowego żużlowca, który waży poniżej 70 kg.
    

Łukasz PRZEDPEŁSKI

wychowanek
- - - - - -        
Brat Pawła Przedpełskiego, był w kadrze KS Toruń, trenował z innymi zawodnikami, ale nie był brany pod uwagę przy ustalaniu składu ligowego. W tej sytuacji jazdy starszego z braci Przedpełskich traktowano bardziej jako zabawę niż jako kontynuację kariery.
   

Karol ZĄBIK

wychowanek
- - - - - -    
Przed sezonem Karol próbował powrócić do czynnego ścigania, jednak ilość kontuzji z poprzednich lat dawała ciągle o sobie znać zwłaszcza w sferze psychicznej i zawodnik uznał, że nie mam w nim już tyle odwago co przed laty i zakończył karierę skupiając się na pomocy młodym zawodnikom w toruńskiej szkółce żużlowej
   
juniorzy

Paweł PRZEDPEŁSKI
wychowanek
17 80 153

11

2,050

13
Paweł w sezonie 2015 sportowo wydoroślał. Wielokrotnie brał ciężar walki o ligowe punkty na swoje barki, czego efektem była trzynasta średnia w estralidze i trzecia wśród juniorów.
Młody Anioł z powodzeniem walczył nie tylko w lidze, ale również na arenie międzynarodowej i w IMŚJ gdyby nie kontuzja z jaką wystartował w pierwszym turnieju finałowym zapewne zdobyłby medal w tej rywalizacji.
Niestety właśnie kontuzje skutecznie wybijały tego niezwykle utalentowanego zawodnika z rytmu i odbierały kolejne sportowe sukcesy. Paweł bowiem musiał zrezygnować z kilku ważnych imprez zwłaszcza w kategorii juniorskiej. Toruński junior nie załamywał rąk, bowiem w kolejnym roku miał jeszcze możliwość zaistnienia w młodzieżowej formacji w kraju i na świecie.
Sezon 2016 powinien zatem należeć do tego utalentowanego jeźdźca, a toruńscy działacze wokół jego osoby powinni budować skład na kolejne lata. Oby tylko kontuzje omijały Pawełka.
 

Oskar FAJFER
pozyskany z Gniezma
17

64

59 16

1,172

47    
Gdy Oskar Fajfer trafił zimą 2013 roku na MotoArenę, w klubie wiązano z nim spore oczekiwania. Jego pierwszy sezon w barwach Aniołów oceniano za stosunkowo poprawny. Jednak sezon 2015 Fajfer miał słabszy w porównaniu do poprzedniego, co nie powinno mu się w ostatnim sezonie jako juniora zdarzyć. W końcówce miał dwa dobre mecze z Lesznem, zrobił kilka zmian np. w sprzęcie, ale brakowało mu regularności. Często notował wpadki, jak choćby w pierwszym meczu sezonu z Wrocławiem. I choć drzemią w nim spore możliwości, to generalnie większość sezonu w jego wykonaniu była słaba lub co najwyżej przeciętna. Na pewno sam zawodnik jak i działacze oraz kibice oczekiwali nieco więcej. W kolejnym roku będzie startował jako senior i raczej powinien poszukać szansy w niższej lidze, bowiem w formacji seniorskiej nie będzie już taryfy ulgowej i wiele zależy przede wszystkim od samego Oskara.
    

Dawid KRZYŻANOWSKI
wychowanek
4

5

1 0

0,200

nklas    
Dawid był trzecim juniorem w klubie. Ostro jednak deptał po piętach Oskara Fajfera. Niestety w meczu rundy zasadniczej, gdy do Torunia przyjechał Unia z Leszna w szóstym wyścigu doszło do makabrycznie wyglądającego wypadku. Na tor upadli upadli Jason Doyle oraz Dawid Krzyżanowski. O ile Australijczyk natychmiast podniósł się z toru, o tyle w przypadku juniora z Torunia uderzenie w bandę było bardzo silne i ostatecznie nieprzytomny zawodnik został odwieziony do szpitala skąd napłynęły niepokojące wieści, że młody zawodnik stracił przytomność i ma poważny uraz głowy, wstrząśnienie mózgu oraz stłuczenie płuc, które spowodowało odmę. Niestety po koszmarnym upadku, dla zawodnika sezon praktycznie się zakończył, bowiem lekarze zapowiadali kilkutygodniowe leczenie i rehabilitację.
Oby ów makabryczny wypadek nie wpłynął na formę Dawida, bowiem w roku 2016 ma spore szanse stać się podstawowym juniorem w składzie KS Toruń zaraz po Pawle Przedpełskim.
   

