PRUSAKIEWICZ Piotr
kapelan


Chciał zostać zawodnikiem, ale odpowiedział na powołanie. Ten zakonnik ze Zgromadzenia św. Michała Archanioła sprawuje duchową pieczę nad toruńskimi żużlowcami, a nazywany jest też często kapelanem toruńskiego żużla. - Staram się pokazywać zawodnikom właściwą drogę w karierze i życiu - mówi

Pierwsza wizyta na stadionie żużlowym była ogromnym przeżyciem dla małego wówczas Piotrka, który na mecze zaczął uczęszczać z ojcem. To właśnie tato zaszczepił pasję do żużla w młodym chłopcu, który od razu stał się kibicem z krwi i kości i żużlem zafascynował się od pierwszego wyścigu. Zapach, atmosfera, walka, nastroje kibiców tworzyły całość, która na stałe wpisała się w serce późniejszego księdza. Gdy nie mógł iść na mecz, przeżywał osobistą tragedię. Stał przed domem tak długo i czekał na tłumy wracające ze stadionu, by móc spytać o wynik.
Mecz, jaki na dłużej zapadł w pamięć księdza Piotra, to pojedynek torunian z Wybrzeżem z końca lat siedemdziesiątych. Cały czas prowadzili goście, ale w ostatnim biegu dzięki dwóm wykluczeniom nasi zwyciężyli 5:0 i w całym meczu bodaj 48:47 - wspomina. 
Jako największy żużlowy zawód przywołuje jak każdy kibic w Toruniu przegrany finał ligi z Włókniarzem Częstochowa w 1996 roku. Przez wiele lat martwiło go, że Tomkowi Gollobowi uciekał tytuł mistrza świata, w końcu jednak doczekał się koronacji zawodnika wszechczasów.
W miarę dorastania i dojrzewania coraz bardziej świadomie i z coraz większym zaangażowaniem uczestniczył w zawodach. Po zdaniu matury przez osiem lat przygotowywał się do święceń poza Toruniem. Jednak, gdy tylko pojawiał się z wizytą w Toruniu i gdy pojawiała się okazja podążał na stadion żużlowy. Ponadto studiując w krakowskim seminarium chłonął prasę sportową, a zwłaszcza bogate w żużel "Tempo". Także rodzice starali się regularnie przysyłać mu wycinki z toruńskich gazet na temat ukochanego klubu. Poza tym kiedy tylko nadarza się okazja, bywał na meczach żużlowych w innych miejscowościach.

Do dziś toruński kapelan czuje się bardzo mocno związany z Podkarpaciem. Od 1990 roku na dwa lata przełożeni wysłali go do parafii w Krośnie, gdzie oczywiście był częstym gościem na stadionie żużlowym i szybko związał się z zawodnikami i działaczami. W klubach w których się pojawiał wprowadził elementy religijne do życia sportowego, jak opłatek na Wigilię, msze święte przed sezonem. Nawet udało mu się zorganizować rekolekcje dla zawodników. Wielkim sukcesem działaczy i "żużlowego księdza" okazał się turniej z okazji wizyty Ojca Świętego w Polsce, na którym m.in. pojawił się Per Jonsson i wiele innych gwiazd. Wśród zaproszonych gości był także biskup przemyski Edward Białogłowski, którego  wspólne zdjęcie z Jonssonem obiegło wtedy cały świat.

Bywał również na meczach w Anglii, gdzie kibicowanie ma zupełnie innych charakter. Jednak na pierwszym miejscu w sercu kapelana Aniołów znajduje się zawsze Apator. Gdy miał otrzymać święcenia, a był to rok 1989, śp. prezes Benedykt Rogalski poprosił go o poświęcenie motocykli i tak już zostało na kolejne lata.
Sam nie nazywa siebie kapelanem Apatora, bowiem jak uważa kapelan może być na przykład w wojsku, gdzie jest na stałe do dyspozycji żołnierzy. Określa się raczej mianem duszpasterza, bowiem jak twierdzi jego oddanie klubowi nie ma stałego charakteru pracy kapelańskiej. Modli się za żużlowców. Stara się ich często zgromadzić przy ołtarzu. Bo jego zdaniem ołtarz to takie miejsce, gdzie ludzie się spotykają i na pewne rzeczy patrzą zupełnie inaczej. Potrafią porozmawiać ze sobą, pomodlić się wspólnie, widzą, że są po tej samej stronie. W czasie kazań ksiądz Piotr próbuję wskazać sportowcom właściwą drogę wertykalną. Choć jak twierdzi, miał niegdyś dylemat, czy zarabianie na życie i dostarczanie ludziom rozrywki, ryzykując własnym życiem, nie kłóci się z filozofią chrześcijaństwa. Jednak jego rozterki rozwiali uczelniani profesorowie z teologii moralnej, uznając żużel za sportową rywalizację, która nie kłóci się z filozoficznym pojmowaniem wiary. Jednak niekiedy wątpliwości wracają. Zwłaszcza gdy zewsząd słychać, że ktoś się zabił na torze. W Toruniu prowadził pogrzeb młodego zawodnika Grzegorza Kowszewicza, który zginął na treningu. Przez trzy dni nie mógł dojść do siebie, ale w końcu stwierdził, że oni i tak będą ten sport uprawiać - niezależnie, czy jest przy nich ksiądz czy nie. Dlatego postanowił nieść żużlowcom w razie potrzeby wsparcie duchowe.

Zdaniem księdza Piotra w żużlu łatwiej można zapanować nad emocjami, albo raczej łatwiej je rozładować. Wyścig za wyścigiem, wynik się zmienia. W piłce nożnej czasami przez dłuższy czas nic się nie dzieje i kibice sami sobie organizują atrakcje. Czasami z opłakanym skutkiem.

strona główna

toruńskie turnieje turnieje światowe turnieje krajowe
zawodnicy trenerzy mechanicy działacze
klub statystyki sprzęt