Zmiany regulaminowe
Kontrakty 2018
Przygotowania do sezonu
Liga seniorów
Liga juniorów
Rozgrywki pozaligowe
Wyniki
Kadra 2018
Tabela sezonu 2018

Statystyka i Regulaminy

Toruń - miniżużel

     

 

Kapitan Anielskie powroty

Dział w opracowaniu. Mogą pojawić się braki w grafice i puste linki

ZMIANY REGULAMINOWE W SEZONIE 2018góra strony


Sezon 2017 Get Well zakończył na siódmym miejscu w tabeli i o utrzymanie musiał walczyć w barażach. Wynik ten był wielkim rozczarowaniem. Nic więc dziwnego, że wszyscy oczekiwali z nadziejami na rok 2018, który miał być zupełnie inny. Zwłaszcza, że Anioły na złoto DMP czekały od roku 2008, a srebrny medal wywalczony w sezonie 2016 tylko rozbudził apetyty w "Grodzie Kopernika". Właściciel toruńskiego klubu musiał jednak podjąć męskie rozmowy z zawodnikami i zbudować taki skład, który zapewniłby spokojny awans do fazy play-off, a później walkę o najwyższe cele.
Efekty tych rozmów bazowały rzecz jasna na klubowej kasie, bowiem od jej zasobności zależał poziom zakontraktowanych zawodników oraz ich zaangażowanie w sportowe obowiązki. W sukurs Przemysławowi Termińskiemu przyszła nowa umowa Ekstraligi Żużlowej z Koncernem PGE, który pozostał sponsorem tytularnym na kolejne 3 lata, a do kasy spółki zarządzającej rozgrywkami miały miliony, których beneficjentami miały być kluby. Wywodzący się z toruńskiego środowiska żużlowego, Prezes Ekstraligi Wojciech Stępniewski nie krył zadowolenia z podpisanej umowy: "Jestem bardzo szczęśliwy, że kontynuujemy współpracę i dziękuję PGE Polskiej Grupie Energetycznej za zaufanie oraz dotychczasowe trzy lata sponsoringu, które okazały się dużym sukcesem. Wzrost frekwencji na stadionach, duże i niesłabnące zainteresowanie transmisjami telewizyjnymi z meczów, a także ciągły rozwój infrastruktury stadionowej i organizacji rozgrywek to nasze atuty. Żużel stale się rozwija, polscy zawodnicy od lat stanowią jego motory napędowe, a to oznacza, że razem możemy jeszcze wiele osiągnąć w zakresie popularyzacji tej dyscypliny i jej pozytywnego, rodzinnego wizerunku".
Ponadto Ekstraliga podpisała nowy kontrakt telewizyjny z platformą nc+ (na lata 2019-21 za ponad 60 milionów złotych). Dzięki nowej umowie ze sponsorem tytularnym i obowiązującemu kontraktowi telewizyjnemu z nc+, kluby PGE Ekstraligi miały dostać w roku 2018 milion złotych z kasy podmiotu zarządzającego, a mistrz mógł liczyć na 1,5 miliona. Nic więc dziwnego, że zarówno kluby jak i ekstraliga poczuły moc finansową, która w dobie gdy pieniądz rządził sportem, dawała solidne podstawy do budowania potęgi żużlowej nad Wisłą i snucia dalekosiężnych planów na przyszłość. Warunkiem koniecznym, aby silny polski żużel, stał się potęgą oprócz finansów było priorytetowe traktowanie zawodów ligowych w Polsce przez zawodników i inne znacznie słabsze w swych strukturach nacje żużlowe.
Po ubiegłorocznych zawirowaniach z deklaratywnym wyborem dwóch innych lig oprócz polskiej przez zawodników startujących w Ekstralidze w roku 2018, ponieważ przepis ten zdał egzamin, żużlowe władze poszły krok dalej i wystosowały do FIM wniosek, w którym domagały się wprowadzenia tzw. Speedway Slot System, który wzorem rozwiązań piłkarskiej UEFA przydzielał każdej z lig określone dnia tygodnia. W żużlu było to o tyle ważne, że zawodnicy startujący w kilku ligach, w przypadku nałożenia się terminów mieli problem z wypełnieniem swoich obowiązków względem priorytetowych pracodawców. Zaproponowany przez Ekstraligę Żużlową i PZM, Speedway Slot System zakładał, że liga brytyjska otrzymała do ligowej dyspozycji poniedziałki i czwartki, szwedzka wtorki, duńska środy, a polska piątki i niedziele. Sobota była zarezerwowana dla FIM, z zastrzeżeniem, że jeśli w danym dniu nie było zawodów organizowanych przez międzynarodową federację, to ekstraliga zyskiwały dodatkowy termin. Oczywiście każda z lig mogła jeździć w inne dni tygodnia, jednak musiała się liczyć z tym, że zawodnicy jako priorytet mieli w kontrakcie ligę startującą we wskazanym dniu. System Slot nie uwzględniał kadłubowych lig - czeskiej, niemieckiej i rosyjskiej oraz piątkowych treningów Grand Prix, gdyż nie miały one należytego prestiżu lub nie były one obowiązkowe. Niestety w pewnym momencie pojawił się problem ze slot systemem, bowiem FIM nie chciał się zgodzić na to, aby w przypadku odwołania sobotniej imprezy z powodu deszczu przekładać ją na inną sobotę. Dlatego światowe władze domagały się jako rezerwowego terminu niedzieli, gdzie jak wiadomo, startowała liga polska. W tej sytuacji była pokusa, by zostawić obowiązujący w 2017 roku deklaratywny limit lig. To byłoby dodatkowe zabezpieczenie i szansa na znalezienie większej ilości wolnych terminów w tygodniu w razie konieczności przełożenia spotkań Ekstra i I ligi. Zawodnicy, mając do wyboru opcję 1+2 zwykle odpuszczali Anglię, czyli nasze ligi zyskałby de facto poniedziałek i czwartek. Limit jednak został ostatecznie zniesiony, bo władzom Ekstraligi Żużlowej i GKSŻ udało się znaleźć porozumienie z angielską federacją BSPA w którym Polacy zmienili limity i zawodnicy poza ligą polską i ligą narodową, mogli wskazać nie jedną a dwie inne ligi. Z kolei Anglicy na czas rozgrywania w Polsce rundy play-off oddali czwartkowe terminy Polakom. Oczywiście zasada ta miała obowiązywać tylko w takiej sytuacji, gdy FIM bądź FIM Europe zmuszone były do przełożenia imprezy z soboty na niedzielę, burząc kalendarz rywalizacji ligowej nad Wisłą. Było to niemałe osiągnięcie polskich działaczy, którzy pokazali, że nie chodzi im o ograniczanie swobody zawodników, ale o wolne terminy i sportową dyspozycję najważniejszych jeźdźców.

Po ustaleniach na szczeblu międzynarodowym i organu zarządzającego przyszedł czas na regulamin dla klubów. Ponieważ w poprzednim roku zawodnicy mogli negocjować warunki kontraktu z dotychczasowym klubem przed otwarciem okienka transferowego, rodziło to nieporozumienia wynikające z tego, że zawodnicy ustalali warunki na bazie istniejących przepisów. Potem jednak wchodziły zmiany i wynikały z tego różne problemy i wzajemne pretensje. Działacze, chcąc się dopasować do nowych regulaminów, wprowadzali korekty w zawartych wcześniej porozumieniach, a żużlowcy irytowali się, mówiąc, że przecież nie tak się umawiali. W roku 2018 postanowiono zrobić z tym porządek, a kluby musiały uzbroić się w cierpliwość i liczyć na to, że zawodnicy, z którymi zawarli dżentelmeńskie umowy, nie wycofają się z ustaleń, gdy zobaczą nowe regulacje. Większość działaczy była jednak rozczarowana takim obrotem sprawy, bowiem chciała, żeby było tak, jak dawniej. Rok temu okienko transferowe zostało otwarte 1 listopada i trwało dwa tygodnie, jednak prezesi mieli możliwość wcześniejszego dogadania się ze swoimi zawodnikami, którym kończyły się umowy. W myśl regulaminu na rok 2018 nie mogli tego zrobić i Ekstraliga trzymała tych ustaleń i nie zamierzała zmieniać wcześniej podjętej tłumacząc, że nie można robić zmian dla zmiany i pod wpływem kaprysu, a chodzi o to, żeby wszystkie umowy były zawarte z zawodnikami w tym samym reżimie prawnym. I było to słuszne podejście, bowiem innym z postulatów klubowych włodarzy było poszerzenie ligi do 10 zespołów czyli do stanu który obowiązywał w latach 2012-2013. Wówczas odstąpiono od tego rozwiązania, bo zwyczajnie się ono nie sprawdziło. Nie wszystkie kluby poradziły sobie z większą liczbą spotkań, a dodatkowo problemem była nieustanna licytacja o topowych zawodników. To wszystko odbiło się na kondycji finansowej kilku ośrodków. Temat poszerzenia Ekstraligi wracał jednak i zapewne będzie wracać w przyszłości, bowiem w niższych ligach, wyłaniały się co jakiś czas kluby aspirujące do ekstraligowego grona. I tak było przed sezonem 2018, kiedy to struktury sportowo-orgnizacyjn-finansowe w Gdańsku, Łodzi czy zdegradowanym za doping Grigorija Łaguty Rybniku predysponowały te kluby do walki na najwyższym poziomie. Kluczowe było jednak to, aby podejść do sprawy z zimną głową i tak właśnie podchodziła Ekstraliga, która zamiast żonglować ilością zespołów na ligowych poziomach starała się znaleźć alternatywne rozwiązanie, jak choćby to w którym kluby nie kończyłyby sezonu już w sierpniu. Trudno jednak było o złoty środek i pewnym było, że na sezon 2018 żadnych zmian ilości zespołów w ekstralidze nie będzie, a wszelkie zmiany w tym obszarze były możliwe dopiero od roku 2020.

Aby zapobiec niepotrzebnym spekulacjom, żużlowe władze nie zamierzały zbyt długo trzymać klubów w niepewności regulaminowej i w drugiej połowie października przedstawiły nowe zasady rywalizacji na rok 2018, wśród których najważniejszą zmianą było wprowadzenie zawodnika rezerwowego do 23 roku życia, a także odmienne uregulowanie kwestii związanych z zastępstwem zawodnika i przekładaniem meczów. Oto skrót najważniejszych zmian:
Zawodnicy rezerwowi i składy drużyn
  W meczach nowego sezonu drużyny uczestniczyć będą w składach liczących od 6 do 8 zawodników (drużyna gospodarza z numerami startowymi od 9 do 16 i drużyna gościa – od 1 do 8). Zawodnicy z numerami 8 oraz 16, którzy będą krajowymi zawodnikami młodzieżowymi będą mogli w niektórych przypadkach stanowić zastępstwo zawodników z numerami odpowiednio 6, 7 i 14, 15. Ponadto, będą mogli w biegach II – XIII zastąpić zawodników z numerami 6, 7 i 14, 15 jako rezerwa zwykła maksymalnie po jednym razie każdego z nich.
Zawodnicy z numerami 6 – 8 i 14 – 16 będą mogli zostać zgłoszeni do biegów I, III – XV w zastępstwie innego zawodnika jako rezerwa zwykła, a także w powtórzonych biegach I, III – XV zastąpić zawodnika pod warunkiem, że łączna liczba ich startów w biegach I – XV nie przekroczy: 5 plus 1 rezerwa taktyczna plus 1 rezerwa zastępująca.
Rezerwowymi mogą być zawodnicy krajowi lub obcokrajowcy do 23 roku życia (biorąc pod uwagę rok urodzenia).
Nowe reguły zastępstwa zawodnika (ZZ)
  Zgłoszony w składzie zawodnik spełniający łącznie następujące warunki:
    1) ma prawo być zgłoszonym do zawodów,
2) posiada pierwszą, drugą, trzecią, czwartą lub piątą średnią indywidualną (SI) w składzie aktualnej na dzień zawodów kadry klubu, określoną wg zasad zamieszczonych w postanowieniach na dany rok,
3) w dniu meczu bierze udział w zawodach: FIM lub FIM Europe
4) nie jest zgłoszony z numerem 6, 7, 8 oraz 14, 15, 16,
  otrzyma status zawodnika zastępowanego, który będzie liczony do składu drużyny, spełniającego określone wymogi.
    - Jeżeli data zawodów FIM innych niż SGP, SGP Challenge lub SWC lub zawodów FIM Europe będzie pokrywać się z datą meczu części zasadniczej rozgrywek PGE Ekstraligi i zawodnik, który ma wziąć udział w zawodach FIM lub FIM Europe zostanie podany w składzie drużyny na mecz oraz spełni warunki zawodnika zastępowanego, mecz nie będzie odwołany przez podmiot zarządzający, a drużyna tego zawodnika uzyska uprawnienie do zastosowania za niego zastępstwa zawodnika.
- Jeżeli data zawodów FIM innych niż SGP, SGP Challenge lub SWC lub zawodów FIM Europe będzie pokrywać się z datą meczu części zasadniczej rozgrywek PGE Ekstraligi i dwaj zawodnicy, którzy mają wziąć udział w zawodach FIM lub FIM Europe zostaną podani w składzie drużyny na mecz i spełniają warunki zawodnika zastępowanego, mecz nie będzie odwołany przez podmiot zarządzający, a drużyna tych zawodników uzyska uprawnienie do zastosowania za jednego z nich zastępstwa zawodnika.
- Jednakże, mecz ten będzie odwołany przez podmiot zarządzający, jeżeli drużyna zawodników, o których mowa w zdaniu poprzedzającym skorzysta z zastępstwa zawodnika i prześle niezwłocznie na tę okoliczność do podmiotu zarządzającego oświadczenie lub zwolnienie lekarskie.
  Mecz będzie odwołany przez podmiot zarządzający, jeżeli data zawodów FIM innych niż SGP, SGP Challenge lub SWC lub zawodów FIM Europe pokryje się z datą meczu części zasadniczej rozgrywek i spełniony będzie jeden z poniższych warunków:
    1) trzej zawodnicy drużyny, którzy mają wziąć udział w zawodach FIM lub FIM Europe zostali podani w składzie na mecz i spełnią warunki zawodnika zastępowanego,
2) dwaj zawodnicy drużyny, którzy mają wziąć udział w zawodach FIM lub FIM Europe zostali podani w składzie na mecz i spełniają warunki zawodnika zastępowanego oraz w zawodach FIM lub FIM Europe bierze udział krajowy zawodnik młodzieżowy podany w składzie tej drużyny na mecz, który posiada pierwszą wśród krajowych zawodników młodzieżowych aktualnej kadry klubu średnią indywidualną (SI), określoną wg zasad zamieszczonych w postanowieniach na dany rok,
3) dwaj krajowi zawodnicy młodzieżowi drużyny mają wziąć udział w zawodach FIM lub FIM Europe innych niż finały i zostali podani w składzie na mecz,
4) krajowy zawodnik młodzieżowy podany w składzie drużyny na mecz ma wziąć udział w finałowych zawodach FIM lub FIM Europe.
  We wszystkich powyższych przypadkach (pkt 1 – 4) musi być spełniony warunek, że wraz ze składem drużyny klub poda informację do podmiotu zarządzającego oraz przeciwnika, że nie wyraża zgody na rozegranie meczu bez tych zawodników.
Jeżeli data zawodów FIM innych niż SGP, SGP Challenge lub SWC lub zawodów FIM Europe pokryje się z datą meczu części finałowej rozgrywek i zawodnik, który ma wziąć udział w zawodach FIM lub FIM Europe zostanie podany w składzie drużyny na mecz oraz spełni warunki zawodnika zastępowanego, mecz nie będzie odwołany przez podmiot zarządzający, a drużyna tego zawodnika uzyska uprawnienie do zastosowania za niego zastępstwa zawodnika.
Jednakże, mecz ten będzie odwołany przez podmiot zarządzający, jeżeli drużyna zawodników, o których mowa w zdaniu poprzedzającym korzysta z zastępstwa zawodnika i prześle niezwłocznie na tę okoliczność do podmiotu zarządzającego oświadczenie lub zwolnienie lekarskie.
Jeżeli data zawodów FIM innych niż SGP, SGP Challenge lub SWC lub zawodów FIM Europe pokryje się z datą meczu części finałowej rozgrywek i co najmniej dwaj zawodnicy, którzy mają wziąć udział w zawodach FIM lub FIM Europe zostaną podani w składzie drużyny na mecz oraz spełnią warunki zawodnika zastępowanego, mecz będzie odwołany przez podmiot zarządzający, o ile oraz wraz ze składem drużyny klub poda informację do podmiotu zarządzającego oraz przeciwnika, że nie wyraża zgody na rozegranie meczu bez tych zawodników.
  Jeżeli data zawodów FIM innych niż SGP, SGP Challenge lub SWC lub zawodów FIM Europe, w których ma wziąć udział reprezentant Polski podany w składzie drużyny na mecz pokryje się z datą kalendarzową meczu części finałowej rozgrywek, mecz będzie odwołany przez podmiot zarządzający, o ile spełnione są łącznie poniższe warunki:
    1) reprezentant Polski, który ma wziąć udział w zawodach FIM lub FIM Europe jest krajowym zawodnikiem młodzieżowym,
2) wraz ze składem drużyny, klub podał informację do podmiotu zarządzającego oraz przeciwnika, że nie wyraża zgody na rozegranie meczu bez tych zawodników.