Paweł WOLENDER
wychowanek
1 1 0 0 0,000 nklas   
Paweł wystąpił w jednym meczu i jednym biegu, niestety nie zdobył punktu, ale zapisał się w toruńskiej historii jako pełnoprawny uczestnik rywalizacji o DMP. Niestety po ligowym debiucie zawodnik nie znalazł uznania w oczach toruńskich działaczy. Nie znalazł też innego klubu zainteresowanego jego usługami i zakończył żużlową karierę.
   

Marcin TUROWSKI
wychowanek
2 - - - - nklas    
Marcin zadebiutował w sezonie 2015 w ligowym składzie, jednak nie miał okazji stanąć pod ligową taśmą. Zawodnik co prawda u progu sezonu zdobył żużlową licencję, ale nadal ciągnęło go do miniżużla i startował w wielu zawodach na "małych motocyklach". Jazdy te na pewno nie zaszkodziły "Turkowi", ale zawodnik w kolejnym sezonie powinien skupić się raczej na dorosłej odmianie speedwaya, bowiem ma spore szanse na kontynuowanie tradycji swojego dziadka, ale żużel powinien pochłonąć go bez reszty.
  

Brady KURTZ
Australia
- - - - - -

  
Ten osiemnastoletni żużlowiec rodem z Australii uważany za supertalent, pojawił się w toruńskim teamie w dniu 31 lipca 2015 roku. Kurtz w polskiej lidze nie miał okazji do startów, a w Toruniu pojawił się, gdy po wypożyczeniu Maxa Fricke (Rynik), Wiktora Kułakowa (Tarnów) i przejściu Darcy Ward do Zielonego Góry zespół został bez zawodnika rezerwowego. W głębokiej rezerwie pozostawał co prawda polecony przez Grigorija Łagutę, Rosjanin Siergiej Łogaczew, ale nie zyskał on uznania w oczach toruńskich działaczy.
Toruński klub zawierając kontrakt z młodym Kangurem bardziej inwestował w przyszłość niż w realne szanse na starty Brady’a w sezonie 2015. A Jacek Gajewski nie kontraktował "kota w worku", bowiem Australijski osiemnastolatek obok wspomnianego Ficke'a oraz Jacka Holdera brata Chrisa
należał do największych talentów na antypodach. 
 


Tomasz BEYGER
wychowanek
- - - - - -   
    
Zawodnik bez sukcesów i szansy na sportowy rozwój, po tym jak nie znalazł klubu, których chciałby skorzystać z jego usług, zakończył żużlową karierę.
  
  
osoby funkcyjne z pierwszych stron gazet

Przemysław TERMIŃSKI
prezes
    
Pierwszy sezon w sporcie żużlowym nowego prezesa i właściciela klubo należy ocenić pozytywnie. Drużyna przed sezonem miała jasny cel - awans do fazy play-off i cel ten osiągnęła. Co prawda runda finałowa w wykonaniu Aniołów była nieco kompromitująca, ale cel został osiągnięty. Ponadto budżet klubu został zabezpieczony, a wraz z końcem sezonu wszyscy zawodnicy otrzymali zarobione na torze pieniądze. Ważnym aspektem było też zbudowanie składu KS Toruń na miarę klubowej kasy. Jednak gołym okiem widać było, że w mieście Koperniak skończyło się żużlowe życie ponad stan i był to często stan bardzo skromny. Działaczom bowiem nie udało się pozyskać przez cały sezon sponsora tytularnego, a co za tym idzie nie udało się zatrzymać w Toruniu Darcy Warda. Należy jednak oddać toruńskiemu prezesowi, że gdy Darcy potrzebował wsparcia finansowego, KS Toruń i ludzie z nim związani stanęli na wysokości zadania i wiele akcji firmowanych przez klub pozwoliło pozyskać znacznie środki na leczenie Australijczyka.
Oby drugi rok żużlowej działalności Przemysława Termińskiego, po doświadczeniach sezonu 2015, zaowocował medalem DMP.
     

Jacek GAJEWSKI
menadżer
   
Toruński menadżer uchodzi za jednego z najlepszych w swoim fachu. Niestety w sezonie 2015 widać było u Gajewskiego kilkuletni rozbrat z żużlem. Nie czuł on tak jak kiedyś formy zawodników, nie dostrzegał tych niuansów w formie żużlowych riderów tak jak kiedyś. Ponadto można było odnieść wrażenie, że w parku maszyn nie miał należytego poważania wśród jeźdźców.
Trzeba jednak obiektywnie przyznać, że kierując się nazwiskami skład Aniołów został zbudowany poprawnie. Nikt bowiem nie był w stanie przewidzieć, że Grigorij Łaguta zanotuje najgorszy swój sezon w polskiej lidze, a najlepszy zawodnik pierwszej ligi w sezonie 2014 nie będzie w stanie w drugiej części sezonu zbliżyć się do granicy dziesięciu punktów na mecz, czy wreszcie, że. kontuzja niemal zakończy karierę Adriana Miedzińskiego. Niestety pewnych faktów można było się spodziewać, bo Łaguta wracał do ścigania po kontuzji, a Doyle oprócz zmiany ligi na wyższą, miał ścigać się w Grand Prix. W przeszłości jednak Jacek Gajewski miał na takie sytuacje "plan B", którego zabrało w sezonie 2015. Po przeciętnym od strony menadżerskiej sezonie Gajewski dostał kredyt zaufania od właścicieli klubu i należy mieć nadzieję, że w kolejnym roku jego decyzje będą bardziej trafne.
   

Jacek KRZYŻANIAK
trener młodzieży
   
"Krzyżak" odpowiadał za toruńskich żużlowców ze szkółki tuż po licencji. Jego zadaniem było zapewnić zawodnikom jak najwięcej startów i prowadzić ich żużlowe kariery w kierunku pierwszego składu. Niestety sezon pokazał, że ci którzy zadali żużlowe licencje u progu sezonu mieli większe umiejętności niż wraz z jego końcem. Z całą pewnością wielu młodych riderów powinno wykazać więcej zaangażowania w sport żużlowy, ale również trener powinien być większym motywatorem do działania. Klub na pewno nie ułatwiał Krzyżaniakowi pracy, bowiem wszystko podporządkowane było finansom i o ile w klubowej kasie znajdowano pieniądze na zawodników pierwszego składu o tyle jednorazowa inwestycja przed sezonem w żużlową szkółkę to zbyt mało, aby nawiązać do tradycji lat przełomu lat osiemdziesiątych i  dziewięćdziesiątych, gdy objawiły się nazwiska Kuczwalskiego, Sawiny Kowalika, Światkiewicza, Bajerskiego czy dzisiejszego trenera toruńskiej młodzieży Jacka Krzyżaniaka.
  
  
Jan ZĄBIK

trener miniżużla
    
W sezonie AD 2015 Jan Ząbik był nieco w cieniu wszystkich wydarzeń. Prowadził co prawda zajęcia w miniżużlowej szkółce, ale i w tej roli coraz częściej można było dostrzec jego syna Karola.
Pan Jan pozostawał jednak nadaj ikoną toruńskiego żużla i mimo upływu lat cieszył się estymą i szacunkiem kibiców.
Niestety nowe rozdanie na szczeblach władzy w KS Toruń nie znajdowało możliwości zatrudnienia Pana Janka w innej roli niż trener miniżużla, a jednocześnie nikt nie chciał skorzystać z rad doświadczonego trenera zwłaszcza w aspekcie przygotowania nawierzchni na toruńskiej MotoArenie, a sezon pokazał, że tor nie był atutem gospodarzy, a jednocześnie zatracił swój atut jeśli chodzi o atrakcyjność żużlowego widowiska.
  