Zmiany te budziły sporo kontrowersji, bowiem wielu liczyło na ochronę rodzimych jeźdźców, ale jak się okazało paszport zawodnika nie miał żadnego znaczenia. Ekstraliga Żużlowa wprowadzając przepis, chciała bowiem zabezpieczyć się na wypadek kontuzji żużlowców czy też przekładania międzynarodowych zawodów organizowanych przez FIM, w których startowali nie tylko zawodnicy krajowi. Przy 8-osobowych składach, nawet jeśli dwóch żużlowców miało wypaść ze składu (dopiero pięciu oznacza walkower) z różnych przyczyn, drużyna będzie mogła spokojnie odjechać ligowe spotkanie. Niektórym klubom pomysł jednak nie podobał się również z tego powodu, że ich zdaniem rozwiązanie to podnosiło koszty i oczekiwały szerszego zastosowanie instytucji gościa w pierwszej i drugiej lidze. Problem polegał jednak na tym, że kluby niższych lig nie chciały takich udoskonaleń i zadowalały się "juniorskim gościem", bowiem seniorzy z Ekstraligi, dla działaczy oczekujących wyniku za wszelką cenę, mogliby wypaczać wyniki meczów.
Większość klubów jednak zacierała ręce na na nowe rozwiązania i snuła konkretne plany transferowe. Nie inaczej było w Get Well Toruń, który myślał, aby pod ósemką wystawiać Jacka Holdera, który miał rewelacyjny debiut w ekstralidze przed rokiem. Również dla Włókniarza Częstochowa nowa opcja była pretekstem do zatrzymania kończącego wiek juniora Oskara Polisa, a Sparta Wrocław miała dać szansę Damianowi Dróżdżowi, który również skończył wiek młodzieżowca. Jak więc widać na przykładzie tych trzech klubów zasadniczo rozszerzenie ligowego składu oznaczało zwiększenie popytu na żużlowców, którzy nie ukończyli 25 roku życia. Poniżej zaprezentowano listę zawodników w przedziale wiekowym 22-25 startujący w lidze polskiej w roku 2017, dla których nowy regulamin otwierał nowe możliwości w roku 2018:
  Zawodnik Klub w roku 2017 Rok urodzenia
  Oskar Ajtner-Gollob Bydgoszcz 1995
  Mikkel Bech Gdańsk 1994
  Adrian Cyfer Piła 1995
  Artur Czaja Tarnów 1995
  Gleb Czugunow Łódź 1998
  Damian Dróżdż Wrocław 1996
  Oskar Fajfer Gdańsk 1994
  Max Fricke Rybnik 1996
  Kacper Gomólski Gdańsk 1993
  Jack Holder Toruń 1997
  Kai Huckenbeck Grudziądz 1993
  Ernest Koza Kraków 1994
  Eduard Krcmar Gniezno 1996
  Brady Kurtz Rybnik 1996
  Roman Lachbaum Rybnik 1998
  Robert Lambert Lublin 1998
  Andrzej Lebiediew Wrocław 1995
  Aleksander Łoktajew Łódź 1994
  Mikkel Michelsen Tarnów 1994
  Vaclav Milik Wrocław 1993
  Nick Morris Rzeszów 1995
  Tobiasz Musielak Rybnik 1993
  Marcin Nowak Gniezno 1995
  Sebastian Niedźwiedź Zielona Góra 1997
  Piotr Pawlicki Leszno 1994
  Krystian Pieszczek Grudziądz 1995
  Oskar Polis Częstochowa 1996
  Nicklas Porsing Rzeszów 1993
  Anders Thomsen Gdańsk 1994
  Jacob Thorssell Zielona Góra 1993
  Mike Trzensiok Grudziądz 1996
  Paweł Przedpełski Toruń 1995
  Kacper Woryna Rybnik 1996
  Szymon Woźniak Wrocław 1993
  Bartosz Zmarzlik Gorzów 1995

Wprowadzenie zawodnika kończącego wiek juniora nie oznaczało, że żużlowe władze nie myślały o kolejnych młodych jeźdźcach, a wręcz przeciwnie, PZM starał się również regulaminowo zobowiązać kluby do szkolenia, wprowadzając wysokie kary za brak wychowanków! Już rok temu powstał plan zakładający liczbę młodzieżowców w różnych klasach sprzętowych, których kluby w ciągu najbliższych lat muszą wyszkolić. W roku 2018 opublikowany został jednak "Regulamin Funduszu Szkoleniowego Sportu Żużlowego" w myśli którego za mniejszą liczbę zawodników niż przewidywały wymogi licencyjne, kluby musiały sporo zapłacić. Zwłaszcza ten z Ekstraligi. Mówiąc oględnie kluby z Ekstraligi i Nice 1LŻ do 1 lipca 2020 roku musiały wyszkolić przynajmniej po czterech zawodników w klasie 250 cc (do 15. roku życia) i sześciu w klasie 500 cc (do 21. roku życia), którzy wystartują w zawodach wpisanych do Kalendarza Sportu Żużlowego. Ponadto do 2022 roku kluby musiały też wyszkolić czterech zawodników w klasie 80-125 cc (do 13 roku życia), którzy również wystąpią w zawodach wpisanych do Kalendarza Sportu Żużlowego.
Mniej restrykcyjne wymagania były w stosunku do II-ligowców, bowiem do 1 lipca 2020 roku musiały wyszkolić czterech zawodników w klasie 500 cc, a do 1 lipca 2021 roku dwóch zawodników w klasie 250 cc. Wymogi te dotyczą jednak jedynie klubów, które miały siedzibę w Polsce.
Za lekceważące potraktowanie szkolenia klub z Ekstraligi, mógł zapłacić nawet 920 tys. zł kary! Pieniądze miały trafić do Funduszu Szkoleniowego, zarządzany przez Zespół ds. Licencji dla klubów.
Tabela opłat za niewypełnienie kryteriów licencyjnych w zakresie szkolenia (wysokość opłaty szkoleniowej dotyczy jednego niewyszkolonego zawodnika)
    w klasie motocykli mini-żużlowych o pojemności 80-125 cc 20.000,00 zł 10.000,00 zł -
    w klasie motocykli żużlowych o pojemności 250 cc 30.000,00 zł 20.000,00 zł 10.000,00 zł
    w klasie motocykli żużlowych o pojemności 500 cc 120.000,00 zł 60.000,00 zł 30.000,00 zł
Wyszkolenie jednego zawodnika w wyższej klasie ponad wymaganą liczbę w regulaminie, wypełniało obowiązek wyszkolenia jednego zawodnika niższej klasy.

90% środków z Funduszu Szkoleniowego miało być przeznaczonych na dofinansowanie szkółek klubów we wszystkich trzech ligach. 8% trafić miało na dofinansowanie szkółek dla klubów miniżużla, uczestniczących wyłącznie w rozgrywkach w klasach 85-125 cc. Pozostałe 2% miało zasilić obsługę Funduszu Szkoleniowego. Pieniądze z funduszu mógł otrzymać wyłącznie klub, który wypełnił w danym sezonie w całości wymogi licencyjne w zakresie szkolenia, a środki rozdzielane miały być w ramach danej klasy rozgrywkowej, czyli te zgromadzone z wpłat np. klubów Ekstraligi, dystrybuowane były wyłącznie do klubów Ekstraligi i dzielono je proporcjonalnie do liczby zawodników, którzy uzyskali licencję i wypełnili wymogi regulaminu szkolenia w danym sezonie.
Co ważne, wyszkolenie odpowiedniej liczby zawodników, to nie jedyny wymóg postawiony w regulaminie licencyjnym. Od 2019 roku kluby z Ekstraligi i pierwszej ligi musiały też organizować zajęcia i zawody dla dzieci na pit-bike'ach (pojemność 50cc). Ponadto kluby ze wszystkich trzech lig, w rozgrywkach młodzieżowych w 2018 roku (podobnie jak w 2017), musiały dysponować minimum trzema juniorami. W latach 2019-2020 już czterema, a od 2021 roku - pięcioma. Ponadto w roku 2018, za niekompletny skład na Drużynowe Mistrzostwa Polski Juniorów najpierw przyznawane było ostrzeżenie, a następnie kara 3 tys. zł za brak pojedynczego zawodnika.

Wyżej opisane zmiany nie budziły większych kontrowersji, bo można powiedzieć, były potrzebne w polskim żużlu.
Jednak po opublikowaniu regulaminu na sezon 2018 zawrzało, bowiem zawodnicy nie akceptowali faktu ograniczenia ich swobody w zakresie umów sponsorskich oraz reklamowych, a także dodatkowych obowiązków i kar finansowych. W mediach społecznościowych zawodnicy chcieli zademonstrować swoje niezadowolenie i stworzyli zestawienie porównujące warunki kontraktowe żużlowców do tych zawieranych przez profesjonalnych piłkarzy.

Władze ligowe były zdziwione tym protestem i przypominały, że postulaty zawarte w regulaminach były wynikiem rozmów między poszczególnymi klubami. Jednocześnie prezes Wojciech Stępniewski, zwrócił uwagę, na to że większość zapisów regulaminowych istniała już od kilku lat i nikt wcześniej pewnych tematów nie podnosił, a ekstraligowe władze nie nadużywały ich w stosunku do zawodników. Żużlowa centrala odniosła się jednak szczegółowym komentarzem do 21 zapisów regulaminowych, wyjaśniając zawodnikom intencje poczynionych korekt.

Oto pełna lista wyjaśnień:
dostarczanie klubowi na jego żądanie dokumentacji medycznej zawodnika celem weryfikacji czy zawodnik przestrzega przepisów antydopingowych, koszt pokrywa zawodnik. Cena to ok. 1000 zł za każde badanie.
Komentarz: 
nie ma takiego kosztu. Chodzi wyłącznie o dostarczenie do klubu dokumentacji medycznej z leczenia szpitalnego, żeby klub mógł sprawdzić, czy nie były podawane specyfiki z listy substancji uznawanych za doping.
45 dokładnie wydzielonych miejsc reklamowych, jednolite osłony, za kevlar i osłony - płaci zawodnik.
Komentarz: 
zawodnik od zawsze płacił za swój kevlar. Zmiana, jaką wprowadzono, polega na tym, że wyszczególniono 45 miejsc na kombinezonie, które klub może żużlowcowi: odsprzedać lub przekazać za symboliczną złotówkę.
brak możliwości reklamy na golfie, z tyłu na kołnierzu ochronnym.
Komentarz: 
golf musi być odbiciem kevlaru, czyli zawodnik musi na nim umieścić te same logotypy, by móc je eksponować w razie zdjęcia kevlaru.
brak możliwości umieszczenia loga sponsora na tylnej części kevlaru, na siedzeniu.
Komentarz: 
od dawna jest tak, że w tym miejscu jest logo zawodnika, czyli np. jego pseudonim lub szczęśliwa liczba.
brak możliwości reklamy na tłumiku, brak reklamy na ocieplaczu silnika,
Komentarz: 
zgadza się. Wcześniej oba miejsca nie były określone w regulaminie.
tylny kołpak - logo tylko jednego sponsora, kask - maksymalnie 3 miejsca, czapka - maksymalnie 3 miejsca.
Komentarz: 
te zapisy nie pojawiły się w tym roku. W każdym z przypadków zawodnik musi rozmawiać z klubem o przekazaniu konkretnych miejsc.
wszystkie umowy sponsorskie dłuższe niż do 2018 roku są nieważne.
Komentarz: 
zawodnik nie może podpisywać umów sponsorskich dłuższych niż na rok, bo co rok zmienia się regulamin. To obowiązuje już od kilku sezonów, więc nie ma mowy o żadnym skracaniu. Zasady gry określone w regulaminie obowiązują na rok, więc zawodnik, na taki okres może się umówić ze sponsorem.
każdy musi uzyskać pisemną zgodę na podpisanie umowy ze sponsorem przed jej podpisaniem, jeśli podpisze się bez pisemnej zgody, trzeba zapłacić - klubowi 1/3 przychodu i Ekstralidze 1/3 przychodu.
Komentarz: 
oba te zapisy obowiązywały wcześniej.
obowiązek startu we wszystkich imprezach o nagrody PZM w kombinezonie i osłonach klubowych FINAŁ IMP - nie jadą w szwedzkich kevlarach.
Komentarz: 
to wydaje się logiczne. Jeśli ktoś jedzie w finale mistrzostw Polski, to nie może startować w kevlarze szwedzkiego zespołu, a tak się zdarzało.
uczestniczenie w prezentacji-ceremonii bez bidonu, kasku, ochraniacza lub innych akcesoriów z logiem sponsora.
Komentarz: 
to jest nowy zapis, bo też nie może być tak, że zawodnicy, uczestnicząc w pewnym ceremoniale, zabierają ze sobą po trzy bidony i przeróżne gadżety, na których mają logotypy sponsorów. Każdy z żużlowców idzie w trakcie meczu do wywiadu na ściance i tam może reklamować różne produkty.
obowiązek udzielania wywiadów na każde życzenie telewizji.
Komentarz:  ten zapis obowiązywał jako niepisane prawo, ale zawodnicy tego nie przestrzegali, lekceważyli telewizję płacącą duże pieniądze, więc trzeba było to zapisać.
6 spotkań marketingowych w sezonie na własny koszt dla PZM i Ekstraligi .
Komentarz: 
to było i w praktyce ograniczało się do dwóch spotkań.
na żądanie Ekstraligi konieczność pisania raportów marketingowych.
Komentarz: 
każdy zawodnik ma obowiązek umieszczenie na swoim fanpage'u, Twitterze czy stronie internetowej logotypu rozgrywek i aplikacji mobilnej PGE Ekstraligi. To samo dotyczy drzwi busa. Zrobienie raportu polega na wykonaniu zdjęcia i wysłaniu nam, żebyśmy mogli sprawdzić, czy żużlowiec wypełnił obowiązek.
konieczna zgoda na każdy występ publiczny na terenie Polski.
Komentarz: 
to bardzo ważny zapis. Teraz sponsorem ligi jest PGE, więc wyobraźmy sobie, co by było, gdyby żużlowiec wziął udział w evencie Enei, czyli konkurencyjnej firmy. Chcemy też wykluczyć udział zawodników identyfikowanych z konkretnym klubem w wydarzeniach, które można uznać za kontrowersyjne.
każde samodzielne wykorzystanie przez zawodnika swojego imienia i nazwiska, logotypu, pseudonimu podlega karze w wysokości 500 tys. zł (czyli np. za zrobienie swojego kalendarza, kubka, smyczy itp.).
Komentarz: 
zawodnicy nie są prywatnymi osobami. Jeżdżą w lidze, w której zarabiają, ale i też sprzedają swoje gadżety. Robią to także dzięki temu, że są żużlowcami konkretnych klubów. Bez nich nie mieliby takiej wartości. Kubek, kalendarz czy smycz to jest w pewnym sensie dobro wspólne. Żadnemu zawodnikowi nie przyszło dotąd do głowy, żeby na gadżetach umieszczać logo klubu czy ligi, co przecież, w pewnym sensie, rozwiązałoby problem. Inna sprawa, że przepis obowiązuje już od jakiegoś czasu, a o karach jakoś nie słychać.
klub lub PZM mogą w każdej chwili cofnąć zgodę zawodnikowi na start za granicą bez podania przyczyny.
Komentarz: 
to prawo obowiązuje od dawna, ale nikt nie korzysta z tego w praktyce. Cofnięcie zgody może grozić w przypadku poważnego wybryku i postępowania dyscyplinarnego.
obowiązek startu w zawodach o Mistrzostwo Ekstraligi, Speedway World League i Super Puchar Ligi.
Komentarz: 
to obowiązuje, choć rozgrywek o Super Puchar Ligi nie ma jeszcze w kalendarzu.
możliwość potrącenia wynagrodzenia o 5 proc. za każdy przegrany mecz.
Komentarz: 
nie ma czegoś takiego. Można obciąć 5 procent za punkt w razie przegranej zespołu.
rezerwa taktyczna lub zwykła 50 proc. wynagrodzenia za każdy punkt, przegrana 1:5 - wynagrodzenie 25 proc. za każdy punkt, potrącenia za kontuzje z kwoty za podpis za każdy mecz nieobecności.
Komentarz: 
te przepisy obowiązywały już wcześniej.
za naruszenie przepisów antydopingowych - 500 tys. zł kary.
Komentarz: 
ROW Rybnik w związku z dopingiem Grigorija Łaguty spadł do pierwszej ligi i stracił sporo pieniędzy. Pół miliona kary ma stanowić rekompensatę dla klubu, który poniósł konsekwencje wybryku żużlowca.
za pozbawienie się możliwości startu w zawodach (np. kontuzja na crossie czy upadek ze schodów) 50 tys. zł.
Komentarz: 
jeśli zawodnik pozbawił się możliwości startu z własnej winy, to musi ponieść konsekwencje. Żużlowcy nie są pracownikami, ale firmami, które zawierają kontrakt na wykonanie konkretnej usługi. Jeśli nie dbają o zdrowie i coś im się stanie, to muszą się liczyć z tym, że na tym stracą. Ten zapis nie byłby potrzebny, gdyby zawodnicy przeszli na kontrakty amatorskie, ale przecież sami walczyli o to, żeby prowadzić działalność.

Zatem na bazie powyższych wyjaśnień można było odnieść wrażenie, że na zawodników nie zostały nałożone żadne dodatkowe obciążenia finansowe i ani o złotówkę nie zostały zmienione warunki finansowe na których startują. Dodatkowo niezwykle istotne było to, że w regulaminie mowa była o karach umownych, które dany klub mógł nałożyć na żużlowca, a wcale nie musiał. Nic więc dziwnego, że organ zarządzający rozgrywkami nie zamierzał dyskutować z zawodnikami, a działacze Ekstraligi Żużlowej mówili otwarcie, że mają w sejfie 39 ważnych kontraktów (ważne umowy wieloletnie) i jeśli buntujący się zawodnicy nie odpuszczą, wówczas liga zrezygnuje z jeźdźca rezerwowego pod numerem 8 i 16 i wspólnie z klubowymi prezesami poszuka 17 zawodników (nawet w niższej lidze) gotowych do startu na zasadach wprowadzonych przez Ekstraligę. 39 + 17 = 56, a to było niezbędne minimum (przy 7-osobowych składach), by liga mogła wystartować. Oczywiście opcją alternatywną pozostawało roczne zamknięcie ligi i powrót w roku 2019 z zachowaniem układu ligowego z roku 2018,, ale minusem tego rozwiązania była utrata szyldu najmocniejszej ligi na świecie, dlatego Ekstraliga i GKSŻ gotowe były stawić czoła protestującym gwiazdom, twierdząc, że nie ma przymusu jazdy w Polsce.