Arkadiusz SZYDERSKI
trener ogólnorozwojowy
    
Patrząc przez pryzmat całego sezonu, para trenerów ogólnorozwojowych doskonale przygotowała toruńskich żużlowców do trudów sezonu. U zawodników nie było widać braków kondycyjnych czy fizycznego zmęczenia sezonem. Jednocześnie Anioły zachowały optymalną dla żużlowca sylwetkę. Co prawda Ginger powinien oddać się bardziej w ręce toruńskich kulturystów, aby popracowali z nim nad masą ciała.
Nie podlegało zatem dyskusji, że przerwa między sezonami u toruńskich żużlowców, powinna być ponownie przepracowana w towarzystwie Arka i Radka.
    

Radosław SMYK
trener ogólnorozwojowy
Zawodnicy którzy zdali licencję w sezonie 2015
Na pierwszy egzamin na żużlową licencję w sezonie 2015 KS Toruń zgłosił sześciu zawodników. Czterech adeptów, wcześniej trenowało na minitorze, dwóch kolejnych posiadało już wcześniej licencję, ale przez kontuzje musieli zawiesić treningi i w roku 2015, regulamin nakazywał im odnawiać żużlowe papiery, gdyż nie jeździli przez cały poprzedni rok.
Przy tak dużej liczbie żużlowych Adeptów działacze toruńscy postanowili zorganizować egzamin w Toruniu. GKSŻ przychyliła się do tej prośby i w dniu 25 marca 2015 komisja w składzie Włodzimierz Kowalski - przewodniczący oraz Marek Cieślak i Rafał Dobrucki wystąpiła z wnioskiem o nadanie certyfikatu zawodnikom toruńskim, którzy zdali pozytywnie egzamin.

   

Patryk Sikora
rocznik 1995 KS Toruń SA

Tomasz Przywieczerski
rocznik 1997 KS Toruń SA

Marcin Kościelski
rocznik 1998 KS Toruń SA

Adrian Bułanowski
rocznik 1998 KS Toruń SA

Igor Kopeć-Sobczyński
rocznik 1999 KS Toruń SA

Marcin Turowski
rocznik 1999 KS Toruń SA
   

Toruńska młodzież miała doskonałe warunki do treningów, startowała w dużej liczbie imprez, a każdy z zawodników po zdaniu egzaminu na licencję miał ją wykupioną, co w poprzednich a latach nie było takie oczywiste. Jednak niewielu z jeźdźców potrafiło wykorzystać możliwości jakie stwarzał klub.

Trener Jacek Krzyżaniak mógł niekiedy bezradnie rozkładać ręce, bowiem postawa niektórych młodych jeźdźców była sporym rozczarowaniem. Nikt nie oczekiwał o tegorocznych "licencjatów" wiele, bowiem dla większości był to pierwszy sezon w "dorosłym" speedwayu, ale można było odnieść wrażenie, że młode Aniołki, Jeździły w kwietniu czy maju lepiej niż pod koniec sezonu. Apogeum rozczarowania miało miejsce w rozegrany pod koniec sezonu turnieju Nice Cup, gdzie zawodnicy z innych klubów, którzy przegrywali u progu sezonu z młodymi toruńczykami, w tych zawodach pokazywali plecy swoim rówieśnikom, którzy startowali w roli gospodarzy toruńskiej MotoAreny.

Niestety taki obraz toruńskiej szkółki nie napawał optymizmem na rok kolejny, bowiem pierwsza drużyna potrzebowała drugiego juniora, a poza Dawidem Krzyżanowskim i Marcinem Kościelskim, trudno było szukać iskierki nadziei.

Niestety toruńscy działacze mimo, że stworzyli warunki do uprawiania żużla, to nie dostrzegali możliwości w których młodzi zawodnicy mogli zdobywać cenne ligowe doświadczenie i nie posyłali do boju swoich młodzieżowców. Tak było choćby w meczach play-off, gdzie w składzie z konieczności pojawił się Marcin Turowski i mimo, że drużyna Aniołów przegrała zawody, młody zawodnik nie dostał szansy ligowego debiutu. A taka nominacja mogła tylko pozytywnie wpłynąć na młodego żużlowca i zmotywować go do bardziej intensywnej pracy.
   