Ostatecznie strony doszły do porozumienia na linii zawodnicy – GKSŻ/Ekstraliga i w dniu 9 listopada 2017 roku strony podpisały stosowny dokument w sprawie:
Przez ostatnie kilka dni trwały intensywne prace obu stron w zakresie analizy nowych oraz od wielu lat obowiązujących zapisów Regulaminu Przynależności Klubowej w Sporcie Żużlowym oraz Zbioru Zasad Regulujących Stosunki Pomiędzy Zawodnikiem i Klubem.
Wyjaśniono sobie wzajemnie szereg kwestii i doprecyzowano kilka ważnych punktów wspomnianych regulaminów. Niektóre punkty sporne, których zmianę postulowało środowisko zawodników, po zgodzie klubów PGE Ekstraligi oraz GKSŻ i PGE Ekstraligi, zostały całkowicie wykreślone z regulaminu. Z kolei strona zawodnicza zaakceptowała, że niektóre punkty z przyczyn prawnych, federacyjnych, ustawowych i ekonomicznych nie mogą ulec zmianie.
Obie strony sporu jednocześnie zadeklarowały wspólną pracę dla dobra dyscypliny, klubów i środowiska zawodniczego poprzez ramowe spotkania, na których w spokojnej atmosferze dialogu będzie można analizować wszystkie aspekty współpracy na linii klub – zawodnicy.
Podpisano:
Piotr Szymański – Przewodniczący GKSŻ
Wojciech Stępniewski – Prezes Zarządu Ekstraliga Żużlowa sp. z o.o.
Krzysztof Cegielski – Przewodniczący Stowarzyszenia Metanol

Do całej sytuacjo odniósł się prezes Stępniewski: "Nikt z klubów, GKSŻ ani z PGE Ekstraligi nigdy nie miał żadnych chęci do uprawiania polityki konfrontacyjnej wobec zawodników. Myślę, że kompromis, jaki zawarły kluby i zawodnicy z pewnością można było zawrzeć w zaciszu gabinetów i bez fleszy. Tego na pewno zabrakło. Myślę, że obie strony wyciągnęły wnioski z tej sytuacji. W kilku punktach przyznano zawodnikom rację i je wykreślono a pozostałe zostały sprecyzowane, gdyż środowisko zwodnicze odbierało te zapisy zbyt dosłownie. Przy 10 punktach z postulatów zawodników nie było zgody na dyskusję ze względów prawnych i ekonomicznych, co zawodnicy zaakceptowali. Temat reklam na kevlarach jest unormowany na następne dwa lata. Zawodnicy zrozumieli, że wpływy do klubu są de facto wpływami dla nich w postaci opłacania kontraktów. Przed nami na pewno seria spotkań i dalszego ścierania się dwóch różnych filozofii w tym zakresie, ale na pewno w innej atmosferze".
Na czym zależało żużlowcom najbardziej i co ostatecznie udało im się uzyskać? Na mocy zawartego porozumienia zawodnicy mieli otrzymywać 100 proc. wynagrodzenia za jazdę w ramach rezerwy taktycznej (było 50 proc.). Zrezygnowano z potrącenia w wysokości 5 proc. za każdy przegrany mecz. Poza tym zniknęła kara za kontuzję odniesioną poza torem, której wysokość była określona na poziomie 50 000 zł. We władanie zawodników wróci także kilka miejsc reklamowych (na motocyklu i kevlarze).
Spora zmiana zaistniała natomiast w aspekcie kombinezonów. Dotychczas zawodnicy płacili całą kwotę za swój kevlar. Ale od sezonu 2018 to się zmieniło, bo do każdego kevlaru kluby miały dopłacać 3500 zł netto. Ciekawostką było to, że po sezonie kombinezony miały być przekazane do szkółek żużlowych. Żużlowcy mogli jednak korzystać ze swoich kevlarów we wszystkich imprezach indywidualnych rozgrywanych w Polsce poza IMME i Pucharem Nice 1. LŻ.
Problemem przestały być także badania dopingowe. Żużlowcy nie musieli za nie płacić tak jak sugerowali, bowiem zapis został doprecyzowany i każdy zawodnika musiał jedynie dostarczyć medyczną dokumentację z leczenia. Klub miał dzięki temu pewność, że nie doszło do podania niedozwolonych substancji jak w swojej linii obrony udowadniał przyłapany na dopingu Grigorij Łaguta. Wprowadzone jednak surową karę za stosowanie dopingu i była ona określona na poziomie do 500 000 zł i zależała od rodzaju przewinienia
Oto jak wyglądały szczegóły porozumienia po uzgodnionych zmianach:

KONTRAKTY 2018góra strony


W kontekście zmian regulaminowych, Get Well prowadził rozmowy z zawodnikami odnośnie składu na rok 2018. Zanim jednak to nastąpiło, klub zmierzył się ze swoistą kokieterią tego, który pojawił się w Toruniu w ubiegłym roku, jako strażak gaszący pożar na tonącym okręcie po menago, który prowadził okręt na żużlową mieliznę. Mowa oczywiście o Jacku Frątczaku, o którym przez pewien czas krzyczały nagłówki wszystkich portali żużlowych:
    - Czy Jacek Frątczak zostanie w Get Well Toruń
    - Jacek Frątczak zostaje w Toruniu!? Termiński wysłał wiadomość do kibiców
    - Jest decyzja w sprawie przyszłości Jacka Frątczaka w Toruniu!
    - Jacek Frątczak zostaje w Get Wellu. To już pewne!
    - Jacek Frątczak: Oferta nie do odrzucenia. Klub ma już moją listę życzeń
    - Frątczak: Takich ofert się nie odrzuca!

Jak nie trudno się domyśleć, po wyżej zacytowanych nagłówkach utożsamiany z Zieloną Górą, Frątczak robił medialny show, ale ostatecznie pozostał w Toruniu, mimo, że po ostatnim meczu rundy zasadniczej w minionym sezonie mówił: "Raczej będzie ciężko o mój pobyt w Toruniu. Chciałem utrzymać się z drużyną. Jednak myślałem, że zajmiemy szóste miejsce. O tydzień za późno zostałem zainstalowany w Toruniu przez pana Przemysława. Zabrakło mi kilku dni na zapoznanie się z torem i z zawodnikami. Natomiast uważam, że zwycięstwo w meczu z Grudziądzem to zasługa przede wszystkim zawodników. Dwa lata temu również kończyłem swoją przygodę z żużelem w meczu z Grudziądzem. Jak będzie przyszłość? Trudno powiedzieć. Wszystko zależy od moich planów zawodowych i zarządu Get Well. Jeżeli będą baraże, to deklaruję chęć wsparcia. Przyznaję jednak, że Wydawało mi się, że to będzie projekt od-do. Myślałem, że potraktuję to mniej emocjonalnie, ale okazało się, że w Toruniu czułem się lepiej niż się spodziewałem".
Ostatecznie baraże zostały rozstrzygnięte na korzyść Aniołów i Frątczak ponownie kokietował kibiców i Przemysława Termińskiego. Właściciel toruńskiego klubu wiedział jednak, że po "rozwodzie" z innym Jackiem (Gajewskim) wiedział, że musi szybko załatwić sprawę menadżera drużyny bowiem od tego zależały właściwe ruchy transferowe. Nic więc dziwnego, że dość szybo zorganizowano konferencję prasową, na której Pani Prezes Ilona Termińska zakomunikowała: "Po kilku godzinach negocjacji możemy potwierdzić oficjalnie – Jacek Frątczak zostaje w Grodzie Kopernika na sezon 2018! – Miło mi poinformować, że negocjacje z Panem Jackiem Frątczakiem się zakończyły i ostatecznie doszliśmy do porozumienia odnośnie sezonu 2018, co bardzo nas cieszy". Z kolei nowozakontraktowany menago obszerną wypowiedzią (co stanie się w sezonie niemal regułą) potwierdził swoją klubową przynależność i uchylił rąbka transferowego podejścia do przyszłych transferów: "tak jak powiedziała Pani Prezes, Ilona Termińska, dzisiaj wraz z właścicielem Klubu, Radą Nadzorczą oraz Zarządem Klubu uzgodniliśmy szczegóły mojego kontraktu na przyszły rok i mogę oficjalnie powiedzieć "Zostaję!". Przyznam, że bardzo mocno się wahałem. Tak zresztą było już w czerwcu, kiedy pierwszy telefon wykonał do mnie Adam Krużyński. Doskonale ten moment pamiętam. Miałem wtedy myśli, żeby nie odbierać, bo wiedziałem, co za chwilę usłyszę. Z racji naszej znajomości to jednak zrobiłem, a dalej sprawy toczyły się już bardzo szybko. To miał był miesiąc, okres na odświeżenie się, ale trudno było mi się wycofać. Potraktowano mnie jak człowieka. Czasami podchodzi się do tego typu projektów na zasadzie: ja płacę – ja wymagam. Kluczowe było to, że po drugiej stronie zdefiniowano człowieka ze wszystkimi parametrami mającymi wpływ na komfort jego pracy. Zresztą mam też świadomość, że teraz wchodzę do klubu w innej roli, bowiem dotychczas byłem strażakiem, a teraz będę budowniczym. To naprawdę ogromna różnica. Poza tym, poznałem ludzi, którzy okazali się wobec mnie bardzo życzliwi. Wcześniej w pamięci miałem tylko 2013 rok, kiedy z powodu relacji toruńsko - zielonogórskich zostały mi wyjęte dwa miesiące z życia. Byłem wtedy targany po trybunałach i musiałem się z różnych rzeczy tłumaczyć. Teraz to jest jednak zupełnie inny klub. Nadal funkcjonuje w tym samym mieście i na MotoArenie, ale ludzie się zmienili. Kiedy podniosłem kotarę, poznałem lepiej to środowisko, zmieniłem zdanie.
Przed nami ogrom pracy, chcemy jak najlepiej być przygotowani do przyszłorocznego sezonu. Oczywistym jest, że od pewnego czasu myślimy już także nad składem zespołu na przyszły sezon. W scenariusz porozumienia z klubem jest wpisana gwarancja odpowiednich transferów. Moim celem nie jest walka o przeżycie. Miałem to w tym roku i chciałbym ten rozdział zamknąć po spotkaniach barażowych. Wraz z właścicielami mamy zdecydowanie wyższe ambicje, które są poparte określonymi środkami finansowymi. Do tego dochodzą głodni sukcesu kibice. To wszystko powoduje, że chcemy zbudować zespół, dla którego celem minimum będzie walka o awans o play-off. Jestem jednak przekonany, że starania państwa Termińskich oraz Adama Krużyńskiego z Rady Nadzorczej dadzą odpowiedni efekt, i w przyszłym sezonie będziemy mieli dużo radości na żużlowych torach".

Angaż Frątczaka budził skrajnie różne opinie, bowiem o zielonogórski menago dla jednych jest wyłącznie znakomitym PR-owcem i nazywano go złośliwie "Pa-Jacykiem", który biega po parku maszyn niczym oparzony, co ze skutecznością miało nie mieć nic wspólnego. Zapominano w tych opiniach jednak, że Frątczak był osobą, która bardzo angażowała się w swoje obowiązki, żył tymi obowiązkami i potrafił zarażać innych swoją pasją. Być może było w tym trochę efekciarstwa i odrobina błazenady, ale przecież nie było na świecie ludzi bez wad. Frątczak na pewno nie był alfą i omegą, miał jednak wizję popartą własnymi przemyśleniami i setkami rozmów z zawodnikami i osobami, które znały się na żużlu, na sporcie i sportowej psychologii. Miał też wysoką zdolność do autorefleksji.

Po pierwszym mimo wszystko pozytywnym angażu, przyszedł czas na transfery zawodników. Get Well nie miał jednak na rynku transferowym zbyt dobrej opinii, bowiem mówiło się, że zawodnicy, bali się krytyki Przemysława Termińskiego. Obawy te pojawiły się po tym jak Termiński nie mógł wybaczyć Vaculikowi słabszych meczów, a później wypomniał Słowakowi odejście do Stali Gorzów. Ta opinia niestety znacząco ukształtowała wyniki w sezonie 2017, kiedy to niewielu zawodników chciało przywdziać plastron z Aniołem, a klub miał kłopot z realizacją transferowych założeń i skończyło się na zakupach, które nie mogły zrobić większego wrażenia. Zresztą wówczas mówiło się, że Toruń uratował twarz rzutem na taśmę, sprowadzając mistrza Polski juniorów Daniela Kaczmarka.
W roku 2018 był jednak Jacek Frątczak, który miał konkretną wizję drużyny i był dla zawodników gwarantem innej jakości współpracy. Wizja menadżera opierała się na trójce zawodników krajowych w podstawowym składzie, ubiegłorocznej formacji juniorskiej oraz solidnym zawodniku rezerwowym pod numerem 8 lub 16. Poza tym dla Frątczaka liczyło się to, aby zakontraktowany zawodnik potrafił wpisać się w tzw. team spirit drużyny i nie był "najemnikiem", a zawodnikiem z perspektywami i dużymi ambicjami sportowymi.
Przy takiej koncepcji składu wiadomym było, że w Toruniu potrzebny był generalny remont i trzeba było postawić na doświadczenie, wsparte udziałem młodych i gniewnych zawodników, którzy reprezentowali odpowiedni poziom, a takich na rynku było jak na lekarstwo, dlatego Toruń miał długą listę kontraktowych życzeń. A znajdowali się na niej obiecujący straniero w osobach Maxa Fricke, Andersa Thomsena, Bradyego Kurtza oraz Polacy, z których na pierwszym miejscu znajdowało się nazwisko Indywidualnego Mistrza Polski AD 2017 Szymona Woźniaka.
Młodą kadrę wspierać miał dwójka zawodników z doświadczeniem, spośród nazwisk Jasona Doylea, Nielsa Kristiana Iversena, Artioma Łaguty, Leona Madsena, Emila Sajfutdinowa, Jarosława Hampela oraz ubiegłoroczne lokomotywy Chris Holder i Adrian Miedziński. Silne uderzenie z rezerwy zapewnić mieli Paweł Przedpełski lub Jack Holder.
Klub oczywiście miał też "plan B" i w dalszej kolejności w kręgu zainteresowań pozostawali Greg Hancock, który mimo upływu lat był najlepszym zawodnikiem Aniołów w poprzednim sezonie. Michael Jepsen Jensen, będący w barażach pod nieobecność Amerykanina liderem zespołu i Grzegorz Walasek, bez którego toruński klub budowałoby zapewne kadrę na pierwszoligowym poziomie rywalizacji. W "planie B" znajdowało się również, nazwisko juniora, gdyż w sezonie 2017 jednym z najsłabszych punktów zespołu Get Well Toruń byli właśnie młodzieżowcy. Przegląd Sportowy informował, że w kręgu zainteresowań klubu był utalentowany Jakub Miśkowiak z Orła Łódź. Szesnastolatek wystartował w trzech meczach pierwszej ligi, w których wyjechał 12 razy na tor, a swoje starty zwieńczył średnią na poziomie 1,6 pkt na bieg, co dało mu blisko 6 punktów w każdym meczu. Kibice byli zdziwieni chęcią pozyskania kolejnego juniora, ale w Toruniu nikt nie ukrywał, że rozglądają się za obiecującym młodzieżowcem, tylko w ostateczności, a na jednej z konferencji prasowych Jacek Frątczak zapewnił, że wierzy w Daniela Kaczmarka i Igora Kopcia-Sobczyńskiego.
Solidny kadrowy "plan B", udowadniał, że torunianie wyciągnęli wnioski z bolesnej nauczki w sezonie 2017 i wiedzieli, że na poważnie musza rozważać różne opcje i nie mogą powiedzieć nikomu "do widzenia" dopóki nie będą na sto procent pewni pozyskania liderów z prawdziwego zdarzenia. Dlatego szybko zabrali się do pracy i próbowali pozyskać solidnych zawodników na rezerwę. Jednak już po pierwszych sondażach kontaktowych podejmowali szybkie decyzje, jak choćby ta o odpuszczeniu tematu Maxa Fricke, o którego zabiegały niemal wszystkie ekstraligowe kluby. Niestety pozyskanie Australijczyka wiązało się z dużym wydatkiem, na który składała się kwoty dla zawodnika oraz dla ROW-u Rybnik, za odstąpienie od wieloletniego kontraktu. Frątczakowi pozostało zatem skierować kroki w kierunku Thomsena i Kurtza, ale ponownie po rozpoznaniu oczekiwań zawodników szybko zaniechano poważniejszych rozmów. Na placu boju został zatem Szymon Woźniak, ale ten niemal bez większych negocjacji związał się z Gorzowem, gdzie wywalczył tytuły Mistrza Polski juniorów i seniorów. W tej sytuacji w klubie skupiono się na pozyskaniu doświadczonych liderów. Po tym gdy okazało się, że Sajfutdinow pozostaje w Lesznie i dołączy do niego Hampel, a Madsen i Łaguta doskonale czują się w dotychczasowych klubach menadżer z ziemi lubuskiej, walczący o kontrakty dla zi;emi pomorskiej, udał się w rodzinne strony do Zielonej Góry i Gorzowa, skąd do wzięcia byli Doyle oraz Iversen. I choć na szczycie toruńskiej układanki znalazł się Australijczyk, jako pierwszy z Toruniem związał się Duńczyk, którzy przez ostatnie sezony reprezentował klub z Gorzowa. Przemysław Termiński dwukrotnie starał się o zatrudnienie "Puka", ale zawsze na drodze do porozumienia stawały zaległości finansowe względem zawodnika, których spłacenie gorzowski klub uzależniał od przedłużenia kontraktu na kolejny sezon. Ostatecznie jak mawiają mędrcy, do trzech razy sztuka i Niels powrócił do Torunia, po 11 latach, tak żegnając się z byłym pracodawcą: "Mówię dziękuję klubowi i fanom którzy zawsze byli ze mną w dobrych i złych momentach przez te wszystkie lata. Podchodzę do tego rozstania w bardzo emocjonalny sposób, ale czuję też nadszedł czas kiedy w moja kariera potrzebuje zmian aby dalej się rozwijać".
Kontrakt Duńczyka negocjowany był bardzo szybko, a sam zawodnik pokazał, że mimo wysokiej klasy sportowej dotrzymuje danego słowa i nie pieniądze są dla niego najważniejsze. Oto bowiem jeszcze na kilka dni przed podpisaniem rocznego kontraktu, Iversen miał przenieść się, ze Stali Gorzów do Unii Tarnów. Duńczyk wynegocjował nawet kontrakt na poziomie 1,2-1,3 miliona złotych, ale ostatecznie umowy nie podpisał, bowiem do gry wkroczył Get Well Toruń, który praktycznie położył na stole te same pieniądze, a dodatkowym bonusem miała być premia za złoto, która pozwoliłaby Nielsowi zarobić 1,4 mln zł. Beniaminek z Tarnowa nie dawał jednak za wygraną i w ostatniej chwili podniósł ofertę do 1,5 mln zł, ale Iversen odmówił, mówiąc, że dał już słowo działaczom z Torunia. To podbiło serca jego fanów, bowiem pokazał, że jest poważnym facetem, który nie sprzeda się za 100 tysięcy "srebrników". Inną kwestią pozostawało to, że "Puk" sportowo wybrał lepszą ofertę, w której aspiracje klubu sięgały finału, a to z kolei miało znaczenie, bo sezon rozszerzony o play-off zapewniał w sezonie cztery mecze więcej.
Angaż Iversena był dla Torunia korzystny nie tylko z punktu widzenia sportowego, ale tez mentalnego, bowiem drogi zawodnika i toruńskiego menadżera skrzyżowały się, kiedy obaj byli związani z Falubazem. Wówczas w sezonie 2009, podczas finałowego spotkania pomiędzy Unibaxem a drużyną z Zielonej Góry, Duńczyk zaimponował obecnemu menedżerowi Get Well. Finały w owym czasie z uwagi na aurę odbywały się dzień po dniu. Najpierw obie ekipy pojechały w Zielonej Górze, gdzie  Falubaz wygrał i następnego dnia jechał do Torunia bronić sześciopunktowej zaliczki. Iversen jednak doznał zatrucia pokarmowego i przez całą drogę na mecz przyjmował kroplówkę. Szanse na jego występ, spadły praktycznie do zera, bo zawodnik był bardzo odwodniony. Udało się jednak postawić Duńczyka na nogi, on sam zacisnął zęby i odjechał najlepszy mecz w sezonie, który był kluczowy dla losów złotego medalu. Warto w tym miejscu wspomnieć, że przygoda duńskiego zawodnika z zielonogórskim klubem nie była udana, bo eździł słabo i działacze bez żalu oddali go do Stali Gorzów, gdzie rozwinął skrzydła. Jednak finałowe spotkanie w Zielonej Górze było pamiętane bardzo długo, bo Iversen stanął na wysokości zadania w kluczowym momencie sezonu.
Nic więc dziwnego, że gdy obaj panowie ponownie spotkali się na MotoArenie, tyle że już w barwach innego klubu, by bronić niepodległości MotoAreny, dorabiano do tego swoistą symbolikę, a Frątczak tak komentował swój pierwszy kontraktowy sukces: "Niels to nie jest klasyczny "skoczek", który co chwilę zmienia klub. Miałem okazję Współpracować z Nielsem przez trzy sezony w Zielonej Górze. Jest bardzo inteligentnym człowiekiem, zawodnikiem świetnym technicznie. Przy tym to dobry duch drużyny. Jestem głęboko przekonany, że będzie jednym z fundamentów naszego zespołu i to nie tylko w przyszłym sezonie".