 

Obok toruńczyków, "żużlowe prawo jazdy" otrzymali również zawodnicy innych klubów:
     Michał Szmidt 1998 SŻKS ROW Rybnik
          Krystian Białecki 1997 TŻ Start Gniezno
               Damian Sperz 1990 GKŻ Wybrzeże Gdańsk


Toruńskie podprowadzające w sezonie 2015!
od lewej: Sandra, Ola, Sandra, Dagmara, Kamila
Dagmara została drugą wicemiss podprowadzających Ekstraligi w sezonie 2015

TABELA EKSTRALIGI ŻUŻLOWEJ PO RUNDZIE ZASADNICZEJ W SEZONIE 2015góra strony


       
zespół mecze zw. rem. por. pkt
duże
bon. razem pkt
małe
Fogo Unia Leszno 14 12 - 2 24 5 29 +89
Grupa Azoty Unia Tarnów 14 8 1 5 17 4 21 +17
Betard Sparta Wrocław 14 6 1 7 13 5 18 +68
KS Toruń 14 6 2 6 14 3 17 +27
Spar Falubaz Zielona Góra 14 6 1 7 13 3 16 -1
Stal Gorzów 14 5 - 9 10 3 13 +10
PGE Stal Rzeszów 14 5 1 8 11 2 13 -26
GKM Grudziądz 14 5 - 9 10 0 10 -184

OSTATECZNA TABELA EKSTRALIGI ŻUŻLOWEJ W SEZONIE 2015
bilans zwycięstw i przegranych oraz małych punktów ma charakter czysto poglądowy
w drugiej fazie rozgrywek rywalizacja odbywała się systemem play-off
zespół mecze zw. rem. por. pkt
małe
Fogo Unia Leszno
złoty medalista DMP
18 14 1 3 +105
Betard Sparta Wrocław
srebrny medalista DMP
18 11 1 6 +84
Grupa Azoty Unia Tarnów
brązowy medalista DMP
18 7 2 9 +35
KS Toruń 18 7 2 9 -7
Spar Falubaz Zielona Góra 14 6 1 7 -1
Stal Gorzów 14 5 - 9 +10
PGE Stal Rzeszów
baraż z drugim zespołem pierwszej ligi
14 5 1 8 -26
GKM Grudziądz
spadek do niższej ligi
14 5 - 9 -184

STATYSTYKA I REGULAMINY OBOWIĄZUJĄCE W SPORCIE ŻUŻLOWYM W SEZONIE 2015góra strony


       
lista zawodników zastępowanych
w sezonie
2015

statystyka Aniołów (rar ok. 200 kb)
średnie punktowe wszystkich zawodników startujących w polskich ligach
| e-liga | 1 Liga | 2 Liga |

regulamin sportu żużlowego w rozgrywkach PZM w sezonie 2015
Regulaminy dla rozgrywek pod auspicjami e-ligi