Pozyskanie Iversena rozwiązało worek z kontraktami w mieście Kopernika i w kilka dni na kolejnej konferencji prasowej informowano o podpisaniu dwuletniej umowy z Jasonem Doylem. Fani z Zielonej Góry oraz działacze, niezbyt pochlebnie wypowiadali się o odchodzącym Doyleu, bowiem ich zdaniem to zielonogórski klub przygarnął niechcianego po słabym sezonie AD 2015 zawodnika i pozwolił mu wzbić się na wyżyny światowego żużla. Dodatkowo jak donosiły media, zawodnik był po słowie z prezesem zielonogórskiego klubu i trenerem, ale ostatecznie wybrał Toruń, bo … klub z grodu Bachusa nie wywiązał się ze wszystkich płatności.
Ciekawostką był fakt, że w sezonie 2015 Doyle miał w toruńskim klubie gażę na poziomie miliona złotych. W sezonie 2018 miał dostać 1,5 miliona złotych, przy awansie do play-off i zdobyczy punktowej na poziomie 180 punktów. Wybrał jednak wóczas Zieloną Górę, ale w Toruniu specjalnie nie rozdzierano szat z powodu jego odejścia. Australijczyk, pomimo startów w Zielonej Górze, zawodnik pozostawił swoją bazę sportową w Europie, właśnie w mieście Kopernika, bowiem z tego miasta pochodzili jego mechanicy, a to oznaczało, że Jason wracał do dobrze znanego środowiska. Żużlowi eksperci upatrywali jednak w kontrakcie Iversena i Doyla ryzykownego posunięcia ze strony Frątczaka. Wynikało to z tego, że obaj niemłodzi już zawodnicy powracali na tor po kontuzji, a dodatkowo Australijczyk wyraźnie podkreślał w jednym z wywiadów, że jego organizm potrzebuje swoistego "tuningu": "Co roku muszę wybierać się do szpitala, ale ciężko było normalnie funkcjonować z kontuzjowaną stopą. To jedna z tych rzeczy, która zawsze daje o sobie znać i nic się nie poprawia. Zaliczyłem w tym roku ok. stu imprez i nie było szans, żeby to zaleczyć. Miałem wiele upadków i groźnych kontuzji, które trochę mnie stopowały. Mam nadzieję, że w końcu wszystko się opłaci. Mówią, że do grobu nie idzie się w nieskazitelnym stanie i wiem, że zdecydowanie tak nie będzie ze mną. Żużel sprawił, że moje ciało nie jest doskonałe".
Frątczak zamierzał jednak dotrzymać słowa o mocnej drużynie zbudowanej na lata i tak komentował, kolejną twarz w drużynie: "Chciałbym mieć w zespole samych 21-letnich seniorów i 16-letnich młodzieżowców z wielkimi perspektywami. To jest jednak nierealne. Jeśli chce się mieć drużynę z wielkimi aspiracjami, taka sytuacja jest praktycznie niemożliwa. Zasadniczo chodziło nam o to, żeby mieć dwie armaty, czyli dwóch zawodników z Top 10 PGE Ekstraligi. Ten cel udało się osiągnąć, bo są z nami Doyle oraz Iversen. Chcemy stworzyć konglomerat. Drużyna będzie oparta o ludzi, którzy nie bawią się jednoroczne romanse z zespołami i potrafią się związać z kimś na dłużej. Wokół nich będą funkcjonować żużlowcy młodego pokolenia, na których nie będzie spoczywać presja związana z ciągnięciem wyniku drużyny. Wiadomo, że ciśnienie i tak będzie im towarzyszyć, ale w takiej konfiguracji powinni jechać na większym luzie i dzięki temu osiągać lepsze wyniki. A o formę sportową po kontuzji Nielsa i Jasona jestem spokojny, to profesjonaliści, których tak jak każdego zawodnika będziemy poddawali testom wydolnościowym, na podstawie których ocenimy formę sportową i postępy w rehabilitacji".

Kontrakt z Australijczykiem oznaczał w mieście Anioła, ni mniej ni więcej, że w drużynie GetWell nie będzie miejsca dla Grega Hancocka. Według pierwszej koncepcji trzecim liderem miał zostać właśnie Amerykanin, który w poprzednim sezonie do momentu odniesienia kontuzji miał rewelacyjną średnią i był mocnym punktem drużyny. Takie trio jeszcze w minionych rozgrywkach na pewno zaprowadziłoby klub do mistrzostwa. Problem jednak polegał na tym, że Hancock podobnie jak Iversen i Doyle najbliższe kilka miesięcy spędził na rehabilitacji, a na motocykl miał powrócić dopiero w lutym. To były jednak optymistyczne prognozy, bowiem w okienku transferowym, nawet sam zawodnik nie wiedział czy będzie kontynuował karierę i mogło się tak zdarzyć, że przed sezonem zawodnik zdecyduje się zakończyć karierę. Leczenie kontuzjowanego barku, mogło bowiem uniemożliwić powrót do odpowiedniej dyspozycji sportowej, a Hancock nie chciał rozmieniać na drobne swjej przebogatej kariery. Dlatego po namyśle działacze Get Well uznali, że zatrudnienie Jankesa będzie zbyt dużym ryzykiem i mimo, że Greg nigdy poniżej pewnego poziomu sportowego nie schodził, zerwali dalsze negocjacje, tym bardziej, że sam zawodnik, również nie kwapił się do jednoznacznych deklaracji. Amerykanin nie zamierzał jednak zakończyć kariery i poddał się o operacji kontuzjowanego barku i rozpoczął przygotowania do sezonu, prowadząc jednocześnie negocjował z innymi klubami. Jego nazwisko pojawiało się w kontekście startów w Falubazie Zielona Góra i Unii Tarnów, ale czterdziestosiedmiolatek ogłosił za pośrednictwem swojej strony internetowej, że w przyszłym roku nie zobaczymy go w najlepszej lidze świata, a zamierza się skupić na startach w Dackarnie i Grand Prix, jeśli szczęśliwie otrzyma zaproszenie do cyklu z którego przez kontuzję wypadł. Było to o tyle zaskakujące, że nestor żużlowych torów w lidze polskiej ścigał od 1992 roku. Jedynie w 1995 nie wystartował nad Wisła w żadnym spotkaniu ligowym, ale przez ćwierć wieku zdobywał punkty dla klubów z Leszna, Gniezna, Wrocławia, Gdańska, Częstochowy, Zielonej Góry, Tarnowa, Bydgoszczy, Rzeszowa, a przez ostatnie dwa sezony dla Get Well Toruń. Część ekspertów zaczęła sugerować, że Hancock powoli może myśleć o sportowej emeryturze i wycofa się z ligi szwedzkiej i Grand Prix, ale Amerykański żużlowiec zaprzeczył tym plotkom i podpisał kontrakt w .... Rzeszowie. Był to zaskakujący kontrakt, bowiem "Żurawie" w przeszłości "wystawiły zawodnika do wiatru", a przy tym w sezonie 2018 miały startować w II lidze. Klub przejął jednak hojny sponsor, który zapragnął mieć w swojej talii Grega i oprócz kontraktu zaproponował Jankesowi prowadzenie treningów i odkrywanie młodych żużlowych talentów, które w Rzeszowie pod okiem mistrza miały być oszlifowane jak prawdziwe diamenty.

Toruń choć zaskoczony jak cała żużlowa Polska decyzją Amerykanina, miał w transferowej rezerwie Michaela Jepsena Jensena lub Chrisa Holdera, ale musiał zająć inną sprawą, bowiem konkurencja nie spała i zaczęła robić podchody pod wieloletniego krajowego lidera Aniołów, Adriana Miedzińskiego. Niestety były to podchody skuteczne, i ta oto ostatni zawodnik, który nie zmienił nigdy klubu, a pierwsze żużlowe kroki stawiał w minionym tysiącleciu złożył podpis nie w Toruniu, a w Częstochowie, a to co do niedawna wydawało się niemożliwe, stało się faktem. Adrian Miedziński po 16 sezonach startów w barwach Aniołów, został Lwem. Do niedawna ten transfer brzmiał jak science-fiction i nie tylko z powodu klubowej wierności "Adika, ale również dlatego, że wśród części częstochowskich fanów zawodnik nie cieszył się zbytnią sympatią. W Toruniu jednak wszyscy liczyli, że zmiana klimatu zrobi Miedzińskiemu dobrze i wróci on za rok do Get Well jako lepszy zawodnik, wszak torunianin sam kilkakrotnie mówił, że przez lata zainteresowanie jego osobą wykazywało kilka klubów, ale zawsze górę brał lokalny patriotyzm, przywiązanie do rodzimych barw i silna więź ze środowiskiem kibiców i sponsorów, których wielu miał sprawdzonych i w pełni oddanych. Wszystko, czego potrzebował, miał na miejscu. Oprócz corocznej walki o najwyższe cele w Ekstralidze dochodziła satysfakcjonująca współpraca z kolejnymi władzami, cechującymi się wypłacalnością i profesjonalnym podejściem. Nie bez znaczenia było nieustające wsparcie fanów, szczególnie w trudnych chwilach.
Pamiętając te słowa, wielu zadawało sobie pytanie - skoro zawodnik miał dobry kontrakt z władzami klubu, ale także szerokie grono lokalnych sponsorów, dlaczego doszło do rozwodu? Można powiedzieć, że była to wspólna decyzja. W klubie nie brakowało opinii, że zawodnik potrzebował zmian. W ostatnich sezonach zaliczał wiele upadków i kontuzji, ostatnia prawie kosztowała Get Well spadek z Ekstraligi. Zdarzało się, że presja i duża ambicja zawodnika była powodem napiętej atmosfery w parkingu. Sam żużlowiec chyba także dojrzał do zmiany klimatu i choć padły propozycje dalszych negocjacji, rozmów już praktycznie nie było. W podłożu sportowo-mentalnym w tym rozstaniu był pewien sens, bowiem niewykluczone, że tak jak wyżej wspomniano, decyzja podjęta przez Adriana mogła pchnąć jego karierę do przodu, gdyż od najlepszego w swojej karierze sezony 2013 sportowa forma zawodnika nieco stanęła w miejscu i nie można było oczekiwań zmian robiąc wciąż to samo. Co ciekawe Adrian przed podpisaniem kontraktu pod Jasną Górą, zasięgnął rady byłego toruńskiego zawodnika Ryana Sullivana, który w przeszłości reprezentował również barwy częstochowskie i polecał "Miedziakowi" Włókniarz, bowiem jak twierdził czuł się świetnie w tym klubie i swoje najlepsze lata kariery miał właśnie pod Jasną Góra.
Zatem po tym, jak po sezonie 2014 po 20 latach Unię Leszno opuścił Damian Baliński, Adrian stał się najdłużej nieprzerwanie jeżdżącym w macierzystym klubie zawodnikiem w polskiej lidze. Po sezonie 2017 niestety szesnastoletni pobyt Adriana w Toruniu na pewien czas dobiegł końca, a jego kariera miała być kontynuowana w Częstochowie, gdzie nie musiał obawiać się o miejsce w podstawowym składzie Włókniarza. Miedziński, choć przebił długością startów w Toruniu Wojciecha Żabiałowicza (lata 1977-1991), nie dogonił w tym Jana Ząbika (1966-1986) i Wiesława Jagusia (1992-2010), choć być może w niedalekiej przyszłości, po powrocie do macierzy, zdoła ustanowić kolejny rekord. A tych żużlowiec urodzony w 1985 roku przez szesnaście sezonów jazdy w żółto-niebiesko-białych barwach w lidze i turniejach osiągnął przecież niemało. Drużynowo najważniejszym był z całą pewności tytuł mistrzowski z Unibaxem w 2008 roku i łącznie, aż osiem krążków DMP. Indywidualnie zabrakło medalu w IMP, gdzie najbliżej zdobycia go był w 2009 roku na MotoArenie (czwarte miejsce). Zdobył za to wszystkie Kaski, co w Polsce udało się jeszcze zaledwie czterech innym żużlowcom. Nie zabrakło osiągnięć na arenie międzynarodowej, choć nie udało się awansować do wymarzonego Grand Prix. Ponadto warto podkreślić, że Adrian w barwach Aniołów odjechał 283 mecze, w których zdobył 1960 punktów. Skuteczniejsi byli tylko Żabiałowicz (2802), Jaguś (2523,5) i Mirosław Kowalik (1986). Kibice Aniołów z pewnością mają nadzieję, że to jeszcze nie był koniec "Miedziaka" jako Anioła i po powrocie do domu jeden z symboli klubu poprawi swoje osiągi, dalej pisząc bogatą kartę toruńskiej historii żużlowej.
Oficjalnie klub i zawodnik potwierdzili swoje rozstanie 3 listopada na konferencji prasowej, na której toruński wychowanek z nieskrywanym wzruszeniem mówił: "To nie był łatwy krok. Toruń to mój dom, ale ostatecznie postawiłem zmienić otoczenie. Kiedy zastanawiałem się co robić, pociły mi się ręce. Pani prezes dziękuję za te wszystkie lata. Mieliśmy tu wszystko co potrzebowaliśmy. Rozstaliśmy się w przyjaźni. Być może wrócę jeszcze do Torunia jako zawodnik, ale nie koncentruję się na tym, co będzie po sezonie. Teraz przed nami zima, podczas której moim celem jest przygotować się jak najlepiej do sezonu. Serce na torze będę zostawiać dla klubu z Częstochowy. A to, co będzie po sezonie to melodia przyszłości. W tej chwili naprawdę o tym nie myślę. Kto powiedział, że nie będę się czuł we Włókniarzu lepiej? Nigdy w Polsce klubu nie zmieniałem, więc trudno mi dywagować. Powtórzę jeszcze raz: nie przechodziły mi przez głowę myśli o tym, co będzie za rok.
Wybierając Częstochowę, przede wszystkim chciałem jeździć w drużynie dobrej. W zespole, który będzie bił się o najwyższe cele. Będziemy chcieli wejść do play-offów. Nikt z nas nie chce szybko kończyć sezonu. Dlatego zawodnicy i siła drużyny to były jedne z aspektów przy wyborze klubu. Chcę też fajnie wkomponować się w częstochowskie środowisko, pomóc młodzieżowcom, by jechali jak najlepiej. Wiadomo, że dużo też zależy od nich. Mam nadzieję, że stworzymy kolektyw i będzie w porządku. Moje pierwsze wrażenia dotyczące Włókniarza są bardzo pozytywne".

Komentujący całą sytuację legendarny zawodnik Apatora, Eugeniusz Miastkowski nie miał wątpliwości, że powrót Adriana do macierzy jest kwestią czasu: " Nie jestem wcale zaskoczony, że z Adrianem nie przedłużono umowy na kolejny sezon. Zmiana otoczenia powinna mu pomóc odbudować się. Jestem pewny, że Adrian prędzej czy później i tak wróci do Torunia".

Ponieważ w klubie rozważano scenariusz, w którym "Miedziak' żegna się z klubem, niemal natychmiast uruchomiono rozwiązania alternatywne. Najpierw szybko uporządkowano formację juniorską stawiając na trójkę zawodników którzy w ostatnim roku pozostawali pod opieką trenera Roberta Kościechy, a byli to Daniel Kaczmarek, Igor Kopeć Sobczyński i Marcin Kościelski. Jacek Frątczak na jednej z konferencji pokusił się również o komentarz do tej decyzji: "Get Well miał w tym roku juniorskie sukcesy. Przecież młodzież zdobywała. Słyszałem narzekania, że co z tego, skoro nie było przełożenia na ligę. Nie można do tego tak podchodzić. Robert Kościecha zasłużył na słowa uznania. Wykonał kawał dobrej roboty i był w nią zaangażowany w 200 proc. Jestem pewny, że za rok o tej porze o naszych juniorach będzie mówić się zupełnie inaczej. Trzeba tylko wykonać pracę, zwłaszcza zimą. I my to w Toruniu zrobimy, bo wyciągnęliśmy wnioski i wiemy jak należy się za to zabrać".

Wolną rękę w poszukiwaniu klubu otrzymał jednak sprowadzony przez Jacka Gajewskiego, Norbert Krakowiak. Ostatecznie utalentowany młodzieżowiec, którego karierę zastopowały groźne wypadki, postanowił jeździć w I-ligowym Starcie Gniezno, w barwach którego ścigał się już pod koniec minionych rozgrywek, na torach II ligi, a do którego został oficjalnie wypożyczony na sezon 2018. Toruński menadżer wiedział jednak co robi i nie stopował dalszej kariery zawodnika: "Norbert mógłby u nas mieć problem z przebiciem się do składu. Bardzo liczyłem na tego zawodnika, zanim jeszcze przyszedłem do ekipy z Torunia. Miałem pomysł, aby ściągnąć tego młodzieżowca do Zielonej Góry, gdyż świetnie się zapowiadał. Obecnie ta kariera stanęła nieco w miejscu. Teraz pozostały już tylko formalności przed wypożyczeniem."

Równolegle z decyzjami na pozycji juniorskiej toczyło się rozwiązanie zagadki HolderJensen.
Duńczyk walczył o kontrakt swoją postawą w sezonie 2017, z kolei za Australijczykiem przemawiała klubowa wierność oraz młodszy brat, który mógłby stanowić silną rezerwę w myśl nowego regulaminu. W układzie tym wiele przemawiało za Jensenem, który był o 5 lat młodszy i znacznie tańszy od Holdera, a jednocześnie był w zawodnikiem Get Well, który przez cały rok 2017 prezentował w miarę równą formę, w odróżnieniu od Kangura, który momentami był przeraźliwie słaby. Ostatecznie klub nie zastanawiał się zbyt długo i po skonkretyzowaniu oczekiwań przez strony postawił na braterski duet rodem z Australi, a Jensen musiał pożegnać się z Aniołami, bowiem nie otrzymał gwarancji startowych, o czym poinformował menadżer: "Sytuacja z Jensenem wygląda tak, Michael dostał propozycję kontraktu, nawet mogę zdradzić, że był pomysł, aby był to kontrakt dwuletni. Atutem były znakomite warunki finansowe. Podstawowym argumentem zawodnika było jednak hasło "chcę jeździć". Wahał się czy ma walczyć o skład w drużynie z Torunia, czy podjąć wyzwanie w innym klubie i być może mieć pewne miejsce w zespole. Muszę przyznać, że zaimponował mi profesjonalizmem. Liczyliśmy, że podejmie walkę u nas, ale ta decyzja jest oczywiście związana z chęcią jego rozwoju. To bardzo dobrze świadczy o samym zawodniku. Rozstajemy się w bardzo dobrych relacjach i trzymam za niego kciuki. Nie ma jednak mowy o żadnym obrażaniu. Proszę spytać samego Michaela, czy jest na nas zły. Z nim może być tak samo, jak z Adrianem Miedzińskim. Jeśli będzie mocny, to niewykluczone, że za rok zaproponujemy mu powrót".
Pewne miejsce w składzie "Liglad" otrzymał za to w Zielonej Górze, ale po odejściu Doyla i Hampela, kadra Falubazu nawet z tak dobrym jak w minionym sezonie Jensenem, nie była stawiana w roli faworyta ligi.

Frątczak wybierając pomiędzy Jensenem, a Holderem wiedział co robi, bo Australijczyk, mimo słabego sezonu miał coś do udowodnienia i już w końcówce sezonu 2017, znalazł nową motywację do jazdy, którą stracił po wypadku przyjaciela Darcy Warda, a motywacją tą był angaż w zespole Aniołów jego dwudziestojednoletniego brata Jacka. Klub oczywiście potwierdził kolejnje kontrakty, na kolejnej konferencji prasowej, które to stały się pewną nową tradycją w mieście Anioła. Dla Chrisa Holdera był to już jedenasty sezon spędzony w grodzie Kopernika i wraz z przejściem Miedzińskiego do Włókniarza, miał w polskich ligach żużlowych status zawodnika z jedną z dłuższych ciągłości startów w jednym klubie. W koncepcji klubu, Chris miał też otoczyć opieką swego brata, a takie rozwiązanie mogło wyjść na dobre obu braciom. Już w trakcie minionych rozgrywek dało się zauważyć, że opieka nad Jackiem dobrze działała na jego starszego brata. Stał się bardziej odpowiedzialny. Poza tym miał zajęcie, które pozwalało mu zapomnieć o problemach rodzinnych. Jack oczywiście też mocno korzystał, na tej współpracy, bo jego kariera toczyła się bardzo szybko, a ponieważ tkwił w nim spory potencjał (nominowany do objawienia roku na Gali Ekstraligi) potrzebował mentora na sportowej drodze. Niektórzy jednak obawiali się, że Jack Holder nie jest gotowy na najlepszą ligę świata, a przy tym w cieniu brata, nie koniecznie musi rozwinąć skrzydła. Sam zawodnik zapewniał niedowiarków o swojej ekstraligowej gotowości zarówno sportowej jak i sprzętowej. Poza tym najmłodszy Australijczyk w teamie Aniołów, wcale nie musiał wychowywać w cieniu Chrisa, bowiem mimo, że ciągle potrzebował wsparcia, dojrzał do własnej drogi w żużlu, także w polskiej lidze. Miał odpowiednie podejście do treningów i pracy w parkingu, a przy tym był zapowiadaną przez Frątczaka opcją budowania składu Aniołów z myślą o przyszłości, a nie tylko jednosezonowym kaprysem.

Wracając jednak do starszego z braci Hoderów miał on również zajmować się młodymi zagranicznymi zawodnikami, których Get Well planował ściągnąć do Torunia, a nazwisk których nie chciano ich ujawniać, tłumacząc, że konkurencja nie śpi. Żużlowe nadzieje, które planowano sprowadzić do Polski choćby na przedsezonowe mecze sparingowe, nie koniecznie miały znaleźć się w ligowej kadrze Aniołów, ale Chris miał pokazać im jak stawiać pierwsze kroki w najlepszej żużlowej lidze świata, aby nie popełniły tych błędów, które on sam popełnił na początku swojej żużlowej drogi na Wisłą. Pomysł ten spodobał się Australijczykowi i ze zdwojonym zapałem zabrał się do budowania formy oraz parku maszyn na nowy sezon. Frątczak pozostawał jednak czujny i chciał mieć pod kontrolą tok przygotowań Chrisa, aby ten wrócił na szczyt sportowych możliwości: "Klub postanowił mu zaufać. Starszy z braci zostaje na kolejny rok w Toruniu i wrócić do wysokiej formy. Chcę jak najszybciej poznać plany Australijczyka na zimę. Najpierw go wysłuchamy, a później będziemy wyciągać wnioski i pomagać, jeśli będzie taka potrzeba. Nie będzie jednak żadnego dyscyplinowania ani ingerowania w jego okres przygotowawczy. Takie coś nigdy się nie sprawdza. Do pewnych rzeczy musimy dojść wspólnie. Wiemy, że w pierwszej połowie sezonu największą bolączką Australijczyka był sprzęt. Holder rozpaczliwie szukał różnych rozwiązań, ale efektów za bardzo nie było. Należy jednak pamiętać, że mówimy o zawodniku, który jeździł w Grand Prix i zdaje sobie sprawę z tego w jakim jest położeniu sprzętowym. Na pewno i w tym przypadku porozmawiamy, a później wspólnie będziemy podejmować decyzje".

W składzie ciągle pozostawały jednak nieobsadzone pozycje polskich seniorów.
Wiadomym było, że nie ziściła się opcja budowania składu w oparciu o trzech zawodników krajowych na pozycjach seniorskich i choć słowo dane przez Pawła Przedpełskiego, było gwarantem kontraktu, to nadal brakowało jednego Polaka w składzie. Był co prawda Grzegorz Walasek, ale myśląc o medalu opcja zielonogórskiego wychowanka była głęboką rezerwą. W tej sytuacji podjęto negocjacje z Rune Holtą, który był krajowym liderem częstochowskiego Włókniarza, tego samego Włókniarza, który wyrwał z rodzinnego gniazda Adriana Miedzińskiego.
Holta był doskonale znany w Toruniu, bowiem posiadał już Anielską przeszłość, a mimo Norweskiego rodowodu, posiadał też polskie obywatelstwo i był traktowany w polskiej lidze jak zawodnik krajowy. To z kolei oznaczało, że mógłby zastąpić w toruńskim zespole Adriana Miedzińskiego. Wielu zastanawiało się czy Toruń wykonał dobry ruch, bowiem rozstanie z zawodnikiem, po sezonie 2011 było dość chłodne. Wówczas jednak Norweg z polskim obywatelstwem, borykał się z problemami zdrowotnymi (kontuzje nadgarstków) i niestety nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Należało jednak pamiętać, że miał on za sobą znakomity sezon i pod względem średniej był czwartym najskuteczniejszym Polakiem w Ekstralidze. Jego plusem było również to, że bardzo dobrze od lat współpracował ze swoim tunerem Flemmingiem Graversenem, a to gwarantowało mu bardzo dobre zaplecze sprzętowe. Holta miał jednak już swoje lata i jego angaż był zagadką, bo trudno było przewidzieć jak będzie się spisywać, w nowym/starym klubie, a złośliwi mówili, że u schyłku kariery odcina ostatni żużlowy kupon totolotka, w którym milion wypłaca Przemysław Termiński. W toruńskim klubie jednak przed podjęciem decyzji o zamianie Adriana Miedzińskiego na Runego Holtę przeprowadzono swoistą burzę mózgów. Adam Krużyński, jako jeden z twórców składu na sezon 2018, słusznie zauważył, że największym problemem Aniołów w minionym roku były kontuzje, spowodowane często brakiem chłodnej kalkulacji ze strony zawodnika. Dlatego postanowiono poszukać alternatywy w osobie zawodnika, który będzie co najmniej tak samo skuteczny, a na dokładkę będzie umiał kalkulować. Wybór w drugiej kolejności padł na Holtę (pierwszym wyborem był wspomniany wczesniej Szymon Woźniak). W przypadku spolonizowanego Norwega uznano, że nawet jeśli będzie miał słabszy sezon niż w Częstochowie, to i tak będzie bardziej pożyteczny od nieobliczalnego wychowanka, bowiem jego głowa będzie bardziej chłodna, a sam zawodnik czasami odpuści ryzykowną walkę o punkt w danym biegu w myśl zasady, że na jednym wyścigu świat się nie kończy. Ich zdaniem Miedziński nie potrafił tego zrobić, bo ambitnie walczył do upadłego, ale w sezonie 2017 stracił na tym nie tylko on sam, ale i zespół.
Ściągnięcie Holty do Torunia nie było jednak łatwe, bo zawodnik był wstępnie dogadany z Włókniarzem, ale wycofał się z negocjacji czym potwierdził, że rozmowy z nim bywają bardzo trudne i często główną rolę odgrywają w nich pieniądze. Nic więc dziwnego, że decyzja Holty dla fanów Włókniarza była ciosem między oczy. Warto też podkreślić, że tak jak w Częstochowie kibice nie chcieli transferu Miedzińskiego, tak wielu toruńskich kibiców nie było przekonanych Holcie. Na portalu społecznościowym powstała nawet specjalna strona - Nie dla Rune Holty w Toruniu 2018. Zatem podobnie jak Miedziak, również Holta zmieniając środowisko, w którym był uwielbiany na miejsce, na miejsce w którym musiał przekonać do siebie wielu ludzi stąpał po cienkim lodzie, ale zdaniem menadżera był to przemyślany ruch obu stron: "Kiedy ja przychodziłem do Get Well, też mówiono, że jestem koniem trojańskim podrzuconym przez Falubaz. Po kilku tygodniach, kiedy emocje opadły, nikt już nie pisał takich komentarzy. To naturalne, że jak się ludzie bliżej poznają, to złe emocje opadają. Nie inaczej, taką mam nadzieję, będzie z Holtą. On też nie będzie koniem trojańskim. Są rzeczy, o których nie mogę mówić, ale może nie bylibyśmy w tym miejscu, jako klub, gdyby nie Rune. On wie, o co chodzi i bardzo mu za to dziękuję".

Kontrakt doświadczonego Norwega, skutecznego Australijczyka i solidnego Duńczyka, zamykał w Toruniu sprawę trzech liderów, prowadzących meczowe pary. Klub przygotował dla każdego z nowych zawodników miejsce na MotoArenie w postaci indywidualnych boksów i każdy z nich mógł zacząć myśleć jak zinstalować swoją bazę w mieście pierników i astronomii. Działacze musieli jednak jeszcze dopełnić formalności kontraktowych z Pawłem Przedpełskim. W ostatnim roku, nieźle zapowiadającemu się juniorowi nie szło tak jak tego oczekiwano. Startował już jako senior, ale daleko było mu do jego rówieśników w osobach choćby Patryka Dudka czy Przemysława Pawlickiego, a do tego nie najlepiej spisywał się jego sprzęt. To spowodowało, że nie czuł pewnego miejsca w składzie, bo nie miał stuprocentowego zaufania menedżera Jacka Gajewskiego. Później przyszły kontuzje i dopiero po zmianie menadżera, sytuacja Pawła się zmieniła. Po trudnym sezonie zasadniczym, w końcowej fazie rywalizacji zawodnik pokazał że nie zapomniał jak się jeździ na żużlu i jeżdżac nawet z numerem 9 spełniał pokładane w nim nadzieje. Było to jednak celowe zagranie, którym Frątczak chciał odbudować sportową mentalność zawodnika i dać mu do zrozumienia, że jest kimś ważnym, bo z dziewiątką jeździł przeważnie lider zespołu. Nic więc dziwnego, że po sezonie Paweł chciał spłacić ten kredyt zaufania i z miejsca zadeklarował, że nie zmienia barw klubowych i na pewno będzie startował w Toruniu, a ponieważ w klubie wierzono w jego potencjał, strony szybko doszły do porozumienia i po zakontraktowaniu liderów sfinalizowały umowę z toruńskim wychowankiem. W planie menadżera, było zestawianie Pawła w parze z Iversenem, który od lat był świetnym ligowcem współpracującym z partnerem z pary. Sam zawodnik dostrzegał plusy tego rozwiązania, a także miał świadomość, że dla niego okres ochronny jako zawodnika startującego pierwszy rok w roli seniora przeminął. Stąd nie oszczędzał się na treningach i można powiedzieć, że pracował za dwóch, ćwicząc nie tylko indywidualnie, ale brał też udział w grupowych zajęciach organizowanych przez klub. Do tego dochodziły spotkania z trenerem mentalnym, podczas których Paweł chciał przygotować swoje ciało i umysł do wielkich wyzwań w których być może jako lider zespołu doprowadzi drużynę do mistrzostwa Polski.
Liderem przynajmniej w parkingu Paweł został jeszcze przed inauguracją ligi. Stało się to w momencie, gdy Jacek Frątczak powierzył mu funkcję Kapitana drużyny, był to kolejny znak, że menadżer w pełni ufał dwudziestodwulatkowi i wierzył, że w roku 2018 będzie mocnym punktem Get Well Toruń: "proszę nie doszukiwać się w tym drugiego dna. Mamy młodego chłopaka, wychowanka, to musimy go budować, jednoczyć wokół niego drużynę, opierać na nim działania marketingowe. To naturalne. Podobnie przecież robią w innych ośrodkach. Piotr Pawlicki jest przecież np. kapitanem leszczyńskiej Unii, a Kacper Woryna rybnickiego ROW-u". Z kolei nowy kapitan tak oceniał całą sytuację: "Na pewno jest to dla mnie wyróżnienie, to fajne uczucie. Jestem, poza Jackiem Holderem, najmłodszym z seniorów w zespole, jedynym Polakiem. Aczkolwiek funkcję kapitana w żużlu trudno porównywać z piłką nożną. Wiadomo, że w niej kapitan jest odpowiedzialny za dużo więcej rzeczy. Dlatego nie jest to jakaś wielka zmiana. Wiadomo, że wszyscy jedziemy dla jednego wyniku. Są w tym zespole zawodnicy bardziej doświadczeni ode mnie, ale nasz skład wygląda bardzo fajnie. Przede wszystkim drużyna składa się z zawodników, z którymi można normalnie porozmawiać, również prywatnie, a przecież wiadomo, jak ważna jest atmosfera. A sportowo - wiadomo, są to zawodnicy ze światowej czołówki, na pewno będą się starali zdobywać jak najwięcej punktów dla Torunia, po to, żeby po roku przerwy był kolejny medal".

Umowa z Pawłem Przedpełskim zamykała skład toruńskich Aniołów.
Jedną z ostatnich kwestii pozostawało jedynie podpisanie umowy z żużlowcem, który zostawałby w odwodzie jako opcja rezerwowa na wypadek czyjejś kontuzji czy niepowodzenia. Jednym z kandydatów był Grzegorz Walasek. Frątczak znał doskonale możliwości zielonogórskiego wychowanka, a posiadanie w składzie polskiego, tak doświadczonego zawodnika miało dla klubu miało dużą wartość. Wiadomym było też, że obu gentelmanów łączyła koleżeńska znajomość i to miało pewien wpływ na decyzje o zatrudnieniu właśnie tego jeźdźca.
Pozostawało jednak pytanie, czego chciał sam żużlowiec. Walasek w trakcie negocjacji z Get Well nie dostał gwarancji startowych, ale bardzo poważnie zastanawiał się nad pozostaniem na kolejny sezon w toruńskim klubie. Bardzo dobrze się w nim czuł, miał też pełne zaufanie do działaczy siódmej drużyny Ekstraligi, a na jego korzyść przemawiała doskonała dyspozycja w meczach barażowych, po których chwalił się nawet menedżerowi, że odzyskał radość z jazdy. Nic więc dziwnego, że Frątczak niczego nie wykluczał, ale jednocześnie przyznawał, że po podpisaniu kontraktu najbardziej prawdopodobne będzie się wypożyczenie Walaska do innego klubu, choć widziałby Walaska w swoim zespole i podkreślał, że inicjatywa jest po stronie żużlowca: "Grzegorz ma w portfelu lepsze oferty pod względem finansowym. Trudno go do czegoś zmuszać. Mogę zapewnić, że jako klub nie będziemy mu robić żadnych przeszkód, jeśli wybierze inną opcję. Taka sytuacja w jego przypadku była zresztą przerabiana już dwa lata temu. Grzegorz ma teraz sporo czasu na przemyślenia, więc może wyrazi jeszcze wolę kolejnych negocjacji dotyczących warunków finansowych kontraktu. Furtka jest otwarta, ale nie ma sensu się też czarować. Jeśli weźmiemy pod uwagę naszą kadrę, to większy komfort funkcjonowania miałby w innym klubie".

Ostatnim klubowym kontraktem było podpisanie umowy z bratem Pawła Przedpełskiego, Łukaszem, który przed rokiem reprezentował barwy drugoligowego PSŻ Poznań, ale wystartował tylko w jednym meczu Skorpionów. Łukasz choć podpisał umowę z Aniołami nie miał szans na ekstraligowe starty, dlatego umowę tę traktowano jedynie jako ukłon w kierunku zawodnika, który dawał mu możliwość wypożyczenia do innego klubu w trakcie rozgrywek.