STAL Toruńgóra strony


Jeszcze przed rokiem w toruńskiej szkółce było ponad 10 wychowanków.  Od lipca do początku września ubiegłego roku odbywały się treningi w ramach Akademii Żużlowej toruńskiego klubu. Choć po zakończeniu sezonu Anioły zostały przejęte przez nowego właściciela, projekt szkolenia najmłodszych adeptów był kontynuowany i tak jak w poprzednich latach odpowiadał za całość wyszkolenia żużlowego narybku odpowiadał Jan Ząbik. W klubie przed sezonem 2015 dokonano przeglądu postępów jakie czynili zawodnicy i niektórym młodym jeźdźcom podziękowano za współpracę. Z początkiem nowego sezonu na pierwszy w sezonie egzamin na żużlową licencję KS Toruń zgłosił jednak sześciu kolejnych zawodników. Czterech adeptów, wcześniej trenowało na minitorze, dwóch kolejnych posiadało już wcześniej licencję, ale przez kontuzje musieli zawiesić treningi i w roku 2015, regulamin nakazywał im ją odnawiać, gdyż nie jeździli przez cały rok.
W klubie trwały jednak dość długo ustalenia na jakich zasadach miała działać szkółka żużlowa w roku 2015. Jednak nie przeszkodziło to wczesną wiosną wyjechać na tor i prowadzić kolejnego naboru do grupy miniżużlowców, którzy odnosili sukcesy nie tylko w kraju, ale i na arenie międzynarodowej. Toruński speedway młodzieżowy, zawdzięczał to bardzo dobrej bazie do uprawiania miniżużla oraz doskonałej współpracy z samym klubem. W tym miejscu warto przypomnieć, że w 2011 roku w sąsiedztwie toruńskiego lotniska i głównej areny zmagań żużlowców, wybudowano minitor, tworząc tym samym idealne miejsce szlifowania talentów. Aby zachęcić młodzież do uprawiania czarnego sportu w roku 2014 zorganizowano Letnią Akademię Żużla. W tym samym celu powstał niegdyś pomysł (oby pomysł został wcielony w życie) by powołać do życia w jednym z ogólniaków klasę o profilu żużlowym. Jak pokazuje przykład młodych zawodników wywodzących się z minitoru, Marcina Kościelskiego oraz Igora Kopeć-Spobczyńskiego pomysły toruńczyków zmierzały w dobrym kierunku, bowiem pierwszy z młodych jeźdźców zdobył brązowy medal Indywidualnego Pucharu Europy, a obaj miniżużlowcy czynili starania, by spróbować sił w klasycznej odmianie żużla. Dlatego Jan Ząbik nie miał wątpliwości, że w kolejnych latach pierwsza drużyna doczeka się riderów na miarę Adriana Miedzińskiego, czy Pawła Przedpełskiego.

Poniżej zaprezentowano regulamin i najważniejsze wyniki zawodów w których rywalizowali miniżużlowcy.

  
Regulamin i wyniki rozgrywek miniżużlowych 80-125ccm
  
Inne wybrane
rozgrywki miniżużlowe
DMP PPPK IMP
23.08 - (Częstochowa)   31.05 - (Gdańsk)   30.05 - (Gdańsk)   01.08 - (Gdańsk)  

25.04
VI Turniej Pamięci
Prezesa A. Skulskiego
(Rybnik)

26.04
IV Turniej Indywidualny
Złoty Kilofek
(Rybnik)

01.05
Talenty Europy
(Wawrów)

21.09
Turniej Indywidualny
(Częstochowa)

16.05
Gold Trophy
 (Pilzno - Czechy)

27-28.06
Mistrzostwa Europy 85cc
(Rybnik)

5.07
Gold Trophy
(Skaebaek - Dania)

18.07
European Cup 125 cc
(Olching - Niemcy)

05-09.08
World Cup 250cc
(Lamothe-Landeron - Francja)

12.09
World Cup 250cc
(Vechta - Niemcy)

07.06 - (Wawrów) 06.06 - (Wawrów) 22.08 - (Częstochowa)  
31.08 - (Rybnik)   13.06 - (Bydgoszcz) 13.06 - (Bydgoszcz)   29.08 - (Rybnik)  
21.06 - (Rybnik) 20.06 - (Rybnik) 05.09 - (Wawrów)  
06.09 - Finał (Wawrów)   27.07 - (Toruń) 27.07 - (Toruń) 20.09 - Finał (Czewa)  
01.08 - Finał (Gdańsk)        
Ostateczna klasyfikacja medalowa
1. Gdańsk
2. Wawrów
3. Częstochowa/Bydgoszcz

tabela końcowa

1.Gdańsk
2. Toruń
3. Wawrów
1 Mateusz Bartkowiak
2 Mateusz Świdnicki
3 Karol Żupiński

klasyfikacja końcowa

  
Prezentowane wyniki pochodzą ze strony

góra strony

    

         strona główna        

toruńskie turnieje turnieje światowe turnieje krajowe
zawodnicy trenerzy mechanicy działacze
klub statystyki sprzęt