Ostatecznie w marcu po domknięciu wszystkich kontraktów, szeroką ligową kadrę Aniołów potwierdziło GKSŻ w komunikacie:
Zawodnik Rok
urodzenia
średnia biegowa
w sezonie 2017
Doyle Jason
Australia
1985 2,074 straniero - senior
drugi ligowy sezon w Toruniu
Holder Chris
Australia
1987 1,776 straniero - senior
jedenasty ligowy sezon w Toruniu
Holta Rune
Polska
1973 2,013 straniero - senior
drugi ligowy sezon w Toruniu
Iversen Niels-Kristian
Dania
1982 2,060 straniero - senior
drugi ligowy sezon w Toruniu
Kaczmarek Daniel
Polska
1997 1,037 junior
drugi ligowy sezon w Toruniu
Kopeć-Sobczyński Igor
Polska
1999 0,844 junior
trzeci ligowy sezon w Toruniu
Kościelski Marcin
Polska
1998 - ns - junior
trzeci ligowy sezon w Toruniu
Przedpełski Paweł  
Polska
1995 1,419 senior - kapitan
ósmy ligowy sezon w Toruniu
Walasek Grzegorz
Polska
1976 1,635 senior
drugi ligowy sezon w Toruniu, bez gwarancji startowych
  
 Młodzieżową kadrę stanowiła toruńska szkółka żużlowa prowadzona przez Roberta Kościechę.
      Daniel Kaczmarek
      Igor Kopeć-Sobczyński
      Marcin Kościelski
      Aleks Rydlewski
      Mateusz Adamczewski
- Stal Toruń
      Denis Zieliński
(zawodnik przed licencją)
      Adam Wankiewicz
(zawodnik przed licencją)
  
Z kadry Aniołów na rok 2018 ubyli:
Hancock Greg
USA
1970 2,240 straniero - senior
odszedł do Rzeszowa
Jensen Jepsen Michael
Dania
1992 1,754 straniero - senior
odszedł do Zielonej Góry
Krakowiak Norbert
Polska
1999 0,000 junior
odszedł do Gniezna
Miedziński Adrian
Polska
1985 1,549 senior
odszedł do Częstochowy

PRZYGOTOWANIA DO SEZONUgóra strony


Po zakończeniu okresu transferowego wydawało się, że w Toruniu nie będzie już żadnych zmian kadrowych. Jednak Jacek Frątczak sukcesywnie wymieniał ludzi z czasów Jacka Gajewskiego, robiąc kadrową czystkę. Nie chciał bowiem pracować z tymi, którzy ciągnęli bądź też mogą ciągnąć wózek w inną stronę niż zakładała jego filozofia prowadzenia drużyny. Nie było w tym nic dziwnego, bo skoro drużyna omal nie spadła z ligi, to trzeba wszystko zaorać i poukładać od nowa i taka myśl przyświecała zapewne menedżerowi. Nikt jednak nie spodziewał się, że sprytnym zabiegiem polegającym na ogłoszeniu konkursu, stanowisko trenera straci komplementowany wcześniej, za pracę z młodzieżą Robert Kościecha. Trudno powiedzieć, komu "Kostek" się naraził, ale można było podejrzewać, że nie było chemii między nim, a menedżerem, choć ten kategorycznie temu zaprzeczał. Na finiszu sezonu 2017 dało się jednak słyszeć o nieporozumieniach między obu gentelmanami i mówiło się, że panowie muszą znaleźć wspólny język i gdy wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku został rozpisany konkurs, a Robert w oszczędnych słowach komentował całą sytuację: "Jacek miał swoją wizję, która nie pokrywała się z moją. Choćby taka kwestia - ja jako były zawodnik, który jeździł przez ponad 20 lat jestem w stanie więcej na pewne tematy powiedzieć, niż osoba która nigdy nie siedziała na motocyklu. To był jeden z głównych problemów. Faktem jest, że moje relacje z Jackiem Frątczakiem nie były najlepsze. Nie będę pewnych kwestii poruszał publicznie. Więcej na pewno są w stanie powiedzieć osoby, które dobrze go znają. One wiedzą, o czym mówię. Mam swoją wizję szkoleniową i wydaje mi się, że szło to we właściwym kierunku. Zawodnicy byli zadowoleni".
Zdziwiony taki obrotem sprawy był były menadżer Jacek Gajewski: "O moich relacjach z Robertem Kościechą w pierwszej kolejności powinniśmy się wypowiadać ja i on, bo to nas sprawa dotyczy. Chcę bardzo głośno powiedzieć, że bardzo dobrze nam się współpracowało i nie mieliśmy żadnych problemów, żeby się porozumieć. Byłem z niego naprawdę zadowolony. Oczywiście była czasem między nami różnica zdań, ale to normalne, kiedy ludzie ze sobą bezpośrednio współpracują. Takie coś musi się czasami zdarzyć. Uważam jednak, że znamy się na tyle dobrze i mamy do siebie wystarczająco duży szacunek, że potrafiliśmy to w normalny sposób za każdym razem załatwić. Nigdy nie było żadnych intryg czy robienia czegoś za plecami. Wszystko wyjaśnialiśmy w cztery oczy i dochodziliśmy do porozumienia. Obaj potrafiliśmy zwrócić sobie uwagę, ale też się później dogadać. To była i jest szczera relacja. Odnosząc się jednak do samego Roberta, moim zdaniem młodzieżowcy pod jego wodzą zrobili duże postępy. Wystarczy spojrzeć na średnią Igora Kopcia - Sobczyńskiego z 2016 roku i porównać ją do tej z roku ubiegłego. Różnica może nie jest ogromna, ale jednak zauważalna gołym okiem. Do tego trzeba dodać imprezy juniorskie. W zeszłym roku Get Well zdobył brązowy medal MMPPK, a wcześniej nie było nawet awansu do finału. To samo dotyczy MDMP i DMPJ. Przecież w tegorocznym DMPJ po drodze do finału chłopacy wygrywali wszystkie eliminacje, a później był brąz. Jak można zatem mówić, że na tle dwóch czy trzech wcześniejszych sezonów nie było progresu? Był i to duży. Norbert Krakowiak, Marcin Kościelski czy wspomniany Igor jechali lepiej. Wchodzili przecież też do finałów imprez młodzieżowych".
Frątczak nie chciał komentować całej sytuacji, ale z czasem wyszło, na jaw, że "Kostek", oddał stanowisko walkowerem, a menadżer wysłał w przestrzeń publiczną informację, że były trener nie miał wizji pracy z młodzieżą: "Trener Kościecha nie zgłosił się do konkursu, a od początku chodziło nam o wizję oraz plan. Oczekiwałem, że również przez niego zostanie on przedstawiony. Co tu dużo mówić, nawet próba wymuszenia formalnego miała na celu taką refleksję. Trudno oczekiwać od klubu, aby nie wymagał od potencjalnych kandydatów pomysłu na szkolenie i ustalić czy jest zgodność między wizją klubu, a pomysłem trenera. Dostaliśmy taki plan od kogoś innego, kto miał bardziej spójną wizję z klubem i tylko tak należy interpretować tę zmianę. Natomiast decyzję Roberta trudno mi oceniać, ale absolutnie nie odbieram mu jego klasy trenerskiej i nie umniejszam jego możliwości trenerskich".
Kimś innym, kto stanął do konkursu, a mówił o nim Frątczak, był Karol Ząbik, o zatrudnieniu, którego menadżer wspólnie z Panią prezes Iloną Termińska poinformował na konferencji w dniu 28 listopada: "Czekałem, aż Karol się odezwie. Trochę podświadomie. Znaliśmy się wcześniej, ale nie mieliśmy wielkich relacji. Uważam, że powinniśmy korzystać z tego, co mamy w Toruniu. Muszę powiedzieć szczerze, że myślimy podobnie. Nie miałem wątpliwości, żeby postawić na Karola. Jak widać wracamy do pewnych tradycyjnych metod, bowiem wraz z angażem Karola, wracamy do pana Zbigniewa Wójtowicza, który przygotowywał zawodników przed laty. Bardzo się cieszę, że trafiłem na osoby, które myślą podobnie".
Karol Ząbik od razu rozpoczął pracę z toruńską młodzieżą spotykając się z zawodnikami i ich rodzicami i nie ukrywał, że będzie współpracował ze swoim tatą, czyli Janem Ząbikiem: "Jestem szczęśliwy, że mogę wrócić do klubu. Czuję chęć, żeby pomóc chłopakom. Mam plan działania. Nie chcę go teraz zdradzić w całości. Mogę jedynie powiedzieć, że to plan długofalowy. Będziemy współpracować ze Stalą Toruń, czyli z moim tatą. Wszyscy wiemy, że szkolenie jest istotne. Mój tata będzie koordynatorem. To człowiek, który wyszkolił wielu zawodników i na pewno będzie pomocny. Chciałem wrócić do klubu w roli trenera, bo poczułem na własnej skórze, co zrobiłem źle w trakcie mojej kariery i teraz chcę sprawić, by nasi chłopcy nie popełniali podobnych błędów. Potwierdzam, to o powiedział menadżer, że wrócimy do pewnych starych sprawdzonych metod, ale proszę pamiętać, że to nie jest też tak, że przyjdzie Ząbik i od razu młodzi zaczną robić po trzynaście punktów. Wystarczy spojrzeć na przykłady moje, czy Adriana Miedzińskiego. Nic nie przyszło od razu, tylko ciężką pracą budowaliśmy formę. Na wszystko potrzeba czasu".
I właśnie powrót, do sprawdzonych metod, a co za tym idzie sprawdzonych w przeszłości ludzi, którzy święcili sukcesy z młodzieżą cieszył kibiców. Wielu uważało bowiem, że potencjał odstawionego na boczny tor przez poprzednich menadżerów Jana Ząbika nie był przez kilka lat w pełni wykorzystany. Każdy jednak wiedział, że metody sprzed lat Jana Ząbika, mogły być już zdewaluowane, ale wystarczyło do nich dodać młodą myśl Karola i można było zakładać nową jakość na bazie sprawdzonych metod. Należy podkreślić, że angaż Pana Janka, zrobił klubowi również świetną robotę propagandową w urzędzie miasta, gdzie Ząbik senior piastował funkcję radnego i znał się doskonale z prezydentem miasta Michałem Zaleskim, a jak wiadomo dobre relacje z władzami samorządowymi mogły przynieść same korzyści dla klubu.
Oprócz trenera żużlowego, do sztabu szkoleniowego ponownie dołączył odsunięty przez poprzedników trener ogólnorozwojowy Zbigniew Wójtowicz. Frątczak pamiętał, że w toruńskim klubie jakiś czas temu był ktoś taki jak Pan Zbigniew. Zadzwonił i zaprosił byłego dżudokę AZS-u AWF-u Wrocław, MDK Toruń oraz UKS Ippon Toruń, a obecnie szkoleniowca prowadzącego sekcję judo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, do współpracy. Cieszyło to kibiców, bo właśnie duet Ząbik – Wójtowicz świecili w przeszłości spore sukcesy młodzieżowe i menadżer budujący od nowa cały sztab szkoleniowy doskonale o tym wiedział. To nie był jednak koniec zmian w Get Well. Frątczak chcąc otoczyć się zaufanymi ludźmi, dokonał również roszad na stanowiskach kierownika drużyny, kierownika parku maszyn i kierownika zawodów. Walec zmian przejechał po całym składzie personalny, bowiem marzeniem menedżera było to, aby na koniec sezonu można było wyciągnąć z magazynu podium, na którym stanie toruński zespół. A stać się to miało wówczas, gdy wszyscy w klubie wiedzieli za co odpowiadają i wszyscy wiedzieli że pracują na wspólny wynik idąc w  ciągnęli wózek tę samą stronę.
Wielu widziało w tym jednak bardzo ryzykowną grę, w której menadżer uzależniał klub od swoich ludzi, którzy przecież przychodzili do klubu jako jego ludzie i gdyby w przyszłości Frątczaka miało zabraknąć (a swoje odejście po sezonie 2018 Frątczak sygnalizował otwarcie), również mogło zabraknąć osób prowadzących i szkolących drużynę, a także zawodników na równych poziomach zaangażowania organizacyjno-sportowego. Obserwatorzy mieli jednak nadzieję, że właściciel klubu w pełni kontrolował sytuację i nie został "zaczarowany" opowieściami o potędze Get Well pod wodzą menadżera Jacka Frątczaka.

Po wszystkich kadrowych roszadach przyszedł czas na prezentację drużyny, która była najstarszym zespołem w Ekstralidze i wielu szukało w tym tego o czym mówił przed okresem transferowym menadżer Aniołów, czyli składu na kilka lat. Jednak czy najstarsza drużyna oznaczała, że to zespół bez przyszłości? Wieku zawodników rzecz jasna nie dało się oszukać i wiadomym było, że starsi zawodnicy mają bliżej niż dalej do końca kariery, ale na pewno data urodzenia nie oznaczała długości funkcjonowania zawodnika w danym teamie, a wręcz przeciwnie dało się zauważyć, że młodzi zawodnicy po zakończeniu wieku juniora częściej zmieniali kluby, niż ci którzy uchodzili za sportowych weteranów. Nic więc dziwnego, że w Toruniu panowało przekonanie, że Rune Holta, który należał w lidze do zawodników najczęściej zmieniających kluby, pojeździ do końca swojej kariery, podobnie jak Jason Doyle, który nie zagrzał miejsca w jednym klubie dłużej niż dwa lata. Niezaprzeczalnym było jednak to, że aby strony chciały współpracować potrzebne było zaufanie i sportowa jedność, bo walcząc o najwyższe cele, nie mogło być żadnego koleżeństwa i poklepywania po plecach, a jedynie determinacja i zrozumienie na drodze do sukcesu drużyny.
A toruńska drużyna przed sezonem prezentowała się iście imponująco, tworząc swoistego rodzaju rodzinę w stylu sycylijskiej mafii. Kibicom w Polsce od razu zrodziły się porównania do gangsterów i mafiosów co spowodowało lawinę krytyki w której podnoszono to, że torunianom wciąż brakuje pokory, a ich zachowanie jest buńczuczne. Jednak w Toruniu nic sobie nie robiono z tych opinii, a zacierano ręce, bo to oznaczało, że próba wyróżnienia się i wyeksponowania drużyny w stylistyce lat trzydziestych, nie przeszła bez echa.
Sama prezentacja zespołu miała uroczystą oprawę i rozpoczęła się od prezentacji nowego wzoru żużlowego kevlaru, w którym zawodnicy mieli startować w sezonie 2018. Po ciężkim i trudnym sezonie klub odszedł od koloru czarnego, który się źle kojarzył i nastąpił powrót do kolorów bardziej optymistycznych. Góra żużlowego stroju była biała, dół niebieski, a cały kevlar jaśniejszy i bardziej radosny. Projektując nowe stroje zachowano nawiązanie do barw klubowych, bez krzykliwych walorów artystycznych, pamiętając też o wymaganych regulaminem miejscach reklamowych.
Ale po prezentacji największą furorę robiło zamieszczone w Internecie przez Jacka Frątczaka zdjęcie, na którym menedżer torunian, niczym prawdziwy ojciec chrzestny, zasiadał w fotelu, a wokół niego stało soldato, czyli szeregowi pracownicy mafii, w role których wcielili się sami żużlowcy. Wyjątkowo pewnie w nowej roli czuł się Rune Holta, który mógłby równie dobrze uchodzić za wiceszefa całej organizacji.
To właśnie jak wspomniano wcześniej transfer spolonizowanego Norwega, wzbudził najwięcej kontrowersji w toruńskim środowisku i działacze mieli sporo obaw jak zawodnik zostanie przyjęty przez przybyłych na prezentację kibiców. Sam zawodnik też miał pewne obawy i nie do końca wiedział, czego może się spodziewać, zwłaszcza że niektórzy wieszczyli mu powitanie przy głośnych gwizdach. Podczas prezentacji był jednak pełen szacunek dla zawodnika, gdy ten pojawił się na scenie, a kibice skandowali jedynie imię i nazwisko swojego wychowanka, Adriana Miedzińskiego. Nikogo jednak to nie dziwiło, bowiem, fani byli emocjonalnie związani z "Miedziakiem", dlatego Rune nie miał nikomu takiego zachowania za złe, a toruński menadżer nawet skomplementował to jako inteligentne zachowanie, w którym nie było popularnego hejtu.
Warto też podkreślić, że na prezentacji pojawili się wszyscy toruńscy zawodnicy, oprócz Jacka Holdera, który jak co roku ścigał się w turniejach o Indywidualne Mistrzostwo Australii.
Rzecz jasna całą prezentację jak każde wcześniejsze wydarzenie związane z toruńskim żużlem, skomentował Jacek Frątczak: "Gdyby od stylizacji zależał wynik sportowy, czyli wygrana, to mogę wyglądać jak Snoke z Gwiezdnych Wojen. Inna sprawa, że faktycznie pomysł sesji znakomity. Szkoda, że ciężko będzie mnie wyciąć z tych zdjęć, jak nie wyjdzie. W trakcie prezentacji toruńskiego zespołu poczułem, jak wielkie są oczekiwania. Jeśli do tego dodamy, że bardzo dobrze znam i lubię ludzi pracujących i kierujących klubem, to jasno wychodzi z tego, że po prostu głupio byłoby mi ich zawieść. Poza tym przecież nikt nie przystępuje do rywalizacji z myślą żeby przegrać. Za plecami miałem dwóch mistrzów świata, w tym jednego aktualnego. Do tego dziewiątą (Niels-Kristian Iversen) i trzynastą (Rune Holta) strzelbę Ekstraligi. To co mam powiedzieć? Że będziemy walczyć o utrzymanie? Przecież kibice zabiliby mnie śmiechem. Mam w składzie chłopaków, którzy nie są w tym sporcie od wczoraj. To naturalne, że musimy sobie stawiać najwyższe cele. Braku pokory i buńczuczności na pewno nie można mi jednak zarzucić, bo nie powiedziałem przecież, że na pewno wygramy. Nie będę ludzi pouczał, ale to jest sport. Sukces zależy od bardzo wielu czynników".
"Mafijna prezentacja", która mogła się podobać, została jednak wymyślona przez Jacka Gajewskiego dwa lata wcześniej, gdy ten zobaczył reklamę cygar i zaproponował pokazanie zespołu w stylu, który towarzyszył włoskiej prohibicji. W klubie pomysł chwycił, bo mafia to don i jego soldati, a to oddawało pewną spójność grupy. Niestety dla Gajewskiego donem został jego następca, który miał nie lada wyzwanie do zrealizowania i aby temu wyzwaniu sprostać z miejsca, po całym medialnym zamieszaniu wspólnie z klubem zaczął zabiegać o stworzenie optymalnych warunków do drużynowego sukcesu Aniołów. Na pierwszy ogień poszła toruńska nawierzchnia na MotoArenie. Wielu pamiętało ubiegłoroczne zmiany, podczas których przebudowano drugi łuk, który miał stać się handicapem dla miejscowych zawodników, a okazał się ich utrapieniem. Menadżer dostrzegał ten problem i planował zrobić z MotoAreny twierdzę nie do zdobycia dla rywali. Kluczem do tego miała być wymiana nawierzchni na taką, która będzie bardziej przewidywalna w przygotowaniu i utrzymaniu we właściwej kondycji w trakcie zawodów. A trzeba przypomnieć, że ostatnim toruńskim menadżerem, który nie miał problemów z utrzymaniem nawierzchni toru w ryzach był Sławomir Kryjom, który pracował w Toruniu w sezonach 2011, 2013 i 2014. Podczas pierwszego roku jego obecności na MotoArenie torunianie wygrali u siebie wszystkie 10 spotkań, a średnia punktów zdobywanych na mecz wynosiła prawie 50 pkt. Dwa lata później też było bardzo dobrze. Na 11 spotkań Unibax wygrał 10, z meczową średnia ponad 56 pkt. Co ciekawe, jedyną domową porażkę w trakcie swojej pracy w Toruniu Kryjom zanotował z Falubazem Zielona Góra z którym wówczas związany był Frątczak. W 2014 roku Unibax wygrał u siebie wszystkie siedem meczów. Rywale nie mieli praktycznie żadnych szans z torunianami (średnia 56,4 na własnym torze mówiła wszystko). Kryjom po odejściu z klubu dostrzegał problemy z przygotowaniem toru i podpowiadał zmianę struktury nawierzchni, bo rywale w kolejnych sezonach czuli się na niej coraz lepiej, ale gospodarze nie zawsze potrafili wyciągnąć właściwe wnioski, by zrobić z MotoAreny swój atut. Ale przyszedł Frątczak i postanowił zmienić ten stan rzeczy, wspólnie z firmą, która przed rokiem dokonała przebudowy drugiego łuku, a w roku 2018 drugiej połowie listopada uzupełniła nawierzchnię toru o frakcję, której dotąd brakowało i po zimowym "uleżeniu" i "związaniu" toru, Anioły miały latać znacznie szybciej na MotoArenie od rywali. Zmiany te oczywiście nie mogły zaistnieć, bez menadżerskiego komentarza: "czekaliśmy na pogodę i dostępność ciężkiego sprzętu drogowego. To nie był łatwy temat, bo w kraju mają miejsce inwestycje drogowe na naprawdę dużą skalę. Ściągnięcie tego wszystkiego z autostrad było naprawdę wielkim przedsięwzięciem. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy nam tym w tym pomogli. Wykazaliśmy cierpliwość i się udało. Wszystko jest gotowe na zimę. Kuchni zdradzać nie będę, ale zapewniam, że nie dokonaliśmy rewolucji. To zmiana serwisowa. Cel jest jasny. Na Motorenie ma być więcej ścigania, a tor ma stać się łatwiejszy w przygotowaniu. Powinien lepiej absorbować wodę. Zostawiamy sobie pewien margines błędu. Jest rezerwa materiału tego samego rodzaju, więc dodatkowa kosmetyka wchodzi w grę. Gdyby efekt nie był taki, jak oczekujemy, to na wiosnę jeszcze zareagujemy. Dosypywanie mniejszych ilości materiału jest zdecydowanie bardziej komfortowym rozwiązaniem. Przesadzić jest łatwo, a wyciągnięcie tego, co się wcześniej wsypało, to już złożony temat".

Po uporaniu się z torem przyszedł czas na kibiców i na ofertę karnetową. I była to oferta zaskakująco dobra, bo właściciel klubu zdecydował o tym, że ceny karnetów pozostaną na ubiegłorocznym poziomie, co bardzo ucieszyło najwierniejszych fanów z Torunia i okolic.
Ceny karnetów na rundę zasadniczą:
       
1. Strefa Niebieska:
            Karnet Normalny - 220 zł;
            Karnet Normalny Lojalnościowy - 200 zł, dla posiadaczy karnetów normalnych w sezonie 2017;
            Karnet Ulgowy - 170 zł, dla urodzonych w 2000 roku i później oraz dla studentów urodzonych w 1994 roku i później;
        2. Strefa Czerwona - Trybuna Główna:
            Karnet Normalny - 550 zł;
            Karta Parkingowa - 150 zł,

Ceny karnetów całorocznych (runda zasadnicza + play-off)

        1. Strefa Niebieska:
            Karnet Normalny - 290 zł;
            Karnet Normalny Lojalnościowy - 260 zł, dla posiadaczy karnetów normalnych w sezonie 2017;
            Karnet Ulgowy - 220 zł, dla urodzonych w 2000 roku i później oraz dla studentów urodzonych w 1994 roku i później;
        2. Strefa Czerwona – Trybuna Główna:
            Karnet Normalny - 700 zł;
            Karta Parkingowa - 150 zł,

To co ucieszyło kibiców w aspekcie całorocznych wejściówek, nie cieszyło w aspekcie historycznym. Oto bowiem w okresie zimowym można powiedzieć już tradycyjnie, najzagorzalsi fani zaczęli domagać się od władz klubowych powrotu do legendarnej nazwy Apator, z którą tysiące sympatyków żużla w mieście Kopernika od lat się utożsamiało, skandując podczas ligowych spotkań tylko i wyłącznie właśnie tę wieloletnią nazwę, z którą toruński klub był najbardziej kojarzony w sportowej Polsce. Fani już w poprzednich latach próbowali wymóc na toruńskich władzach powrót do nazwy Apator. Nadzieje te odżyły po tym, jak zespół przejął Przemysław Termiński, lecz szybko stwierdził, że ewentualny powrót nazwy był uzależniony od samej firmy Apator S.A., która od lat nie była zainteresowana powrotem do sponsoringu, a wykupienie przez klub praw od początku nie wchodziło w rachubę. Jednak bardziej operatywni okazali się kibice ze Stowarzyszenie Sympatyków Sportu Żużlowego "Krzyżacy" zastrzegając w roku 2012 znak słowno graficzny w urzędzie patentowym i na oficjalnym fan page'u społecznościowym przed sezonem AD 2018, wystosowało kolejny apel, w którym deklarowało bezpłatne użyczenie Klubowi Sportowemu Toruń swojego szyldu. Kibice powoływali się na klasyfikację nicejską, w myśl której istniało upoważnienie do stosowania danego znaku (w domyśle herbu/logo) i nazwy m.in. w działalności sportowej. Oto pełna treść apelu:
Drodzy Kibice
Już jutro konferencja prasowa w której włodarze klubu poinformują nas o składzie drużyny na sezon 2018.
Ponownie w mediach wraca temat nazwy drużyny pod jaką będą występowały "Anioły". Był Unibax, był KS Toruń, był KS Get Well, lecz w sercach i na ustach fanów jest cały czas jedna nazwa -APATOR.
Prezes Termiński jakiś czas temu wypowiedział się, że powrót do nazwy Apator jest uzależniony od samej firmy APATOR S.A. aczkolwiek sama firma nie jest zainteresowana sponsoringiem, a Prezes nie wyobraża sobie sytuacji w której muszą wykupywać prawa do nazwy.
Sytuacja jest bardzo prosta. Zgodnie z publikacją Urzędu Patentowego Rzeczpospolitej Polskiej prawo do znaku słowno-graficznego KS Apator Toruń posiada Stowarzyszenie Sympatyków Sportu Żużlowego "Krzyżacy"!
Według klasyfikacji nicejskiej klasa 41 upoważnia między innymi do stosowania znaku oraz nazwy również w działalności sportowej oraz rozrywkowej.
SSSŻ "Krzyżacy" po raz kolejny deklaruje BEZPŁATNE użyczenie nazwy dla Klubu Sportowego Toruń!
Tu chodzi tylko o dobrą wolę oraz kontynuację tradycji która nigdy nie zginie. Nikt nie będzie skandował na stadionie Unibax, Get Well itp. Dla Nas fanów liczy się tylko APATOR więc??
Piłka po Waszej stronie!
Powrót do nazwy da klubowi ogromną wartość marketingową więc korzyść będzie wspólna!
Prosimy o udostępnianie! Niech każdy kibic o tym wie, że powrót do nazwy zależy tylko od dobrej woli klubu!
Obojętnie obok tematu nie przeszedł właściciel klubu Przemysław Termiński, który skomentował całą sytuację: "powrót Apatora jest możliwy, ale to zależy od tej firmy. Niestety z tego co wiem nie jest zainteresowana ani wspieraniem żużla, ani żadnego innego sportu. Nie wyobrażam sobie natomiast, abyśmy mieli wykupić od nich nazwę. Mamy jednak nazwę Get Well, która to coraz szerzej funkcjonuje w środowisku i marka się rozwija. Zapewniam kibiców, że mamy takie intencje. Nie wiemy jednak, czy wydarzy się to już w sezonie 2018. Szanse na start pod nazwą Apator są zdecydowanie większe w sezonie 2019. Problem stanowią kwestie formalno - prawne. Do tego dochodzą sprawy marketingowe związane z naszym obecnym sponsorem tytularnym, którym jest Get Well. Pewne umowy są zawarte i teraz pojawia się pytanie, czy pewne decyzje należy podjąć va banque czy jednak poczekać.
Słowa właściciela klubu potwierdzały tym samy, że powrót do tradycji nie był wcale taki prostu jakby się mogło wydawać. Należało bowiem uwzględnić w całej zmianie sferę historyczną, społeczną, obyczajową, wizerunkową, marketingową czy finansową, które w pewnych okolicznościach mogły rodzić określone skutki prawne, bo na przestrzeni lat właśnie te sfery stworzyły precedensy dla aspektów prawnych. Klub przecież nie był oderwanym bytem, ale podmiotem prawnym, tak samo jak Apator S.A. czy Stowarzyszenie "Krzyżacy" z prawem do znaku klubowego. Klub, który co sezon liczył każdy grosz, przy zmianie nazwy może nie zostałby procesami sądowymi postawiony pod ścianą w aspekcie swego istnienia, ale mógł znacznie więcej stracić niż zyskać. I o tym należało pamiętać wybierając wariant optymalny, bowiem kibicowskie chciejstwo równało się odpowiedzialność Termińskiego.

Obok zmiany nazwy starsi kibice, żyli też tym co pojawiło na sprzedaż na popularnym portalu aukcyjnym, a mianowicie chodziło długi na 30 metrów i ważący ponad 250 kg szyld z napisem "Stadion żużlowy K.S. Toruń im. M. Rose", wiszący nad wejściem na nieistniejący już stadion przy ulicy Broniewskiego. Szyld miał ponad 20 lat i powstał, gdy stadion żużlowy otrzymał imię Mariana Rosego, toruńskiej legendy czarnego sportu, tragicznie zmarłego w 1970 r. po wypadku na torze w Rzeszowie. W 2008 r. obiekt razem z działką kupiła spółka Plaza, która w tym miejscu postawiła galerię handlową. Napis miał trafić na złomowisko. Wtedy do akcji wkroczył Stefan Kornacki, performer i grafik, znany z odzyskiwania napisów i neonów po nieistniejących toruńskich zakładach i obiektach usługowych i wspólnie z kolegą po fachu Dominikiem Smużnym nabył historyczny napis. Ale droga do przejęcia szyldu była wyjątkowo kręta. Zainteresowani nabyciem szyldu kolekcjonerzy, po wizycie na stadionie zaczęli kontaktować się z władzami klubu, które stwierdziły, że nie mogą przekazać mi napisu, gdyż właścicielem jest MOSiR, który z kolei twierdził, że należy kontaktować się z klubem. Tej niekończącej się zabawie towarzyszył fakt, że zbliżał się termin przejęcia terenu przez Plazę. A rozmowy utknęły w martwym punkcie. Sprawa nabrała przyspieszenia dopiero, gdy artyści odezwali się do polskiego oddziału Plazy. W międzyczasie okazało się, że szyld zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach, ale szybko wyszło na jaw, że poprzedni właściciel zdjął go nielegalnie. Udało się odzyskać ten cenny napis w bardzo złym stanie, ale opieka Kornackiego dała napisowi drugie życie. Był m.in. elementem artystycznego projektu "Inscription", w którym wykorzystywał odzyskane szyldy i neony, a torunianie mogli podziwiać efekty renowacyjnej pracy na jednej wystaw w Centrum Sztuki Współczesnej.
Ostatecznie w grudniu 2017 roku wysłużony szyld trafił na portal allegro, ponieważ artysta przenosił się za granicę i nie miał możliwości zabrać go ze sobą, dlatego postanowił sprzedać go za 6.000 zł, mówiąc: "Chciałbym, by trafił w dobre ręce. Szukam kogoś, dla którego ma wartość sentymentalną i będzie w stanie zainwestować swój czas i pieniądze po to, by odzyskał swój dawny blask. Niestety, toruńskie muzeum żużla nie stać na zakup napisu, więc dalej poszukuję zainteresowanych kupnem. Jego cena pokrywa wieloletnie koszty magazynowania oraz transportu z miejsca na miejsce". Na szczęście dla żużlowej historii Torunia, znalazł się nabywca, który zapłacił aukcyjne 6.000 zł i zadeklarował, że odnowi i przekaże historyczny dla toruńskiego żużla napis do Muzeum Sportu Żużlowego w Toruniu.

W cieniu kibicowskich dywagacji zawodnicy przygotowywali się do sezonu. Seniorzy budowali formę według własnych sprawdzonych metod. A o kondycję zawodników młodzieżowych w osobach Daniela Kaczmarka, Igora Kopeć-Sobczyńskiego, Marcina Kościelskiego i Aleksa Rydlewskiego, w których klub sporo zainwestował, dbali nowi trenerzy Karol Ząbik i Zbigniew Wójtowicz. Plany treningowe toruńskiej młodzieży zostały ułożone głownie pod popularnego wśród kibiców IK-S'a. Wynikało to z tego, że zawodnik przygotowywał się do matury, dlatego klub poszedł mu na rękę, aby sport nie kolidował z nauką. Oczywiście można było zrobić dla Igora indywidualny tok treningowy, ale uznano, że to nie miałoby sensu, bowiem zajęcia w grupie miały większy wydźwięk, gdyż wkradał się mały element rywalizacji, która motywowała do jeszcze cięższej pracy. Co prawda Daniel Kaczmarek, najlepszy junior Get Well, ćwiczył głównie pod okiem byłego trenera Patryka Dudka, a w zajęciach u Ząbika brał udział raz w tygodniu, ale wynikało to z odległości jaką zawodnik musiał pokonać z miejsca zamieszkania do Torunia. Nie zmieniało to jednak faktu, że młodzieżowcy Get Well mieli szczelnie wypełniony grafik, bowiem w okresie przygotowawczym oprócz formy fizycznej, budowali formę mentalną, a nad prawidłowym funkcjonowaniem wszystkich elementów układanki pod nazwą "kondycja żużlowa" oraz zaplecze sprzętowe czuwał, nie kto inny jak Jacek Frątczak, czyli człowiek od wszystkiego w żużlowym mieście Aniołów: "Jestem pod wrażeniem tego, w jaki sposób właściciele klubu podeszli do kwestii inwestycji sprzętowych i szkolenia juniorów. Zawsze tak jest, że wydatkowane pieniądze nie zawsze się zwracają. To inwestycja, którą trzeba było poczynić, aby mieć później efekty w sezonie. Nie było oszczędności i duży ukłon w stronę klubowych włodarzy, że dali się namówić na taką formę. Wychodzę z założenia, że wszędzie należy poszukiwać wartości dodanej. Mam nadzieję, że będą nią juniorzy. Dla mnie satysfakcją będzie każdy punkt zdobyty w lidze. Nie jest tajemnicą, że wprowadziliśmy program dotyczący juniorów i okresu zimowego. Treningi mentalne odbywają się z dużą intensywnością według planu przygotowanego w październiku. Toruń jest jednym z nielicznych klubów, jak nie jedyny, który na tak dużą skalę prowadzi przygotowania w oparciu o trenera mentalnego. Jest to spójne z przygotowaniami ogólnorozwojowymi".

Wszyscy jednak czekali na pierwsze jazdy treningowe, aby sprawdzić jak zima wpłynęła na formę zawodników i zaplecze sprzętowe.
Sparingowymi rywalami Get Well mały być zespoły z Leszna, Grudziądza, Łodzi i Ostrowa. Planując testmecze, toruńskim włodarzom chodziło przede wszystkim o to, aby forma Aniołów została sprawdzona na tle różnych rywali, o różnej klasie sportowej. Zatem pierwsze jazdy zostały zaplanowane z Ostrowem, a w miarę rozjeżdżenia się zawodników klasa rywali rosła. Przy układaniu planów treningowych duże znaczenie miała także dostępność torów i związane z tym prognozy pogody. Jedynie wybór GKM-u Grudziądz na sparingpartnera, był niejako naturalnym wyborem, z racji położenia obu klubów.
Gdy ukazał się sparingowy grafik, torunianie zaskoczyli wszystkich, bowiem dwóch zawodników już 6 lutego wyjechali na tor i kręcili pierwsze kółka na MotoArenie. Tak wcześnie na tor nie wyjechała w ostatnich latach żadna drużyna, a kilka okrążeni na torze pokonali Marcin Kościelski i Igor Kopeć-Sobczyński. Cała sytuacja była nieco zaskakująca, bowiem termometry w chwili treningowej próby wskazywały kilka stopni poniżej zera. Ale mróz nie był straszny młodym żużlowcom, którzy czuli głód jazdy. Trzeba jednak przyznać, że lutowy wyjazd na tor był nieco spontaniczny, a działacze z Torunia znacznie wcześniej informowali o zaskakująco dobrej kondycji nawierzchni na MotoArenie i nie było w tym nic dziwnego, że podczas tradycyjnej wizyty w klubie menedżera padł pomysł, by sprawdzić się na torze. Próbne okrążenia wyszły dość dobrze, choć żużlowcom przeszkadzał kurz jaki unosił się spod kół motocykli, a z wiadomych względów nikt nie zdecydował się na polanie toru. Jak zwykle całą sytuację komentował toruński menadżer: "Korciło nas już od początku stycznia, żeby wyjechać na tor. Puszczamy oko do środowiska, a i tak każdy sobie to zinterpretuje, jak będzie chciał. Dla nas nie ma tu, żadnych podtekstów, bo chłopaki po prostu przejechali po kilka kółek. O wszystkim dowiedzieli się tak naprawdę dopiero w poniedziałek. Dla nich samych to było pewne zaskoczenie. Do tego byłem ciekawy, jak się zachowuje tor po dosypaniu nawierzchni. Mocno się kurzyło, ale ogólnie rzecz biorąc, jesteśmy zadowoleni. Chcę podkreślić, że nie wyciągamy żadnych wniosków sportowych. To był czysto treningowy przejazd, kilkanaście minut dobrej zabawy. To była jednorazowa akcja. Mamy konkretny plan treningowy i w lutym już na tor nie wyjedziemy. Chcieliśmy pokazać w środowisku, że jesteśmy i klub funkcjonuje. Sygnalizujemy, że tor mamy gotowy do treningów, ale trenować będziemy tylko ze sparingpartnerami, aby zbytnio nie odkrywać kart związanych z nieco zmienioną nawierzchnią toru".
I Frątczak słowa dotrzymał. Jazd treningowych w lutym już nie było, a żużlowcy na pierwszy oficjalny i zaplanowany trening wyjechali miesiąc później czyli 9 marca. Wówczas to pięciu żużlowców zjawiło się na toruńskim minitorze, by odbyć pierwsze oficjalne zajęcia na motocyklu. Jeździli Daniel Kaczmarek, Igor Kopeć-Sobczyński, Marcin Kościelski, Aleks Rydlewski i Paweł Przedpełski. Minitorowy trening miał w zamyśle oswoić zawodników z motocyklem i hamować zapędy do mocniejszego odkręcania przepustnicy. Zatem można powiedzieć, było to spokojne wejście z sezonu zimowego, w sezon startowy z wykorzystaniem infrastruktury, która była dostępna w Toruniu. Wielu pokładało w wątpliwość jazdy na małym torze, ale klub miał w tym swój cel, bowiem oprócz aspektów sportowych, chodziło o pokazanie młodym potencjalnym adeptom żużla, że w mieście Aniołów są możliwości do trenowania nawet dla kilkuletnich chłopców.
Niestety w trakcie przygotowań niezbyt optymistyczne wieści napłynęły z Australii, bowiem Jack Holder złamał obojczyk. Na szczęście mimo złamania, uraz należał do tej kategorii, kontuzji które dało się szybko wyleczyć i Australijczyk miał być gotowy do wyjazdu na tor jeszcze przed inauguracją ligi, a wariant optymistyczny zakładał udział młodszego z braci Holderów we wszystkich przedsezonowych sparingach. Klub jednak chciał wiedzieć w jakim miejscu leczenia jest zawodnik i po otrzymaniu zdjęcia obojczyka, przekazano je klubowemu chirurgowi Damianowi Janiszewskiemu, celem konsultacji medycznej.
Kontuzja Jacka nieco przyćmiła powrót na tor, po dość długiej przerwie Nielsa Kristiana Iversena, który reprezentant Danii odbył na torze w Leicester, o czym poinformował w mediach społecznościowych: "Wróciłem dziś na motocykl żużlowy. To świetne uczucie - długo trzeba było na to czekać. Dziękuję Poultec (firma, która wraz z BSPA stworzyła program szkoleniowy dla żużlowców) za możliwość skorzystania z toru w Leicester".
W końcu jednak przyszedł również czas na prawdziwy trening w Polsce na MotoArenie, na który stawili się wszyscy podstawowi zawodnicy toruńskiego zespołu z wyjątkiem, dochodzącego do pełnej sprawności Jacka Holdera i jego brata Chrisa, który z kolei dopinał sprawy związane ze startami w Europie. Obecny na treningu był też, zgodnie ze wcześniejszymi zapowiedziami Grzegorz Walasek, który trenował wspólnie z kolegami aspirującymi do pierwszego składu. Sam trening był bez zbędnych fajerwerków, a w czasie niespełna dwóch godzin, po kilku próbnych przejazdach, zawodnicy zdecydowali się na dwójkowe starty spod taśmy, na dystansie dwóch okrążeń. Nawierzchnia na MotoArenie wydawała się być dobrze przygotowana do sezonu, bowiem na torze nie tworzyły się koleiny, a zawodnicy sprawnie pokonywali łuki. Pod koniec jazd niegroźny upadek na drugim wirażu zaliczył Daniel Kaczmarek, ale na szczęście młodzieżowiec po chwili podniósł się o własnych siłach.

Wraz z końcem marca pojawiły się jednak problemy z treningami i sparingami. Większość klubów w tym Toruń z uwagi na opady śniegu i mróz, miało problem z właściwym przygotowaniem toru do żużlowego ścigania. W Toruniu powrót mrozów niekorzystnie wpłynął na stan toruńskiej nawierzchni, w związku z czym menedżer Aniołów zdecydował się na stanowcze działania i wymianę fragmentu toru, który został dokumentnie zmrożony na pierwszym łuku, bowiem chciał przygotować tor zgodnie ze sztuką do ścigania, a nie tylko do jeżdżenia w pojedynkę. Zbronowanie i ułożenie toru przy użyciu wody w mroźne dni i noce nie dawało bowiem gwarancji jak długo będzie trwało odmrażanie tego co zostało zalane wodą. Przy normalnych, wiosennych temperaturach klub w ogóle nie zawracałby sobie głowy stanem toru, bo zwykła kosmetyka załatwia wszelkie jego niedoskonałości. Niestety w tym przypadku dach okazał się niewystarczającym atutem, bo choć zabezpieczał tor przed skutkami opadów deszczu czy śniegu i pozwalał jeździć na MotoArenie nawet zimą, to mrozy powyżej minus 5 stopni brał górę na wszystkim działaniami, bowiem na "wiecznej zmarzlinie" nie dało się jeździć.
To spowodowało, że kolejny sparing z Unią Leszno najpierw został przełożony z 20 na 22 marca, po czym całkowicie odwołany. Niestety również zaplanowany na 24 marca turniej Speedway Best Pair również został przesunięty o jeden dzień, bowiem niedzielne prognozy pogody były bardziej obiecujące, a temperatura miała oscylować powyżej 10 stopni Celsjusza. Przekładanie spotkani nie do końca odpowiadało zawodnikom, bowiem pragnęli oni jak jak najszybciej wsiąść na swoje stalowe rumaki, ale był na rękę toruńskiej drużynie, bowiem do zespołu ciągle nie mógł dołączyć Chris Holder, który ciągle nie mógł uporać się z wspomnianą wizą i
pozwoleniem na pracę, a co za tym idzie pozwoleniem na starty w Europie. Niestety nie był to pierwszy przypadek kiedy to Kangur raczył swoich fanów niepewnością, ale toruński menadżer twierdził, że w całej sytuacji nie na drugiego dna i zawodnik po prostu czeka na wydanie wizy i z całą pewnością zdąży uporać się z tym elementem do inauguracji ligi.  Wielu kibiców zachodziło jednak w głowę, o co chodzi z wizami dla Chrisa. Przecież chcący mieć wszystko pod kontrolą menadżer, powinien przewidzieć takie sytuacje i skoro żużlowiec otrzymał z wyprzedzeniem plany tereningowe, to pewnymi sprawami powinien zająć się znacznie wcześniej, bo w przeciwnym razie jego podejście do klubowych obowiązków było mało profesjonalne. Wiadomym było, że gwiazdy sportowe miewały różne kaprysy i zdarzało się, że na topowych zawodników trzeba było czekać i organizować dla nich specjale akcje transportowe, ale w przypadku Chrisa nie był to pierwszy tego typu incydent. Sytuacja była o tyle dziwna, że po kilku dniach klub zmienił nieco front i opóźnienia w dotarciu Australijczyka do Polski, tłumaczył jego prywatnymi problemami i twierdził, że zaangażował się w pomoc w rozwiązaniu problemu. A indywidualny mistrz świata z 2012 roku stworzył swoimi działaniami kłopot nie tylko toruńskiemu GetWelowi, ale również brytyjskiej drużynie Piratów, gdzie już trenował na torze w Poole i brał udział w spotkaniach z mediami, ale ostatecznie miał być niedostępny dla zespołu Neila Middleditcha w pierwszych 4-6 meczach i jego zmiennikiem został Peter Kildemand. Gdy do dotarła ta wieść do Torunia, Jacek Frątczak z miejsca deklarował, że Get Well Toruń ma również zmiennika dla Australijskiego jeźdźca, a był nim posiadający kontrakt warszawski Grzegorz Walasek  lub młodszy brat Chrisa - Jack.

W Toruniu nikt nie miał wątpliwości, ze zespół był sportowo w pełni zabezpieczony, ale refleksja po kolejnej wizowej wpadce starszego z Holdwrów pozostawała w głowach kibiców.
Sportowe życie gnało jednak do przodu i wszyscy skupili się na
sparingach, których wyniki przedstawiały się następująco:


KS Get Well Toruń

2018-XX-XX26

XX : 4XX0

 

wyniki turnieju


Podsumowując okres przygotowawczy nie trudno dostrzec, że zmiana na stanowisku menadżerskim spowodowała małą rewolucję w przygotowaniu do sezonu. Frątczak skupił się na siedmiu aspektach, a mianowicie:

Treningi mentalne
zdaniem menadżera było, to rownie ważne jak przygotowanie kondycyjne i sprzętowe. Dlatego przez całą zimę zawodnicy raz w tygodniu uczestniczyli w zajęciach z psychologiem, którego zadaniem było ukierunkowane zawodników na współpracę i integrację oraz mentalne dopasowane celów na sezon do potrzeb każdego żużlowca.
 
Połączenie szkolenia miniżużla z sekcją Get Well Toruń
to podejście wymuszone było trochę przez nowy regulamin, ale należy podkreślić, że w końcu w Toruniu plan współpracy Stali Toruń i GetWell był spójny, a koordynatorem całości został Jan Ząbik.
  
Wymiana nawierzchni
był to zabieg konieczny, bowiem przygotowanie teru przestało być pod kontrolą toromistrza. Dlatego dosypano grubszą frakcję granitu, aby tor nie był zbyt gliniasty, co było jedną z przyczyn wcześniejszych kłopotów z przygotowaniem toru.
  
Nowy dostawca silników
w sezonie który niemal nie zakończył się spadkiem z najwyższej ligi, była to największa bolączka Aniołów i władze klubowe nie chcą popełnić tego samego błędu po raz drugi, podjęły decyzję o przygotowaniu silników u różnych tunerów, gdyż jak życie pokazało opieranie się na jednym tunerze było ryzykowne, bo nawet najlepszym ludziom w tym fachu zdarzały się słabsze momenty. Dodatkowo został opracowany plan inwestycji i podziału klubowego sprzętu, tak aby by juniorzy nie mieli problemów z motocyklami i prezentowali się znacznie lepiej podczas zawodów młodzieżowych.
  
Budowa zespołu
wielu mówiło, że wielkie nazwiska da się przyciągnąć tylko wielkimi pieniędzmi. Twierdzenie to było jednak mocno naciągane, gdyż każdy topowy zawodnik chciał znać strategię drużyny, w której byłby tzw. team spirit, a zawodnicy własne ligowe ambicje przedkładaliby nad wynik zespołu.
  
Nowy trener przygotowania fizycznego Zbigniew Wójtowicz
w klubie zrezygnowano ze współpracy z Radosławem Smykiem i Arkiem Szyderskim na rzecz praktykowanych przed laty metod Zbigniewa Wójtowicza. Frątczak wierzył, że powrót do tego co sprawdziło się w latach świetności Aniołów, również w sezonie 2018 może zaowocować złotym medalem DMP.
  
Postrzeganie drużyny i klubu
menadżer odmienił wizerunek klubu. Jedną z części planu była ciekawa prezentacja zawodników, ale też większa otwartość i znacznie większy pozytywny przekaz jaki płynął od klubowych działaczy do kibiców, którzy na inaugurację ligi zostali zaskoczeni małym powrotem do przeszłości, bowiem nowy wzór plastronu nawiązywał do wzoru który obowiązywał w latach osiemdziesiątych.
 

ROZGRYWKI LIGOWE SENIORÓWgóra strony


  



 

ROZGRYWKI LIGOWE JUNIORÓWgóra strony


.
ELIMINACJE
Grupa B
PÓŁFINAŁY
runda I                     Grupa 2
PÓŁFINAŁY
runda II                     Grupa 2
Zespół Suma
zespołu
                Zespół Suma
zespołu
              Zespół Suma
zespołu
             
                                                       
                                                       
                                                       
                                                       
                                                       
                                                       
                                                       
                     

   

kolejność po dwóch
rundach półfinałowych
  Finał
xxx xxxx 2018
xxxxx
miejsce Zespół Punkty
duże
Punkty
małe
miejsce Zespół Punkty
duże
Punkty
małe
1
Toruń
    1      
2
Gorzów
   
3
Leszno
    2      
4
Wrocław
   
5
Częstochowa
    3      
6
Gdańsk
   
7
Grudziądz
    4      
8
Z. Góra
   
9
Daugavpils
    5      
10
Łódź
   
11
Rzeszów
    6      
12
Tarnów
   
13
Gniezno
    7      
14
Rybnik
   

ROZGRYWKI POZALIGOWE góra strony


    
Indywidualne Mistrzostwa Świata - Grand Prix
Indywidualne Mistrzostwa Europy  
Drużynowy Puchar Świata  
Indywidualne Mistrzostwa Świata Juniorów  
Speedway Best Pairs  
Nice Cup  

2018-01-29 ice speedway - Toruń

2018-XX-XX DMŚJ
2018-XX-XX DMEJ

2018-XX-XX IMEJ
2018-XX-XX MEP 

2018 - cykl MACEC  


2018-XX-XX MPPK
2018-XX-XX MIMP
2018-XX-XX MPPK
2018-XX-XX IMP

2018-XX-XX IMME
2018-XX-XX MMPPK  
 

2018-XX-XX ZK
2018-XX-XX SK
2018-XX-XX BK

 

WYNIKI MECZÓW LIGOWYCH ROZEGRANYCH Z UDZIAŁEM TORUŃSKIEJ DRUŻYNY W SEZONIE 2018góra strony


          
Kolejka Data Rywale Wynik
Runda Zasadnicza
I 8 kwietnia
Gorzów - Toruń
Tarnów - Zielona Góra

(6 kwietnia)

Wrocław - Leszno

(7 kwietnia)

Grudziądz - Częstochowa

(8 kwietnia)
 
II 14 kwietnia
Toruń - Wrocław
Częstochowa - Tarnów

(13 kwietnia)

Zielona Góra - Grudziądz

(15 kwietnia)

Leszno - Gorzów

(15 kwietnia)
 
III 22 kwietnia
Tarnów - Toruń
Grudziądz - Leszno

(21 kwietnia)

Zielona Góra - Częstochowa
Wrocław - Gorzów
 
IV  29 kwietnia
Toruń - Grudziądz
Leszno - Zielona Góra

(27 kwietnia)

Gorzów - Tarnów
Częstochowa - Wrocław
 
V  4 maja
Zielona Góra - Toruń
Leszno - Częstochowa

(6 maja)

Tarnów - Wrocław

(6 maja)

Grudziądz - Gorzów

(6 maja)
 
VI  18 maja
Toruń - Leszno
Tarnów - Grudziądz

(20 maja)

Wrocław - Zielona Góra

(20 maja)

Gorzów - Częstochowa

(20 maja)
 
VII  27 maja
Częstochowa - Toruń
Leszno - Tarnów
Zielona Góra - Gorzów
Grudziądz - Wrocław
 
VIII 10 czerwca
Toruń - Częstochowa
Gorzów - Zielona Góra
Wrocław - Grudziądz
Tarnów - Leszno
 
IX 17 czerwca
Leszno - Toruń
Zielona Góra - Wrocław
Częstochowa - Gorzów
Grudziądz - Tarnów
 
X 1 lipca
Toruń - Zielona Góra
Gorzów - Grudziądz
Wrocław - Tarnów
Częstochowa - Leszno
 
XI 29 lipca
Grudziądz - Toruń
Wrocław - Częstochowa
Zielona Góra - Leszno
Tarnów - Gorzów
 
XII 12 sierpnia
Toruń - Tarnów
Gorzów - Wrocław
Leszno - Grudziądz
Częstochowa - Zielona Góra
 
XIII 19 sierpnia
Wrocław - Toruń
Gorzów - Leszno

(27 lipca)

Tarnów - Częstochowa
Grudziądz - Zielona Góra
 
XIV 26 sierpnia
Toruń - Gorzów 
Zielona Góra - Tarnów
Leszno - Wrocław
Częstochowa - Grudziądz
 
Runda barażowa / play-off
XV 2 września 1 runda finałowa - półfinały
(4-1, 3-2)
 
XVI 9 września 2 runda finałowa - półfinały rewanże
(1-4, 2-3)
 
XVII 16 września 3 runda finałowa
finały
 
XVIII 23 września 4 runda finałowa
finały rewanże
 

KADRA TORUŃSKICH ANIOŁÓW W SEZONIE 2018 góra strony


   
statystyka po rundzie zasadniczej
(statystyka po rundzie zasadniczej i barażach)
  
Zawodnik - Działacz mecze biegi punkty bonusy średnia
biegowa
miejsce w
ligowym rankingu
komentarz/ocena po sezonie
seniorzy - obcokrajowcy

DOYLE Jason
Australia
             

IVERSEN Niels Kristian
Dania
             
 
HOLDER Chris
Australia
             

HOLDER Jack
Australia
             

HOLTA Rune
Norweg z Polskim paszportem
             

kapitan drużyny
PRZEDPEŁSKI Paweł  
wychowanek
             

WALASEK Grzegorz
wychowanek z Zielonej Góry
             
juniorzy

KACZMAREK Daniel
pozyskany z Leszna
             

KOPEĆ-SOBCZYŃSKI Igor

wychowanek
             

KRAKOWIAK Norbert
pozyskany z Ostrowa
             

KOŚCIELSKI Marcin
wychowanek
             

RYDLEWSKI Aleks

wychowanek
             

ADAMCZEWSKI Mateusz
wychowanek
             
osoby funkcyjne z pierwszych stron gazet

TERMIŃSKI Przemysław
właściciel klubu
 

TERMIŃSKA Ilona
prezes
 

KRUŻYŃSKI Adam
członek zarządu
 

FRONTCZAK Jacek
menadżer
 

ZĄBIK Karol
trener młodzieży
 
Zawodnicy którzy zdali licencję w sezonie 2018
  


Toruńskie podprowadzające w sezonie 2018!

TABELA EKSTRALIGI ŻUŻLOWEJ PO RUNDZIE ZASADNICZEJ W SEZONIE 2018góra strony


       
zespół mecze zw. rem. por. pkt
duże
bon. razem pkt
małe
Fogo Unia Leszno                
Betard Sparta Wrocław                
Cash Broker Stal Gorzów                
Falubaz Zielona Góra                
forBET Włókniarz Częstochowa                
mr Garden GKM Grudziądz                
KS Get Well Toruń                
Grupa Azoty Unia Tarnów                

OSTATECZNA TABELA EKSTRALIGI ŻUŻLOWEJ W SEZONIE 2018
bilans zwycięstw i przegranych oraz małych punktów ma charakter czysto poglądowy
w drugiej fazie rozgrywek rywalizacja odbywała się systemem play-off
zespół mecze zw. rem. por. pkt
małe
             
             
             
             
             
             
             
             

STATYSTYKA I REGULAMINY OBOWIĄZUJĄCE W SPORCIE ŻUŻLOWYM W SEZONIE 2018góra strony


       
lista zawodników zastępowanych
w sezonie
2018

statystyka Aniołów (rar ok. 200 kb)
średnie punktowe wszystkich zawodników startujących w polskich ligach
| E-liga | 1 Liga | 2 Liga |

regulamin sportu żużlowego w rozgrywkach PZM w sezonie 2018
Regulaminy dla rozgrywek pod auspicjami ekstraligi

STAL Toruńgóra strony


.

  
Wyniki opublikowanych rozgrywek miniżużlowych w klasie 80-125ccm
  
Inne wybrane
rozgrywki miniżużlowe
DMP PPPK IMP
              RRRR-MM-DD
XXXXXXXXXXXX

         
         
     
   
 
 
Ostateczna klasyfikacja medalowa
     

góra strony

    

Źródło: przegladsportowy.pl
sportowefakty.pl
nowosci.com.pl

 

         strona główna        

toruńskie turnieje turnieje światowe turnieje krajowe
zawodnicy trenerzy mechanicy działacze
klub statystyki sprzęt